
KRAJ. Dwóch zwyczajnych posłów decyduje o najważniejszych sprawach Polski i Polaków.
Tego raczej nikt się nie spodziewał: dwaj zwyczajni posłowie prezes PiS, Jarosław Kaczyński i lider „Porozumienia” Jarosław Gowin, dogadali się i zdecydowali, że wyborów w maju nie będzie, za to Sąd Najwyższy uzna wybory, których nie było, za nieważne i rozpisane zostaną nowe. Jak to możliwe? W Polsce PiS-u wszystko jest możliwe! Także to, że Kaczyński oszuka Gowina i zrobi wybory pocztowe 23 maja.
Jak do tego wszystkiego doszło? Ano Jarosławowi Gowinowi nie spodobał się pomysł PiS-u, by 10 maja odbyły się wybory pocztowe organizowane nie przez PKW, a przez ministra aktywów państwowych i wicepremiera w jednym, Jacka Sasina. Lider „Porozumienia” chciał, by ze względu na epidemię koronawirusa zmieniono konstytucję i przedłużono kadencję Andrzeja Dudy o dwa lata bez możliwości walki o reelekcję. Prezes PiS nie chciał jednak o tym słyszeć, więc J. Gowin zrezygnował z funkcji wicepremiera oraz ministra w rządzie Mateusza Morawieckiego, zapowiadając jednocześnie, że „Porozumienie” pozostaje w Zjednoczonej Prawicy i będzie popierać aktualny rząd. Wkrótce jednak okazało się, że poparcie owo nie będzie dotyczyć ustawy o wyborach pocztowych 10 maja. Część posłów „Porozumienia” z Gowinem na czele zapowiedziała bowiem, że nie poprze tej ustawy, gdy wróci ona do Sejmu odrzucona przez Senat. PiS za to postraszył tych posłów wyrzuceniem z klubu parlamentarnego oraz ze Zjednoczonej Prawicy. Tak naprawdę jednak to PiS miał się czego bać i nie szło wcale tylko o sławetną ustawę o wyborach korespondencyjnych, Zjednoczona Prawica ma bowiem w Sejmie większość, ale bardzo słabą. Wystarczy, by z 235 posłów ZP wyłamało się 5 i… już po większości. A mówiło się o tym, że przynajmniej połowa z 18 posłów „Porozumienia” może nie poprzeć pocztowo-rządowych wyborów. Pozbycie się ich z klubu i koalicji rządzącej oznaczałoby brak większościowego poparcia dla rządu Morawieckiego.
Prezes Kaczyński miał zatem twardy orzech do zgryzienia, tym bardziej, że jasnym stało się, iż wyborów 10 maja zwyczajnie nie da się przeprowadzić. W tej sytuacji niektórzy politycy PiS zaczęli przebąkiwać o możliwym wprowadzeniu w Polsce stanu klęski żywiołowej, podczas którego wyborów się zgodnie z prawem nie przeprowadza. Tego rozwiązania od początku pandemii chciała opozycja, ale PiS ją wykluczał, ponieważ przesuwałoby to wybory o co najmniej 90 dni. Teraz wyglądało na to, że nie będzie innego wyjścia.
A jednak okazało się, że „wyjście” jest, tylko trzeba było przekonać do niego Gowina. Otóż w zamian za to, że jego posłowie zagłosują za ustawą o wyborach pocztowych Kaczyński obiecał liderowi „Porozumienia”, że wyborów prezydenckich w maju nie będzie. Odbędą się później, będą korespondencyjne, ale zorganizuje je nie rządowy minister, a PKW. Jednak, by wybory były nieważne i można było rozpisać nowe, musi ich nieważność orzec Sąd Najwyższy. W normalnym systemie sądowniczym sąd jest niezawisły i o jego wyroku trudno, nomen omen, wyrokować. Ale PiS przecież zadbał już o to, by Sąd Najwyższy orzekał „jak należy” wszak obowiązki jego pierwszego prezesa pełni związany z PiS-em Kamil Zaradkiewicz, stąd w umowie między Kaczyńskim i Gowinem zapis: „po upływie terminu 10 maja 2020 roku oraz przewidywanym stwierdzeniu przez Sąd Najwyższy nieważności wyborów, wobec ich nieodbycia, marszałek Sejmu RP ogłosi nowe wybory prezydenckie w pierwszym możliwym terminie”.
Co się zatem może stać? Ano może być tak, że Sąd Najwyższy uzna, że niedzielne wybory (10 maja) były nieważne, choć ich nie było. Wówczas marszałek Sejmu Elżbieta Witek ogłosi zupełnie nowe wybory. Mówi się o tym, że miałyby odbyć się w lipcu lub sierpniu tego roku.
Mowa jest także o tym, że obecni kandydaci na prezydenta RP zachowają „swoje prawa nabyte” w postaci podpisów poparcia. Nie wiadomo, jaka miałaby być podstawa prawna takiego pomysłu. Pojawiają się też informacje, jakoby w nowych wyborach mogli w ogóle wystartować tylko obecnie kandydujący na urząd prezydenta, co już zupełnie od strony prawnej nie trzyma się kupy.
Możliwy jest jednak jeszcze inny scenariusz: otóż Jarosław Kaczyński może oszuka swego imiennika Gowina. Przyjęta w czwartek (7 maja) ustawa o wyborach pocztowych pozwala zmienić termin wyborów z 10 na 17 lub 23 maja. Gdy podpisze ją prezydent Duda, będzie obowiązującym aktem prawnym i PiS będzie mógł 23 maja rękoma ministra Sasina przeprowadzić wybory. Dlaczego to dla PiS takie ważne? Dlatego, że o ile teraz szanse na reelekcję Andrzeja Dudy są spore, to w lipcu czy sierpniu będą już znacznie mniejsze. A do sprawowania władzy absolutnej Kaczyńskiemu potrzebny jest posłuszny mu prezydent z PiS-u.
Monika Kamińska




6 Responses to "Czy Kaczyński oszuka Gowina?"