
Tomasz Piątek – autor książki „Duda i jego tajemnice” w rozmowie z Jakubem Karysiem.
JK: Mówią, że jesteś szaleńcem opętanym teorią spiskową…
TP: Muszę odpowiedzieć pytaniem: kto mówi i na jakiej podstawie?
JK: Ludzie, nawet ci nieprzychylni władzy. Wiesz, takie machnięcie ręką i lekceważące – aaa Piątek…
TP: Istotne są tylko opinie osób, które przeczytały moje książki. Nie zetknąłem się z tym, żeby osoby, które je przeczytały, wyrażały takie opinie. Nic dziwnego, gdyż moje książki zawierają udokumentowane, wielokrotnie sprawdzone fakty. Spotykam się z różnymi formami hejtu, napaści, pogardy, prób wyśmiewania – ale ludzie, którzy usiłują mnie w ten sposób atakować, z reguły nie są zdolni nawet do cienia merytorycznej konfrontacji. Gdy do niej dochodzi, okazuje się, że nie przeczytali ani jednej z moich książek. To się dzieje również w sali sądowej.
JK: Ile procesów przegrałeś? Bo rozumiem, że główni „bohaterowie” Twoich książek oskarżając Cię o kłamstwa kierują sprawy na drogę sądową.
TP: Żaden z opisanych przeze mnie polityków nie ośmielił się wytoczyć mi procesu – ani karnego, ani cywilnego. Nie zrobił tego Antoni Macierewicz, który zamiast tego doniósł do prokuratora wojskowego, że podejrzewa mnie o… przestępstwo terrorystyczne (prokuratura umorzyła postępowanie, gdy Macierewicz po naciskach zachodnich sojuszników stracił posadę ministra obrony). Nie zrobił tego Mateusz Morawiecki, który ograniczył się do czegoś, co zabrzmiało jak groźba bezprawna, a na pewno pozasądowa (gdy wydałem książkę „Morawiecki i jego tajemnice”, w jednym z wywiadów prasowych powiedział, że „życzy mi zdrowia”). Nie zrobiła tego Tatiana Tumanovskis, znana w Polsce jako Teresa Czerwińska, którą Morawiecki zrobił ministrem finansów i która bezprawnie uzyskała dostęp do tajemnic wojskowych naszych zachodnich sojuszników (sprawę opisałem i udokumentowałem w książce „Morawiecki i jego tajemnice”). Gdy wysłałem do ministerstwa finansów pytania dotyczące dopuszczenia Tatiany Tumanovskis do tajemnic NATO, pani Tumanovskis-Czerwińska podała się do dymisji. Pretekstem była jej rzekoma niezgoda na politykę finansową rządu (taki powód podawali politycy PiS w półoficjalnych rozmowach). Wszystkich, którzy nie dowierzają, zachęcam do sprawdzenia w Internecie, skąd się wzięła była minister finansów. Nie tylko ja pisałem o tej sprawie.
JK: A Andrzej Duda pójdzie do sądu?
Książka „Duda i jego tajemnice” autorstwa mojego i Marcina Celińskiego, która właśnie wyszła, również zawiera sprawdzone, dokładnie udokumentowane fakty. Fakty te dotyczą m.in. przeszłości Andrzeja Dudy, która może zaszokować wyborców obecnego prezydenta. Duda nie zawsze występował w roli bogobojnego katolika i przyjaciela ludu. Wstąpił do Unii Wolności, gdy w tej partii zdecydowaną większość uzyskali liberałowie gospodarczy i zwolennicy prawa do aborcji.
