PIŁKA NOŻNA. II LIGA. Rozmowa z RAFAŁEM KALISZEM, prezesem Stali Rzeszów S.A. i prezesem zarządu jej głównego sponsora, firmy Fibrain.
Piłkarskie kluby liczą straty, renegocjują kontrakty z piłkarzami i czekają na konkretne decyzje w sprawie kontynuacji zawieszonego do końca kwietnia sezonu. Jak w tych trudnych czasach radzi sobie Stal Rzeszów? – Najgorsza w tym wszystkim jest niepewność czy obecna sytuacja potrwa miesiąc, dwa, a może pięć – mówi RAFAŁ KALISZ, prezes Stali Rzeszów S.A.
– Rozmawiał Pan już z piłkarzami Stali o obecnej sytuacji i ewentualnej konieczności renegocjacji kontraktów?
– Obecnie wszystkie zobowiązania wobec piłkarzy są realizowane w 100 procentach i na bieżąco. Gdzieś są jednak prowadzone z nimi rozmowy przez dyrektora sportowego. Podejrzewam, że cała społeczność Stali jest gotowa pójść może nie na ustępstwa, ale zaakceptować wspólne działania, żeby przetrwać te trudne czasy. To z pewnością duża pomoc dla klubu.
– Z ciekawą inicjatywą wyszli ponoć sami pracownicy Stali…
– Udało nam się tak fajnie zbudować klub, że sami nasi pracownicy zaproponowali delikatne obniżenie swojego wynagrodzenia. Wszystko po to, aby pomóc w tych ciężkich czasach klubowi w jego płynności finansowej. Na pewno tą inicjatywą będziemy się chwalić w mediach społecznościowych i pokazywać, że ludzie, którzy są w naszym projekcie, chcą w nim uczestniczyć przez długie lata i utożsamiają się z klubem. To bardzo fajne i budujące.
– Sezon 2019/2020, jeśli w ogóle uda się go wznowić, wg niektórych może się skończyć w lipcu, a nawet w sierpniu, co z kolei pociągnie za są dodatkowe koszty. Stal jest gotowa na takie finansowe wyzwanie?
– Jesteśmy przygotowani na taki scenariusz. Projekt Stal jest stabilny. Jest wiele źródeł zdywersyfikowanych, jeżeli chodzi o przychody. Jest przecież sponsor główny, są inni sponsorzy, pomagają też rodzice, wspiera nas miasto. Mamy też subwencje z ministerstwa jeśli chodzi o nauczycieli. Realizacja projektu trwa zatem cały czas. Wiadomo, że na nieco innych zasadach, ale trwa. Dzieci, trenujące w naszym klubie są pod naszym stałym nadzorem, więc na pewno nie marnujemy tego czasu. Podobnie jest z pierwszą drużyną, której piłkarze na bieżąco są monitorowani przez nasz sztab trenerski.
– Trzeba się jednak liczyć z tym, że niektórzy sponsorzy wobec zaistniałej sytuacji, mogą wycofać się z dalszego wspierania klubu, lub w najlepszym wypadku ograniczyć wsparcie finansowe…
– Oczywiście zdajemy sobie z tego sprawę i musimy założyć, że kilku sponsorów na pewno odpłynie. Stąd m.in. inicjatywa pracowników naszego klubu, by nieco obniżyć wynagrodzenia i zawiesić pewne kwoty na te kilka miesięcy. My chcemy nadal realizować projekt Stal, więc nikogo nie zwalniamy, nie robimy żadnych chaotycznych ruchów. Oczywiście wiąże się to też z tym, że Fibrain jako głównym sponsor na razie funkcjonuje i działa. Może nie jest super, ale nie jest też tragicznie. Jest dobrze, działamy jako grupa i cały czas wspieramy Stal.
– Ile finansowo traci Stal Rzeszów na odwołaniu jednego meczu przed własną publicznością?
– To zależy od tego, z kim byśmy grali. Na meczu z Widzewem Łódź te straty są większe, z innymi rywalami nieco mniejsze. Pesymistycznie zakładaliśmy frekwencję na spotkaniu z Widzewem na poziomie 4, może nawet 5 tys. kibiców. Do tego dochodzi sprzedaż koszulek, gadżetów itp. To z kolei w połączeniu z biletami i po odliczeniu wszystkich innych kosztów, daje stratę kilkudziesięciu tysięcy złotych. Myślę, że spokojnie jest to kwota 20, 30 tys. zł. Przy frekwencji na poziomie 2 tys., zarabiamy na meczu może 10 tys. zł. Na pewno jednak jesteśmy na plusie. Jeśli więc policzyć te wszystkie nierozegrane spotkania, to uzbiera się wcale niemała sumka.
– Mecz z Widzewem Łódź miał być transmitowany przez telewizje. Czy brak transmisji oznacza kolejne straty dla Stali?
