
Ledwo otworzyli kościół po koronawirusie, cieszyli się, że ruszą z pomocą dla najbardziej potrzebujących. Tymczasem…
Pani Stanisława ma 70 lat. W środowe popołudnie spotykamy ją w kościele ojców Dominikanów w Rzeszowie. Raz w miesiącu przychodzi tu po paczkę żywnościową. Konserwy, makaron, cukier… Po opłatach za światło, gaz, czynsz, spłacie raty pożyczki i wykupieniu leków zostaje jej w portfelu: – Na sól do kwaśnego mleka – przyznaje smutno i dodaje, że bez pomocy stąd, nie byłoby co do garnka włożyć. Takich osób jak ona jest więcej. Około 50 rodzin. Niedawno ktoś ich okradł.
– To była niedziela, 3 maja – wspomina o. Artur Gałecki, przeor klasztoru Ojców Dominikanów. – Wszedłem na chór, spojrzałem na kościół i… coś mi nie pasowało. Zorientowałem się, że nie ma jednej skarbony.
Na środku kościoła, tuż przy ławach, stały zawsze dwie – jedna na datki na utrzymanie kościoła, a druga na ofiary na potrzeby ubogich, którymi opiekuje się Grupa Charytatywna świętego Marcina de Porres. „Zniknęła” ta druga.
Ojciec Artur zbiegł na dół. – Zacząłem pytać braci, czy któryś nie wie, gdzie jest, czy jej gdzieś nie przestawił, choć wiedziałem, że byłoby to raczej dziwne. Nikt jej nie rusza, bo i po co – opowiada. Zaprzeczyli. Wtedy do duchownych dotarło, że właśnie zostali okradzeni. Dwóch braci pobiegło jeszcze wokół kościoła zobaczyć, czy skarbony przypadkiem gdzieś nie ma, a o. Gałecki zadzwonił na policję. – Ktoś musiał to zrobić między godziną 10 a 12. Mieliśmy wtedy naszą mszę świętą w wewnętrznej kaplicy. To musiały być raczej dwie osoby. Skarbona była bardzo ciężka. Nawet rosły mężczyzna nie byłby w stanie jej udźwignąć. Prędzej przewrócić czy przesunąć, ale nie wynieść. A musiała zostać wyniesiona, bo na posadzce nie było zarysowań – dodaje.
Opróżniona i zniszczona
Po południu w kościele raz jeszcze zjawiła się policja. – Powiedzieli, że ją znaleźli. W zagajniku leśnym, nieopodal. Opróżnioną i zniszczoną – relacjonuje ojciec Artur, nie ukrywając, że ta sytuacja nadwyrężyła ich zaufanie. – Cieszyliśmy się, że po chorobie braci możemy nareszcie otworzyć świątynię dla ludzi, bo na pewno tęsknią za modlitwą. 1 maja w końcu się to udało, a już dwa dni później stało się to… Przykro nam tym bardziej, że ktoś połakomił się na coś, co było przeznaczone dla najbardziej potrzebujących. Przez chorobę nie mogliśmy im pomagać. Musieli czekać aż wyzdrowiejemy, żeby do kościoła mógł wejść ktoś, kto dołoży do skarbony swoje przysłowiowe trzy grosze. I kiedy w końcu to się stało, mogliśmy ruszyć z pomocą, ktoś przyszedł i nas okradł. A przecież wystarczyło poprosić… Nie odmówilibyśmy pomocy nawet osobie nie z naszej parafii. Pomożemy na tyle, ile możemy, z tych środków, które mamy. A to były właśnie te pieniądze… Ktoś zabrał je tym, którzy być może są w większej potrzebie niż on… – zawiesza głos ojciec Artur. Po chwili dodaje: – To nie chodzi o to, żeby te osoby ukarać, bo mogły zbłądzić, tylko uzmysłowić, że takie rzeczy w ogóle nie powinny mieć miejsca!
