
Doktor Piotr Michel-Dziunycz ma 37 lat. Jest współwłaścicielem jednej z najlepszych klinik dermatologicznych w Zurychu.
– A dokąd to chłopcze się wybierasz? – zapytały mnie kilkanaście lat temu kobiety, które razem ze mną stały na przystanku w Wetlinie. Odpowiedziałem, że jadę złożyć dokumenty na medycynę w Warszawie. „A… to trzeba mieć znajomości” – skomentowała pierwsza. „I pieniądze” – dodała druga. A ja nie miałem ani jednego, ani drugiego… Miałem za to zapał – opowiada Super Nowościom specjalista dermatologii i współwłaściciel nowoczesnej kliniki w Szwajcarii Piotr Michel-Dziunycz. Jak udało mu się to osiągnąć?
– Dlaczego akurat medycyna… Jako kilkuletni chłopiec usłyszałem od rodziców: „Ty byłbyś dobrym lekarzem”. Zapamiętałem te słowa. Już tak mam, że biorę sobie do serca „drobnostki”, które ktoś mi powie. Uważam, że nawet mała rzecz może mieć ogromny wpływ na przyszłość – opowiada nasz rozmówca.
Po 3. roku studiów zaczął wyjeżdżać za granicę na badania naukowe. – Brałem udział w studenckich kołach naukowych. W jednym z nich zajmowałem się biologią molekularną. To właśnie z niego wyjeżdżałem na wakacyjne stypendia naukowe – opowiada Piotr Michel-Dziunycz. – Pierwszy wyjazd był do Szwajcarii – do Lozanny, kolejnych kilka do USA, do Niemiec i Francji.

Po drodze był… Harvard
Ostatnie dwa lata studiów spędził już za granicą – głównie w Niemczech. – Pamiętam jak koleżance, studentce medycyny z Warszawy, powiedziałem, że wyjeżdżam na parę miesięcy właśnie do Harvardu. Ona opowiedziała to znajomej, która na to, że: „Niemożliwe, pewnie ma znajomości”. A ja po prostu odważyłem się i zaaplikowałem. To takie typowo polskie: „E… nie uda się”. A dlaczego niby nie? W moim środowisku, na początku też słyszałem: „Ach, o czym ty mówisz, zapomnij, nie ma szans”. Po pewnym czasie, gdy przekonali się, że nie odpuszczam, sami stwierdzili, że lepiej, żeby się nie odzywali (śmiech). Uważam, że zawsze trzeba wyszukiwać wokół siebie osoby, które pomagają w osiągnięciu celu. Trzeba unikać ludzi, który próbują sprowadzać nas na ziemię. To toksyczne osoby, które zamiast dodawać skrzydeł, podcinają je, zniechęcają i tracimy przez nie zapał.
Przeczytaj pełny tekst artykułu w papierowym wydaniu Super Nowości.
Katarzyna Szczyrek




3 Responses to "Chłopak z Wetliny podbija Szwajcarię"