
PRZEMYŚL. Młody mężczyzna postawił na równe nogi służby ratunkowe. Czy za to zapłaci?
Niedoszły samobójca z Przemyśla po akcji ratowniczej wspomniał, że miał kontakt z osobą na kwarantannie. Ruszyła machina antykoronawirusowa, a tymczasem okazało się, że kontakt ów był… telefoniczny.
Wszystko miało miejsce w wielkanocny poniedziałek. Około godz. 4 nad ranem dyżurny przemyskiej Komendy Miejskiej Policji odebrał zawiadomienie, że 19-letni przemyślanin wyszedł z domu z zamiarem popełnienia samobójstwa. Młodego mężczyznę udało się odnaleźć, ale zdążył już wspiąć się na jedną z podpór kolejki krzesełkowej i groził, że skoczy. Przez kilka godzin niedoszłego samobójcy „pilnowali” policjanci, 3 zastępy strażaków z przemyskiej Państwowej Straży Pożarnej oraz ratownicy z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego. W końcu udało się skłonić 19-latka do zejścia na ziemię, ale jak się okazało kłopoty wcale się w tym momencie nie skończyły. A to dlatego, że młodzieniec przekazał służbom, iż miał kontakt z osobą przebywającą na kwarantannie. W tej sytuacji konieczne było wdrożenie procedur bezpieczeństwa i przewiezienie 19-latka do Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu.
– Uzyskaliśmy informację, że ów mężczyzna miał mieć kontakt z osobą przebywającą na kwarantannie. W trakcie naszych ustaleń okazało się, że kontakt ten był jedynie telefoniczny, ale mimo to przedsięwzięto wszystkie środki ostrożności przewidziane w takich sytuacjach – informuje podkomisarz Marta Fac, oficer prasowy przemyskiej KMP. Młody mężczyzna przewieziony został do izolatki na SOR-ze przemyskiego szpitala, gdzie pobrano mu materiał do badań m.in także w kierunku koronawirusa. Nie wykazywał żadnych cech zakażenia, więc odwieziono go do szpitala psychiatrycznego w Żurawicy na rutynową obserwację, której poddawani są wszyscy, którzy grozili pozbawieniem się życia.
– Za taki numer dałbym temu „dowcipnisiowi” jakąś spektakularną karę, na przykład 100 tysięcy złotych – irytuje się młody przemyślanin. – Też mi „żart” na miarę czasów epidemii: kontakt miał, a dopiero potem „przypomniał” sobie, że telefoniczny – komentuje inny. – Jeśli chciał zaistnieć, to mu się niewątpliwie udało! Ja bym takich do przymusowych prac pognał – podsumowuje. – Nie ma co zaraz osądzać – broni 19-latka inny mieszkaniec miasta. – Chłopak zdesperowany, przecież chciał się zabić! Może w szoku był, a może zwyczajnie jest mało rozgarnięty i nie wiedział, że ważne jest, czy miało się z osobą na kwarantannie kontakt bezpośredni, a nie telefoniczny – zastanawia się. – Od tego, czy zasłużył na jakąś karę są służby, a nie przypadkowe osoby – stwierdza.
– W tej chwili prowadzone są czynności wyjaśniające w kierunku art. 66 kodeksu wykroczeń – mówi podkom. Marta Fac. Dla niewtajemniczonych w artykule tym mowa o tym, że: „kto chcąc wywołać niepotrzebną czynność, fałszywą informacją lub w inny sposób wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny do 1,5 tys. złotych.” Jeśli przy tym już doszło do wykonania niepotrzebnych czynności w związku z fałszywym alarmem można orzec nawiązkę do wysokości 1000 zł. Teoretycznie zatem ci, którzy domagają się kary dla 19-latka mają podstawę prawną, ale pamiętajmy, że sprawca musi być poczytalny, a w dodatku jego działanie musi być umyślne.
emka


