Gdy już nie podajemy sobie ręki…

Fot. Archiwum

Rozmowa z dr. Henrykiem Pietrzakiem, psychologiem społecznym, dyrektorem Instytutu Psychologii Kolegium Humanum w Rzeszowie.

– Do niedawna ludzie żyli w biegu i spotykali się tylko przy obiedzie lub w weekendy. Teraz są ze sobą 24 godziny na dobę. Jak przetrwać z własną rodziną na kilkudziesięciu metrach?
– Trzeba sobie określić horyzont czasowy, który później może być przedłużany. Perspektywa zakończenia tej przymusowej bytności razem pozwala na zrytualizowanie. Inaczej mówiąc, ustalić cały schemat zadań w ciągu dnia. Jego wyznacznikiem mogą być na przykład posiłki, ich wspólne przygotowywanie. Trochę jak w obozach harcerskich czy wojskowych, gdzie one wyznaczają rytm dnia. Wokół tego prowadzi się różne wspólne działania. To jest pierwszy sposób. Drugi to wspólne przyjemności, na które do tej pory nie mieliśmy czasu, np. gry. Warto tu wprowadzić element rywalizacji, np. dzieci przeciwko rodzicom czy rodzice z dziećmi. Trzeci element to podzielenie mieszkania na tzw. strefy bezpieczne albo intymne. Musimy w domowej przestrzeni znaleźć takie miejsce, do którego bez naszej zgody nikt nie ma prawa wejść i gdzie jesteśmy sami.

Gdzieś pojawiła się informacja o tym, że we Francji mężczyzna zabił żonę, z którą przebywał na kwarantannie. Nie mogli wychodzić, konflikt narastał, nie umieli go rozładować i doszło do tragedii…
Generalnie cała sytuacja społeczna, którą teraz wspólnie przeżywamy, może być tożsama z przeżywaniem stresu danego człowieka w rozumieniu czysto psychologicznym Hansa Selye’a. Wyróżniamy jego trzy fazy.

– Jakie?
– Pierwsza to faza alarmowa – pobudzenia, lęku, próby znalezienia wytłumaczenia całej sytuacji. Jesteśmy hiperaktywni, szukamy informacji, źródeł, które uznajemy za ważne, konsultujemy się. Tutaj mamy także do czynienia z niemyśleniem magicznym, szukaniem cudownych lekarstw, ale pojawiają się też spiskowe teorie dziejów. No i niechęć do innych ludzi, którzy czują się lepiej albo ominęło ich zakażenie koronawirusem lub kwarantanna. Pytamy: „Dlaczego mnie to spotkało, a nie innych?”. To próby racjonalizacji czy rozładowania emocji, które się w nas kumulują. Druga faza stresu to faza adaptacji. Kiedy  nie jesteśmy już w stanie zdobyć więcej informacji, zaczynamy się przystosowywać. Stosujemy się na przykład do reżimu czy ograniczeń, które zostały nałożone, dotyczących zakupów, wychodzenia z domu czy swobody kontaktu z innymi. Bardzo nam to doskwiera, ale jakoś funkcjonujemy, bo znamy zasady. Oczywiście to może wiązać się też z pewnymi restrykcjami, dlatego ludzie się często buntują. Im bardziej będą ich ograniczać, tym bardziej demonstracyjnie oni będą się przeciwstawiać. Tutaj jeszcze pojawia się zachowanie związane z poczuciem niechęci, ale także wspólnoty w nieszczęściu. Ludzie wiedząc, że są zakażeni, wychodzą i zarażają innych, albo terroryzują ich, mówiąc, że to zrobią po to, żeby inni też mieli ten sam kłopot, bo wtedy napięcie rozkłada się na wiele osób. Nie tylko ja jestem nieszczęśliwy, ale wszyscy inni w tej wspólnocie. Ta faza trwa dopóty, dopóki nie wyczerpują się nasze wszystkie zasoby: energetyczne, ekonomiczne, a wreszcie psychologiczne. Gdy do tego dojdzie, przechodzimy do trzeciej fazy, czyli destrukcji. Ona powoduje apatię, niechęć, może nawet doprowadzać do śmierci.

– A czy izolacja powoduje, że bardziej doceniamy to, co do tej pory mieliśmy na wyciągnięcie ręki? Jaki będziemy mieć do tego stosunek w przyszłości?
– To tak nie działa. Nie będziemy doceniać tego, co straciliśmy. Prawo Daviesa mówi, że ludzie nie buntują się wtedy, gdy jest im obiektywnie źle. Całą aktywność kierują na zaspokojenie potrzeb podstawowych. Przypomnijmy sobie piramidę Maslowa. Pierwszym poziomem potrzeb są te czysto fizyczne: jedzenie, sen, oddychanie. Drugim – poczucie bezpieczeństwa. Dopiero potem są potrzeby społeczne: afiliacji, znaczenia, bycia w grupie. Ludzie nie buntują się, kiedy całą energię kierują na zaspokojenie potrzeb podstawowych, ale zawsze będą reagowali agresywnie, kiedy trend ku lepszemu zostanie zahamowany lub cofnięty. Na przykład mieliśmy 500 plus i je zabrano. Być może jakość życia się obniży, trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Wtedy poczucie krzywdy czy niezasłużonej kary powoduje zachowania agresywne i tego się należy obawiać. Kolejna rzecz, są pewne normy społeczne, typy zachowań, charakterystyczne dla danego okresu. Na przykład norma powitań oraz bliskości w kontaktach z innymi ludźmi. Generalnie uwarunkowana kulturowo w Europie przestrzeń bezpieczna to odległość na wyciągnięcie rąk. Teraz wyobraźmy sobie, że te wszystkie normy nie obowiązują, łącznie z tym, że już nie podajemy sobie ręki, tylko stukamy się łokciem.

Przeczytaj pełny tekst artykułu w papierowym wydaniu Super Nowości.

Rozmawiała Wioletta Kruk

7 Responses to "Gdy już nie podajemy sobie ręki…"

Leave a Reply

Your email address will not be published.