– Nie, bowiem nie dostajemy żadnych pieniędzy od telewizji. Transmisje są traktowane jako promocja klubu. Inaczej wygląda sytuacja w wyższych ligach, gdzie kluby dostają pieniądze od stacji telewizyjnych.
– Pana zdaniem zawieszenie rozgrywek, a nie ich zakończenie na obecnym etapie ma w ogóle sens?
– Patrząc z perspektywy polskiej czy europejskiej piłki, uważam, że jeśli jest jakakolwiek szansa i nadzieja na dokończenie rozgrywek, to trzeba spróbować. Jako II liga jesteśmy małym ułamkiem tego wszystkiego. Dla całej piłki ważne jest jednak, aby dograć sezon. Mówię tu głównie o klubach ekstraklasowych czy I-ligowych, o ich wpływach z transmisji telewizyjnych, z rynku, z dni meczowych, żeby te kluby nie odczuły zbyt mocno obecnej sytuacji. Jeżeli bowiem będzie duża recesja i nie dogramy sezonu do końca, to odbije się to na wszystkich. Jestem zatem zwolennikiem tego, aby przeczekać jeszcze ten kwiecień. Jeśli pojawi się jakieś zielone światełko, że sytuacja się poprawia, to myślę że końcem maja lub początkiem czerwca można by zacząć grać. Oczywiście na początku pewnie bez kibiców, później być może już nimi i generalnie wrócić do normalnej rzeczywistości sprzed epidemi.
– Z szybkim powrotem do normalności może być jednak problem…
– Ale to tak naprawdę jedyne wyjście. I nie chodzi mi tutaj tylko o piłkę, ale całą gospodarkę europejską czy światową. My musimy wrócić do normalnego życia najpóźniej pewnie w czerwcu czy lipcu. Bo jeśli nie wrócimy, to będzie oznaczać dramat wielu rodzin, wielu ludzi. Ja sobie tego nie wyobrażam.
– Jak Pan zapatruje się na kwestię awansów i spadków?
– Nawet o tym specjalnie nie myślałem, bo my jesteśmy w środku tabeli, więc temat awansu czy spadku obecnie nas nie dotyczy. Temat ten zostawiam osobom, które w tym zakresie są mądrzejsze ode mnie. Ważne, aby podjęta decyzja była jak najbardziej sprawiedliwa dla tych klubów, które mogą awansować i dla tych, których może dotknąć degradacja. Trzeba zatem znaleźć najlepsze rozwiązania, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że na pewno nie wszyscy będą zadowoleni. Muszą zostać podjęte takie decyzje, które będą jak najmniej bolesne dla tych klubów.
– Przełożenie Euro 2020 na przyszły rok było dobrą decyzją?
– Na pewno tak. Przełożenie Euro czy igrzysk olimpijskich spowoduje, że będzie można o miesiąc czy też dwa wydłużyć ligowy sezon piłkarski, dograć go do końca i wrócić do normalności. Ta normalność nie tylko w piłce, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie będzie potrzebna. Jeśli jej nie będzie, to będziemy się musieli obawiać recesji i tak naprawdę niebezpiecznych czasów.
– Czego zatem można Panu życzyć w obecnej sytuacji?
– Przede wszystkim zdrowia. Trzeba być ostrożnym, w miarę możliwości zamknąć się w domu i nie powielać tych wszystkich błędów, które już zostały popełnione. Co chwilę słyszy się, że ludzie na kwarantannie wychodzą z domów i tu się robi problem. Trzeba tego wirusa jak najszybciej zdusić, stłamsić, tak jak to zrobiły Chiny. Może nie aż tak przesadnie, jak w ich przypadku, bo to by nam mogło zabić gospodarkę, a przecież produkcja i przemysł musi działać. Kwiecień na pewno będzie spisany na straty w sensie, że nic się nie będzie działo. Musimy zrobić jednak wszystko, aby zminimalizować skutki obecnej sytuacji. I nie mam na myśli tylko naszego kraju, bowiem trzeba na to wszystko patrzeć szerzej, z perspektywy całej Europy. Polska może być zieloną wyspą, jeśli chodzi o zachorowania i oby tak się stało. Ale co z tego, jeśli cała Europa będzie chorować? To wszystko jest zbiorem naczyń powiązanych ze sobą i to, co się dzieje na całym naszym kontynencie, też będzie miało przełożenie na sytuację w Polsce.
– I tak już na koniec – chodzi Pan do pracy czy pracuje zdalnie?
– Chodzę do pracy. Pracownicy na produkcji pracują, więc ja nie chcę ich zostawiać i w tym trudnym momencie jestem razem z nimi. Oczywiście wprowadziliśmy i zachowujemy zasady bezpieczeństwa, abyśmy wszyscy mogli się czuć bezpiecznie.
Rozmawiał Marcin Jeżowski


