Lepiej mieć koronawirusa niż złamaną rękę

Podejrzewasz u siebie zakażenie koronawirusem i masz prawo do bezpłatnego przejazdu do szpitala, ba, masz na usługi i karetkę z ratownikami i sztab ludzi, którzy pobiorą wymazy, postawią diagnozę i wreszcie zaczną leczyć. Niestety, w dobie epidemii, czy jak mówią niektórzy, pandemii, inne schorzenia zeszły na plan dalszy. O wiele za daleki plan dalszy.

I o ile jedni lekarze apelują, by nie lekceważyć objawów zawału czy udaru i szukać pomocy, żeby nie odkładać wizyt u onkologa, bo z przyczyn nowotworowych umiera w Polsce 300 osób dziennie, to inni pozamykani w przychodniach skupili się jedynie na teleporadach, jakby przez telefon można było wyleczyć wszystko. A nie można. Podam przykład prozaiczny. W jednej z rzeszowskich poradni na lekarza rodzinnego natknęła się pacjentka, która nomen omen została wpuszczona do przychodni tylko dlatego, że miała umówione badanie zw. echo serca. Spotkawszy przypadkowo na korytarzu swoją lekarkę poprosiła ją o wypisanie recepty na stale przyjmowane leki plus na stłuczenie, po którym bardzo boli ją ręka. Rzut okiem na spuchniętą i zasinianą rękę skłonił lekarkę do wypisania również skierowania na prześwietlenie. Wynik nie pozostawiał złudzeń. Ręka nie była stłuczona, tylko złamana i to w dwóch miejscach. Kolejnym krokiem powinno być wysłanie pacjentki do ortopedy. Lekarka rodzinna, chcąc przyspieszyć przyjęcie chorej idzie sama do przyjmującego ortopedy z prośbą o rzucenie okiem i ewentualne założenie gipsu. I tutaj zaczynają się schody. Oczywiście nie rzeczywiste, bo ortopeda przyjmuje na parterze. Będący bowiem na dyżurze lekarz odmawia. Kobieta idzie więc do siedzącego w gabinecie obok chirurga. Skutek? Podobny. Jedyne na co daje się uprosić specjalista to wypisanie skierowania do szpitala, bo „złamanie nie jest świeże i może będzie wymagało operacyjnego nastawienia”. Lekarka rodzinna, czując się odprawiona z kwitkiem wychodzi więc z gabinetu specjalisty, wiąże na szyi pacjentki szalik i robi z niego coś w rodzaju temblaka, na którym układa złamaną rękę i odsyła kobietę na dalszą wędrówkę w poszukiwaniu pomocy. Czy ją znalazła? Nie wiadomo. Być może w szpitalu też jej nie przyjęli. No bo przecież koronawirus. Być może nadal czeka, a wiedząc, że to złamanie, a nie stłuczenie, sama sobie włożyła rękę w szyny zrobione z deseczek i zabandażowała. Kości jakoś tam się zespolą. Kogo to obchodzi, że krzywo zrośnięte kości będą ją boleć nie tylko przy zmianie pogody? Co można powiedzieć o wspomnianych wyżej specjalistach? Na pewno nie to, że są ludźmi wrażliwymi na czyjąś krzywdę. A czy są lekarzami? Tylko w przypadku, gdy bycie lekarzem polega na tym, żeby wiedzieć, gdzie jest i jak działa wątroba, serce czy łąkotka w kolanie. Czy powinnością lekarza nie powinno być udzielenie pacjentowi pomocy? Przecież koronawirus nie jest chorobą, która kładzie pokotem. Mówi się oczywiście o epidemii, ale medycy są także od leczenia zakażonych. W tym przypadku strach przed koronawirusem okazał się gorszy niż on sam.

Redaktor Anna Moraniec

One Response to "Lepiej mieć koronawirusa niż złamaną rękę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.