W środę w kościele oo. Dominikanów zjawiła się też pani Monika. Ma 45 lat, od 2 korzysta ze wsparcia Grupy. Co się stało? – pytamy. – Straciłam pracę, a mam małe dzieci na wychowaniu. Sytuacja była dramatyczna. Sąsiadka, która też korzysta z pomocy u Ojców Dominikanów, doradziła mi, żeby tu przyjść – przyznaje. – Tak zrobiłam i dzięki temu nie martwiłam się, że będziemy chodzić głodni. Teraz – jak opowiada – staje już na nogi. Ukończyła program stażowy i zdobyła „papiery” czeladnicze na kucharza. Dostała nawet pracę w restauracji, ale przez koronawirusa, nie może jeszcze jej podjąć. Dlatego przyszła. Dziś po pomoc, ale i z pomocą. – Przyniosłam buciki po dzieciach. Są w idealnym stanie, niech posłużą innym – mówi i dodaje wskazując panie przekazujące dary starszemu mężczyźnie – To są naprawę cudowne kobiety, gdyby nie ta grupa, byłoby bardzo ciężko. Mojej znajomej, która w tamtym roku miała kryzysową sytuację opłaciły nawet rachunki za prąd. Sama nie byłaby w stanie. Tak bardzo mi kibicowały, jak powiedziałam im, że zaczynam staż. Bo tutaj jest tak, że gdy jest źle – pomagają, a jak jest dobrze, cieszą się razem z nami.
O kradzieży skarbony i poszukiwaniach sprawców pani Monika dowiedziała się od nas. – To niepojęte, jak ktoś mógł… – kręci głową z niedowierzaniem i dodaje: – Nawet jeżeli ci ludzie uciekną przed policją, to przed sumieniem na pewno już nie…
Pomagają w grupie od 13 lat
Schodzimy do pomieszczenia w suterenach. To antykwariat. Mnóstwo regałów z książkami, gdzieniegdzie dziecięce zabawki czekające na przekazanie najmłodszym. Po środku stół z krzesłami, dalej kanapy i fotele. – W normalnych okolicznościach właśnie tutaj spotykamy się z tymi, którzy do nas przychodzą. Siadamy, rozmawiamy – mówi pani Małgorzata, koordynatorka. – Przez koronawirusa kontakty ograniczamy do minimum. Dary wydajemy niestety w przedsionku. Chodzi o bezpieczeństwo.
Na potrzeby stworzenia tego artykułu panie robią wyjątek i zapraszają do rozmowy. Rozsiadamy się w fotelach w piątkę. W Grupie Charytatywnej śr. Marcina de Porres są 4 panie: Małgorzata, Zofia, Krystyna i Genowefa. – Działamy od 2007 r., czyli już 13 lat. Zaczęło po przyjściu do klasztoru ojca Andrzeja Kuśnierskiego. Powiedział, że potrzebuje chętnych do pomocy, a my byłyśmy akurat chętne pomagać – zaczyna z uśmiechem pierwsza z nich, gdy pytamy o początki ich działalności. – Najpierw przygotowywałyśmy tylko paczki wielkanocne, a żywność dla potrzebujących otrzymywałyśmy z Caritasu i darczyńców. Po pewnym czasie dzięki hojności parafian i przyjaciół parafii grupa zaczęła funkcjonować już samodzielnie. Wtedy też postanowiliśmy, że obejmiemy potrzebujące osoby stałą opieką, czyli paczki będziemy przygotowywać regularnie. W sumie przez te wszystkie lata pomogliśmy około 150 rodzinom. Niektórzy krótko korzystali z naszego wsparcia, bo znaleźli pracę i wyszli na prostą. Ale są też i takie rodziny, którym bardzo ciężko wyjść z biedy. W tej chwili mamy pod opieką około 50 rodzin i osób samotnych , ale sądzę, że sytuacja spowodowana przez koronawirusa sprawi niestety, że będziemy mieć więcej podopiecznych.
Dyżury w każdą środę
Jak wygląda taka pomoc? – Raz w miesiącu osoby potrzebujące przychodzą po paczkę żywnościową. Dyżurujemy w każdą środę od godz. 16.30 do 18 – opowiada pani Krystyna. – Oczywiście, jeżeli ktoś przyjdzie drugi raz, bo ma wyjątkowo trudną sytuację, też nie odmówimy. Zawsze zanim zaczniemy pomagać sprawdzamy sytuację tych osób. Dysponujemy nieswoimi pieniędzmi, czujemy odpowiedzialność. Prócz przygotowywania paczek, w Boże Narodzenie organizujemy „Choinkę” – czyli spełniamy marzenia najmłodszych, ale też i dorosłych. Ich potrzeby zapisujemy i wieszamy na choince w kościele. Ten, kto ma chęć pomóc, ściąga karteczkę i przynosi nam podarek. Ofiarność ludzi jest niesamowita! Raz jakieś dziecko poprosiło nawet o komputer. Zapisałyśmy to oczywiście na karteczce i proszę sobie wyobrazić, że ktoś nam go przyniósł! Te dzieci tak się później cieszą, wiadomo, że choć o czymś marzą, nie dostałyby tego, bo rodzice kupią to, co najpotrzebniejsze. Prezenty rozpakowywane są praktycznie na miejscu (śmiech). A ile jest radości! W tym roku panie zrobiły też akcję dla bezdomnych. Dostali koce, śpiwory i niezbędne ciepłe ubranie aby przetrwać zimę.