Andrzej Duda zaczął karierę biznesową w radzie nadzorczej spółki, skazanej później na więzienie – znanej krakowskiej oszustki-deweloperki Bogusławy C., która okradała klientów, kontrahentów i lokatorów (między innymi na długi czas pozbawiła ciepłej wody lokatorów pewnego TBS). Ale najistotniejsza jest ta część książki, która mówi o teraźniejszości. A przede wszystkim o związkach, jakie bliskie otoczenie Andrzeja Dudy utrzymuje z przedstawicielami totalitarnego reżimu Chin. Mowa o bardzo bliskim otoczeniu, włącznie z częścią rodziny Dudy. Mowa też o bardzo wysoko postawionych Chińczykach z „wewnętrznego kręgu” chińskiego dyktatora Xi Jinpinga. Wszystkie te związki mogliśmy szczegółowo udokumentować, gdyż Chińczycy – podobnie jak Rosjanie – niezbyt się kryją ze swoimi operacjami w Polsce. To daje pojęcie o rozsypce, w jakiej znajduje się nasz kontrwywiad, jak również o nieodpowiedzialności pisowskich władz z Andrzejem Dudą na czele. W jego przypadku „nieodpowiedzialność” to słowo klucz. Tej nieodpowiedzialności poświęcona jest ostatnia część książki, gdzie opisujemy najbardziej rażące przypadki. Szczególnie szokuje sprawa „biznesmena” o nazwisku Filip Szary, który bezprawnie wywoził cenne surowce z Rosji we współpracy z rosyjskimi służbami i ludźmi Ramzana Kadyrowa, putinowskiego „namiestnika” w zniszczonej Czeczenii.
JK: Przyznasz, że brzmi to trochę jak „political fiction”. Prezydent Polski i władze Chin to bardzo poważne oskarżenie i aż się boję pomyśleć, co może za nim stać.
TP: Andrzej Duda jest bardziej nieodpowiedzialny niż świadomy. Aczkolwiek, przyznaję, dech zapiera, gdy się czyta jego deklaracje gorącego poparcia dla chińskich globalnych przedsięwzięć – niekorzystnych dla Polski, Europy i Zachodu, za to bardzo korzystnych dla Chin. Jestem przekonany, że Duda nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Za to ci, co wkładają mu w usta takie deklaracje, doskonale wiedzą… Co do „political fiction”, to musimy przestać zadawać sobie pytanie: „Jak to brzmi?”. Musimy zacząć zadawać sobie pytanie: „Czy to prawda?”. To jest kluczowe pytanie. Jeśli zaczniemy zamykać oczy na fakty tylko dlatego, że rażą nasz zmysł estetyczny, to skazujemy się na porażkę. Zatem nie pytajmy: „Jak to brzmi”, ani „Czy wypada?”, tylko poznawajmy udokumentowane fakty.
I pamiętajmy, że świat się zmienił. Europejczycy, w tym Polacy, są znacznie mniej zdyscyplinowani niż kiedyś. Dawniej tworzenie sieci wpływu na obcym terytorium było trudniejsze. Przeciwnik miał się na baczności. Budując taką sieć, trzeba było ludzi werbować, dyscyplinować, wiązać ze sobą na stałe, uczyć wierności. Jednym słowem, nawracać lub kupować. Dzisiaj jest inaczej. Często jest tak, że zamiast kupować ludzi, wynajmuje się ich na jakiś czas. Podszepty i „wrzutki” w dużej mierze zastąpiły czasochłonne i pracochłonne nawracanie. Kupuje się i nawraca tylko najważniejszych agentów wpływu. Innych traktuje się jak tanie narzędzia, łatwe do wymiany. Zamiast tajnych organizacji i podziemnych sprzysiężeń są piramidy legalnych, ale nieprzejrzystych spółek kontrolowanych przez Cypr i Wyspy Dziewicze.
A w przypadku chińskiej infiltracji jej główna część ma jeszcze „zwyczajniejsze” oblicze. Chińczycy otwierają tzw. Instytuty Konfucjusza na naszych uczelniach. To placówki, które teoretycznie mają służyć wymianie kulturalnej i naukowej. W rzeczywistości uczą naszych ekspertów, wykładowców i studentów, aby powtarzali takie mantry: „Chiny są niezwykle ważne”, „Chiny to przyszłość”, „Prawa człowieka nie mają zastosowania w Chinach”, „Z Chinami trzeba robić interesy za wszelką cenę”. Chińczycy wiedzą, że jeden urzędnik ma wartość stu żołnierzy. A jeden uczony mandaryn ma wartość stu zwykłych urzędników… Na Zachodzie od dwóch lat zamyka się Instytuty Konfucjusza. Władze innych krajów już się zorientowały, że to narzędzie propagandy, infiltracji i szpiegostwa. Niestety, w Polsce i całej Europie Środkowej panuje zdumiewająca pobłażliwość dla chińskich totalitarnych „konfucjanistów”.
