
KRAJ, PODKARPACIE. Już wiadomo, gdzie są nikomu niepotrzebne pakiety wyborcze przeznaczone do korespondencyjnego głosowania 10 maja, którego nie było.
Jest dobra wiadomość dla Polaków: znalazło się 30 mln kart do głosowania z 10 maja. Tego głosowania, którego nie było. To jednak koniec dobrych informacji, bo kolejna jest już zła: pakiety wyborcze z „wyborów – widmo” to już teraz makulatura. A jeszcze gorsza to taka, że wyprodukowanie tej makulatury kosztowało dziesiątki milionów złotych! Niedawno reporterzy TVN24 dotarli do wewnętrznych dokumentów Poczty Polskiej S. A., z których wynika, że kompletowanie pakietów wyborczych kosztować miało spółkę prawie 70 mln złotych!
Nadal jednak jasne nie jest, kto zlecał druk kart wyborczych i jaki był koszt wydruku. Wicepremier i minister aktywów państwowych, Jacek Sasin, odżegnuje się od tej operacji, twierdząc, że to sprawa premiera Mateusza Morawieckiego i jego poleceń.
PiS nie cofnie się przed niczym
Rządzącej Polską Zjednoczonej Prawicy tak bardzo zależało na tym, by 10 maja przeprowadzić wybory prezydenckie, że jej politycy nie cofali się przed niczym, by do tego doprowadzić i to na swoich warunkach. Słynny już art. 102 Tarczy Antykryzysowej 2.0 sprytnie odebrał Państwowej Komisji Wyborczej część kompetencji dotyczących organizacji wyborów. Między innymi ustalanie wzoru kart do głosowania oraz zlecenie ich druku. Następnie 6 kwietnia Zjednoczona Prawica błyskawicznie przegłosowała Ustawę ws. głosowania korespondencyjnego. Zakładała ona, że Polacy wybierać będą prezydenta korespondencyjnie, zaś pakiety wyborcze zostaną nam dostarczone do skrzynek pocztowych. Każdy pakiet miał zawierać oczywiście kartę do głosowania, a poza nią oświadczenie o osobistym i tajnym oddaniu głosu, instrukcję głosowania korespondencyjnego, kopertę na kartę do głosowania oraz kopertę zwrotną. Choć ustawa o wyborach pocztowych została dopiero skierowana do Senatu, rząd ochoczo zabrał się za przygotowanie wyborów korespondencyjnych bez żadnych podstaw prawnych do takich działań!
Arogancki Sasin
Twarzą i rękoma całego tego przedsięwzięcia był wicepremier i minister aktywów państwowych, Jacek Sasin. To on buńczucznie zapewniał, że wybory korespondencyjne 10 maja muszą się odbyć i odbędą się. Publicznie twierdził też, że drukowaniem kart wyborczych już zajmuje się Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych (PWPW) i wszystko jest zgodnie z prawem, bo choć ustawa jest w Senacie, to rząd działa na podstawie Tarczy Antykryzysowej 2.0. Nie przekonywały go zupełnie głosy ekspertów, którzy podkreślali, że drukowanie kart wyborczych nie jest elementem walki z pandemią, a więc nie może być uzasadniane wspomnianą Tarczą.
Najzabawniejsze było to, że wiadomo było, iż karty „się drukują”, ale nie wiadomo było, jaki jest ich wzór, a także, kto miałby być twórcą tego wzoru.
Tymczasem pod koniec kwietnia, gdy nad ustawą pocztową nadal pracował Senat, jeden z kandydatów na prezydenta RP, Stanisław Żółtek, poinformował, że wskutek przecieku z jednej z firm zajmujących się kompletowaniem pakietów wyborczych ma takowy pakiet i nie zawaha się go pokazać. No i pokazał. Nikt ze strony rządowej nie potwierdził, że to oryginalny pakiet. Dodajmy, że elementy pakietu, w tym karta wyborcza, nie posiadały żadnych zabezpieczeń uniemożliwiających ich podrobienie. Przy okazji tej afery na jaw wyszło, że kompletowaniem pakietów wyborczych zajmują się prywatne firmy, które podwykonawcami w tym przedsięwzięciu zostały bez przetargów. Opozycja grzmiała, a rządowa strona znów potraktowała sprawę z właściwym wicepremierowi Sasinowi ironiczno-pobłażliwym uśmieszkiem.
Kto odpowie za wyrzucenie na makulaturę milionów złotych?
Jednak uśmiechy na twarzach rządzących musiały zgasnąć, gdy okazało się, że Senat ustawę o wyborach pocztowych odrzucił po ustawowych 30 dniach pracy nad nią. Sprawa wyborów 10 maja wisiała na włosku, ale Jarosław Kaczyński nie poddaje się nigdy, więc przekonał Jarosława Gowina, by jednak poparł odrzucenie senackiego weta. Ustawa o wyborach pocztowych stała się faktem, a właściwie jeszcze nie, bo czekała na podpis prezydenta Andrzeja Dudy, ale to wszak tylko formalność. Taka „drobna” formalność, bo tak naprawdę dopiero podpisana przezeń stała się obowiązującym aktem prawnym.