– Ostatnio, gdy klasztor był zamknięty, trudno było pomagać. Nie mogłyśmy jednak zostawić naszych podopiecznych. Są osoby, które mają 200 zł na miesiąc. Jak za to przeżyć?! Dzwoniłyśmy więc do tych w najtrudniejszej sytuacji i dostarczyłyśmy paczki z pomocą parafian i przyjaciół parafii. Gdy klasztor został otwarty, wznowiłyśmy swoją pracę – mówi pani Zofia.
Pieniądze na zakupy pochodzą ze skarbony. – To nasze jedyne źródło oprócz wsparcia rzeczowego na „Choinkę” i do paczek na Wielkanoc – przyznają nasze rozmówczynie – Dlatego ta skarbona jest dla nas tak cenna.
Wsparcie także duchowe
Jak podkreślają nasze rozmówczynie, grupa pomaga nie tylko materialnie, ale i duchowo. – Przychodzą do nas ludzie samotni, z problemami, którym potrzebna jest też zwykła rozmowa. Przytulenie, pogłaskanie, to, że mogą się wypłakać – przyznaje pani Zofia. Służymy nie tylko pomocą materialną ale i dobrym słowem.
– Kiedyś pojawił się młody chłopak, student. W strasznym stanie, chyba w depresji. Przyznał, że wszystko mu się zawaliło, nie ma za co żyć, za co zapłacić mieszkania – wspomina pani Zofia – Nasza pomoc trwała pół roku. Potem stanął na nogi, ożenił się. Przyszedł podziękować i pożegnać się. Chyba wyjechał. Takie rzeczy będziemy pamiętać do końca życia.
Przejmująca jest też historia pewnej kobiety z Ukrainy. – Trafiła do nas po pobycie w domu samotnej matki. Przygarnął ją ktoś z naszej parafii, z szóstką dzieci – opowiada dalej pani Małgorzata. – Wspomagamy ją od 13 lat i przechodzimy z nią przez różne okresy życia. Był czas, że znalazła pracę, ale był też i taki moment, że zadzwoniła do nas i powiedziała, że nie ma na chleb i na ziemniaki. Ona ma duży problem z mieszkaniem, bo nie jest zameldowana w Rzeszowie, przez pewien czas bałyśmy się, że odbiorą jej dzieci. A matką jest wspaniałą, opiekuje się nimi wzorcowo. No ale życie jej się nie może ułożyć…
Podczas naszej rozmowy do antykwariatu zaglądnęło kilka osób. W większości starsze, ale też młoda rodzina z dzieckiem. – Przychodzą do nas ludzie w różnym wieku. Różne sytuacje zdarzają się w życiu… Każdego z nas może spotkać taki los, że zapuka po pomoc – mówi pani Małgorzata. – Ja wiem, że nie jest łatwo prosić. Ludzie się wstydzą. Na szczęście na tyle ufają ojcom, że przełamują się i przychodzą. Zdarza się też często, że sami ojcowie podsyłają nam kolejne osoby. Gdy chodzą po kolędzie widzą, jaka jest sytuacja w domu, mówią, że można skorzystać ze wsparcia. – Ale nie byłoby go bez naszych darczyńców – podkreślają panie. – Dziękujemy wszystkim w imieniu naszych podopiecznych, choć oni sami na pewno zrobiliby to o wiele piękniej i wdzięczniej…
***
I Ty możesz pomóc przekazując datek na nowo utworzone konto Klasztoru Ojców Dominikanów z przeznaczeniem dla Grupy Charytatywnej: 77 1020 4391 0000 6402 0201 7135
Katarzyna Szczyrek



4 Responses to "Kto ukradł skarbonę z datkami dla ubogich?"