JK: Żyjemy zatem – Twoim zdaniem – w otoczeniu mniej lub bardziej świadomego udziału najwyższych polskich władz w spisku zorganizowanym przez światowe mocarstwa. Dobrze to ująłem? Do tego najwyżsi polscy urzędnicy państwowi wykonują „tajne misje”, rozmawiają w saunie, a z samym prezydentem Dudą wiążą się dziwne i dość nadzwyczajne obyczajowe wątki.
TP: Żeby zrozumieć, o co chodzi i co się naprawdę dzieje, trzeba przeczytać książkę. Żyjemy w świecie szybkiej komunikacji. Newsy pojawiają się i znikają. Coraz trudniej nam się przed tym bronić. Ale musimy się bronić. Nie możemy gonić za sensacją dnia, bo następnego dnia będzie inna sensacja, niezwiązana z poprzednią lub do niej przeciwstawna. Jeśli będziemy za nimi gonić, skończy się to skołowaniem. Zamiast kręcić się na tej karuzeli, zacznijmy poznawać ten mechanizm i sprawdźmy, kto próbuje kręcić karuzelą, kto próbuje rządzić wesołym miasteczkiem (tak naprawdę niewesołym). Ty wcielasz się w rolę adwokata diabła i rzecznika publiczności. Bardzo dobrze przedstawiasz przestarzałe nawyki myślowe, z którymi musimy się mierzyć i które nie pozwalają nam nadążyć za rzeczywistością. Jedną z takich skamielin jest słowo „spisek”. Gdy mówisz o „spisku zorganizowanym przez światowe mocarstwa”, to sugerujesz, jakoby chodziło o jedną, ścisłą, tajną, zdyscyplinowaną organizację, o globalne sprzysiężenie etc. Tymczasem ja nigdy w życiu nie opisałem spisku – na pewno nie w takim rozumieniu. Opisuję sieci wpływu, które są liczniejsze, luźniejsze, elastyczniejsze – i znacznie bardziej skuteczne niż sztywne spiski i konspiracje. Oczywiście, ja też czasem używam słowa „spisek”, bo narzucają to rozmówcy. Ale im więcej czasu mija, tym mniej to słowo pasuje do naszej rzeczywistości. Co do „tajnych misji” wykonywanej przez urzędników państwowych, to polityka zawsze bywała sztuką intrygi. Niestety, można czasem odnieść wrażenie, że w Polsce jest tylko tym. Bardzo często, wręcz regularnie spotykam się z polskimi politykami różnych opcji (rzecz jasna, najrzadziej z pisowcami i konfederatami). Niemal wszyscy z nich – także ci, co się z tym nie godzą – przedstawiają mi taką wizję polskiej polityki. Chodzi o to, czy Zdzisiek przejmie partię z rąk Krzyśka przy pomocy Wieśka. To jest najważniejsze. Interesy samej partii są na szarym końcu, interesy Polski jeszcze dalej, a interes Europy, Zachodu i całej ludzkości to bardzo odległa perspektywa. Andrzej Duda w tym świecie odnalazł się znakomicie. Nie jest utalentowanym intrygantem, ale chętnie spełniał zadania zlecane mu przez protektorów. O tym, że Duda „szpiegował” Zbigniewa Ziobrę dla Joachima Brudzińskiego i Jarosława Kaczyńskiego i robił to nawet w saunie, „Newsweek” pisał już 5 lat temu. Zgadzam się, że to wszystko jest przerażające. Także wtedy, gdy nie interpretujemy tego jako „wielkiego spisku”, tylko raczej jako wielość różnych pajęczyn, które po części się ze sobą zazębiają. Przydałby się odkurzacz. Niestety, nie ma odkurzacza. Jest skrajnie cyniczny PiS i skrajnie nieodpowiedzialny Andrzej Duda, który nocną porą tweetuje z nastolatkami lub osobami udającymi nastolatki. Przyjrzeliśmy się również temu wątkowi, ponieważ te tweety Dudy stanowią nie tylko uchybienie dla godności urzędu Prezydenta RP, ale także – zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. W książce „Duda i jego tajemnice” wyjaśniamy, z jakimi niebezpieczeństwami wiąże się np. słynne „nocne selfie” zamieszczone na Twitterze przez Andrzeja Dudę.
