Mniej badań, to niższa wykrywalność chorób

Za „moich czasów” w medycynie pracy oprócz podstawowych badań laboratoryjnych z krwi i moczu, każdemu pracownikowi wykonywano też prześwietlenie płuc. Konieczne było również  odwiedzenie ginekologa, a w zależności od charakteru wykonywanej pracy, okulisty, laryngologa, neurologa, psychologa czy dermatologa. Wyniki tych badań i konsultacji dawały wiedzę lekarzowi medycyny pracy o stanie zdrowia, a pracownikowi szansę na wczesne wychwycenie wszelakich chorób i szybkie podjęcie leczenia. Potem systematycznie zaczęto ograniczać zasięg tych badań i konsultacji.

Dziś proponuje się odstąpić od nich niemal zupełnie. Wynika to z proponowanych i przekazanych do konsultacji publicznych zmian, zawartych w projekcie nowelizacji rozporządzenia Ministra Zdrowia, w sprawie przeprowadzania badań lekarskich pracowników (opublikowano go na stronie Rządowego Centrum Legislacji). Zakładają one ni mniej ni więcej, tylko zniknięcie obligatoryjnych badań specjalistycznych dla pracowników. To oznacza, że lekarz medycyny pracy będzie sam decydował, czy skierować pracownika czy nie na jakiekolwiek badania czy konsultacje. „Mając na uwadze, że lekarze medycyny pracy są przygotowani do samodzielnej oceny podstawowych parametrów objętych badaniami lekarzy specjalistów, co wynika ze zmienionego kilka lat temu programu specjalizacji w zakresie medycyny pracy, zrezygnowano w możliwym zakresie z obligatoryjnych konsultacji specjalistycznych” – czytamy w uzasadnieniu. Proponowane w projekcie rozwiązania mają podobno zoptymalizować dostępność do badań profilaktycznych i zracjonalizować ich przeprowadzanie. Przede wszystkim zaś obniżyć koszty badań profilaktycznych. Tyle tylko, że ma się to jak pięść do nosa, bo wszyscy wiedzą, że profilaktyka jest dużo tańsza niż leczenie, a im wcześniej choroba wykryta, tym pewniejszy pozytywny skutek kuracji. W nawiązaniu do moich ostatnich kontaktów z lekarzem medycyny pracy to proponowane przepisy już mają zastosowanie. Moja wizyta odbyła się bowiem w iście ekspresowym tempie, nie tylko bez konsultacji specjalistów (oprócz okulisty), ale nawet badań laboratoryjnych. Wygląda więc na to, że mój lekarz medycyny pracy ma nie tylko rentgena w swoich oczach, ale i telepatycznie wyczuwa u mnie brak jakichkolwiek schorzeń. Może zresztą po prostu wierzy mi na słowo. Pytana bowiem, czy coś mi dolega powiedziałam, że nie. O jego przygotowaniu do „samodzielnej oceny podstawowych parametrów objętych badaniami lekarzy specjalistów” świadczy zaś jego uwaga rzucona w odpowiedzi na podane przeze mnie nazwy medykamentów na nadciśnienie, które systematycznie przyjmuję „pierwszy raz słyszę o takim leku”. Nic dodać, nic ująć.

Redaktor Anna Moraniec

Leave a Reply

Your email address will not be published.