JK: Ja jednak nie mogę o tę obyczajową stroną nie zapytać. Jeśli wokół prezydenta i z jego udziałem pojawia się nawet najmniejszy swąd skandalu związanego z „leśnym ruchadełkiem” – przypomnę, że to nocna publiczna wymiana internetowych serdeczności miedzy prezydentem Polski, a kimś o takim internetowym pseudonimie – albo ostatniej afery z Jolką Rosiek – czyli kobietą, która publicznie deklaruje romans z prezydentem i ich wzajemną miłość – to powinniśmy wiedzieć o co chodzi, bo może to jakieś oszustwo, manipulacja i próba dyskredytowania Andrzeja Dudy?
TP: Zgadzam się. Powinniśmy o tym wiedzieć – tym bardziej, że pannę Jolantę Rosiek coś łączy z tzw. Ruchadłem Leśnym. Panna Rosiek głośno, wręcz ostentacyjnie się wzbrania przed kojarzeniem jej z tym Twitterowym kontem – jednak nie mówi w tej sprawie całej prawdy, albo wręcz mówi nieprawdę. Dlatego poświęciliśmy tej sprawie jeden rozdział.
JK: No więc o co chodzi?
TP: Jeśli pytasz o pannę Rosiek, to wszystko wskazuje na to, że prezydent nie miał z nią romansu. W naszej ocenie panna Rosiek mija się z prawdą. Natomiast sposób w jaki działa i jej powiązanie z Ruchadłem Leśnym sugeruje, że: – albo mamy do czynienia z wyjątkowo upartą i spragnioną uwagi (nie tylko prezydenta) stalkerką; – albo mamy do czynienia z kimś, kto w powiązaniu z innymi osobami próbuje prezydenta kompromitować lub straszyć możliwą kompromitacją. Oczywiście, wszyscy chętnie powiedzielibyśmy sobie: „To tylko jedna niezrównoważona młoda osoba”. I być może mielibyśmy rację. Jednak rozmach, z jakim działa panna Rosiek, daje do myślenia.
JK: Rozmach? Przecież każda dziewczyna może zmyślić, że miała romans z prezydentem, opisywać jakieś wymyślone szczegóły. Takich szaleństw musi być w internecie mnóstwo. Dlaczego właśnie to? No i dlaczego na Boga prezydent Rzeczypospolitej pisze publicznie z – przepraszam za wyrażenie: „leśnym ruchadełkiem”?
TP: Każda dziewczyna może sobie taki romans zmyślić. Nie każda sfabrykuje rzekome wiadomości od prezydenta w swoim komunikatorze. Nie każda przekona koleżankę, żeby nagrała i zamieściła w internecie „film-świadectwo” o rzekomej prawdziwości słów domniemanej kochanki prezydenta. Nie każda przedrze się przez tłum i ochroniarzy, żeby rzucić się prezydentowi na szyję. Nie każda wpadnie na to, żeby przejąć coś, co należało wcześniej do słynnego Ruchadła Leśnego, kojarzonego z prezydentem za sprawą jego nocnych tweetów. Więc jeśli mamy do czynienia ze stalkerką, to niepospolitą. Pytasz również, dlaczego prezydent pisze z Ruchadłem Leśnym… Zapewne chodziłoby o tę samą przyczynę, dla której Duda spotykał się z Filipem Szarym, dla której bezrefleksyjnie powtarza chińską propagandę polityczno-biznesową. Tą przyczyną jest skrajna nieodpowiedzialność.
JK: Macierewicz, Morawiecki, Duda – dlaczego właśnie ich wziąłeś na celownik? Albo inaczej – co ich łączy?
Macierewicz zainteresował mnie w listopadzie 2015 r., gdy wbrew wyborczym obietnicom PiS został ministrem obrony. Po co jawnie łamać słowo, by powierzyć jedno z najodpowiedzialniejszych stanowisk człowiekowi, który od lat powoduje katastrofy i jest traktowany ze zrozumiałą nieufnością nawet przez wielką część elektoratu PiS? Jak to mówią Amerykanie, „Follow the money”. Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Postanowiłem więc sprawdzić, kim jest Macierewicz jako biznesmen. Od razu trafiłem na jego wieloletniego bliskiego współpracownika, powiernika i sponsora, milionera Roberta Luśnię – byłego konfidenta SB powiązanego z wywiadem wojskowym Kremla. Zrozumiałem, że robi się ciekawie. Jeszcze ciekawiej było, gdy okazało się, że Macierewicz ma więcej podobnych powiązań: „rosyjski łącznik” Kotas, pułkownik Gaj, lobbysta D’Amato, prokremlowski kongresmen Rohrabacher, prorosyjski prawnik Moreno Ocampo etc. To mnie nauczyło, żeby nie wierzyć w fasady. Jeśli ktoś udaje najbardziej antyrosyjskiego polityka PiS, to raczej nim nie jest. Jeśli ktoś – jak Morawiecki – udaje najbardziej zachodniego polityka PiS, to też nim nie jest. Dlatego prześwietliłem również Morawieckiego. Okazało się, że on także ma liczne powiązania z ludźmi Kremla. Ale to nie znaczy, że badałem tylko Macierewicza, Morawieckiego i Dudę. W ciągu ostatnich lat sprawdzałem licznych polityków PiS, przyjrzałem się też kilku opozycjonistom i szczegółowo przeanalizowałem powiązania pewnej ważnej osoby z Niemiec. To, co publikuję, to jedna setna moich śledztw. Bo publikuję tylko wtedy, gdy znajduję coś, co można udowodnić. A żeby znaleźć coś takiego, zwykle trzeba długo szukać. Nie co dzień trafia się od razu na takiego Luśnię. Trzeba nieustannie odsiewać błędne tropy i pozorne sensacje od tego, co prawdziwe i ważne. Tak właśnie wyglądał mój dzień codzienny przez ostatnie lata: przesiewanie i odsiewanie. Było to ciągłe siedzenie przed komputerem lub nad starymi papierami w archiwach IPN i Bibliotece Narodowej. Ale nie myśl, że narzekam! Powiedzieć, że było warto, to mało powiedzieć.
JK: A gdybyś nie był sobą – dziennikarzem śledczym Tomaszem Piątkiem tylko zwyczajnym zjadaczem chleba i pewnego dnia przeczytałbyś takie rewelacje jakiegoś Tomasza Piątka o najważniejszych osobach w państwie – uwierzyłbyś? Albo może inaczej – zawiadomiłbyś na przykład prokuraturę o próbie popełnienia przestępstwa przez tych panów? W zasadzie stąd wynika następne pytanie – dlaczego tego jeszcze nie zrobiłeś?
TP: Zrobiłem. Złożyłem zawiadomienie. Rzecz jasna, trudno było liczyć na to, że prokuratura ministra Ziobry podejdzie rzetelnie do mojego zawiadomienia. Jednak uznałem za swój obowiązek złożyć zawiadomienie do prokuratury w przypadku najbardziej jaskrawym i oczywistym. Przypadek ten dotyczył nadużycia stanowiska przez Macierewicza w celu zastraszenia dziennikarzy i zablokowania publikacji o jego rosyjskich powiązaniach. Ziobrowska prokuratura próbowała odrzucić to zawiadomienie. Potem, gdy już wszczęła postępowanie, usiłowała je umarzać… A ja przy każdej takiej próbie składałem zażalenie do sądu. Wtedy sąd nakazywał prokuraturze prowadzić postępowanie ze względu na wagę sprawy. Wreszcie trafiłem na sędzię, która odrzuciła moje zażalenie (pod pretekstem, że Macierewicz zastraszając mnie i opinię publiczną posługiwał się dokumentami bez stempla ministerstwa obrony, więc nie nadużył stanowiska, tylko występował jako osoba prywatna…). Wtedy złożyłem skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Teraz tam trafiła sprawa Antoniego Macierewicza. Co do „wiary” zwykłego zjadacza chleba w „rewelacje”, to moje książki nie zawierają „rewelacji” i nie wymagają wiary. Zawierają udokumentowane fakty, których prawdziwości nikt dotąd nie obalił. Zawierają setki przypisów źródłowych. Tu nie ma nic, w co można „uwierzyć” lub „nie uwierzyć”. Rzecz jasna, można zrozumieć pokusę, żeby nie wierzyć w rzeczy, które nam nie pasują. Jeśli jednak będziemy się nią kierować, to ludzie w rodzaju Kaczyńskiego, Putina i Xi Jinpinga jeszcze długo będą nas trzymać pod butem.



61 Responses to "Tajemnice Andrzeja Dudy"