Koniec końców wybory 10 maja się nie odbyły, PKW ogłosiła, że były nieważne, choć ich nie było, a wicepremier Sasin przekonywał, że to nic takiego, bo karty do głosowania się nie zmarnują, wszak użyje się ich do nowych wyborów, których termin lada dzień wyznaczy marszałek Sejmu. O reszcie pakietu wyborczego, który już wówczas był makulaturą J. Sasin milczał dyplomatycznie. Póki co PKW jeszcze nie opublikowała swej uchwały w sprawie nieważności wyborów, a to jest niezbędne do wyznaczenia daty nowych wyborów, ale za to Koalicja Obywatelska ogłosiła, że zmienia kandydata na prezydenta. Zamiast Małgorzaty Kidawy-Błońskiej KO „wystawiło” Rafała Trzaskowskiego. A jego nazwiska wszak nie ma na 30 mln. kart do głosowania, które miały być użyte w wyborach 10 maja. Zatem pomimo zapewnień Jacka Sasina te karty się w nowych wyborach nie przydadzą. Jest zatem 30 mln. kartek, które są makulaturą! Nie licząc pozostałych elementów pakietu wyborczego, które były nią już wcześniej.
Karty znikają i się pojawiają
Jednak co niemniej bulwersujące wkrótce okazało się, że nie wiadomo gdzie ta makulatura jest. Podczas zeszłotygodniowych komisji senackich padły pytania o to i jakoś nikt nie kwapił się z odpowiedzią. Szef PKW, Sylwester Marciniak powiedział, że „nie ma takiej wiedzy” oraz, że PKW nie ma nawet jednego egzemplarza takiego pakietu. Wiceprezes zarządu Poczty Polskiej Paweł Przychodzień z kolei mówił o tym, że pakiety mają trafić do Krajowego Biura wyborczego za pośrednictwem Poczty Polskiej, ale przyznał, że „na ten moment” Poczta ich nie ma. O losie pakietów nie widzieli też nic przedstawiciele strony rządowej. W tej sytuacji senator KO, Stanisław Gawłowski zapowiedział, że złoży do prokuratury doniesienie o zaginięciu około 180 mln druków wyborczych przygotowanych na wybory 10 maja. Teraz jednak okazało się, że pakiety wyborcze „się znalazły”. We wtorek (26 maja) na posiedzeniu senackiej komisji ustawodawczej Krzysztof Kwiatkowski ogłosił te radosną wieść. Okazało się, że ma je w jednym ze swoich obiektów Poczta Polska, o czym poinformowała w swoim piśmie. Zapewniono przy tym, że pakiety są tam bardzo bezpieczne, a także zaznaczono, że Poczta Polska nie wykonywała zadań związanych z drukowaniem pakietów wyborczych, zajmowała się tylko ich kompletowaniem, więc co do kosztu wydrukowania pakietów wyborczych, to Poczta się akurat nie orientuje. Na temat swoich wydatków zapewne się orientuje, ale nie mówi. Za to reporterzy TVN24 dotarli do wewnętrznych dokumentów pocztowych, z których wynika, że spółkę owo kompletowanie pakietów kosztowało blisko 70 mln. złotych! Nieco ponad 26 mln złotych z tej sumy Poczta już zapłaciła różnym prywatnym podmiotom. Mowa o tej samej Poczcie Polskiej, która nie miała w zeszłym roku pieniędzy, by zarabiającym 2,5 tys. złotych brutto listonoszom podnieść pensje o 500 złotych. Teraz miała na gigantyczne wydatki w ekspresowym tempie na realizację pomysłu rządu bez podstawy prawnej.
Skoro jednak Poczta Polska z drukowaniem pakietów wyborczych nic wspólnego nie miała, to kto decydował o drukowaniu i ile ono kosztowało? Jacek Sasin wcześniej mówił coś PWPW, ale potem okazało się, że pakiety ma drukować prywatna spółka. Posłowie Lewicy wybrali się do niej z kontrolą poselską, ale ich nie wpuszczono. Jeszcze 4 maja J. Sasin mówił, że zna koszty druku, ale nie może ich ujawnić. Co mówi teraz? Ani na antenie RMF FM zasugerował, że opozycja powinna wziąć na siebie część kosztów przygotowania wyborów 10 maja, których nie było:- Kto zapłaci? Normalnie tego typu rzeczy reguluje budżet państwa. Opozycja cały czas trąbi i chwali się, że te wybory nie odbyły się i to jest ich wielki sukces, że te wybory zablokowali. Może się podzielą tymi kosztami nieodbytych wyborów? – mówił wicepremier i minister aktywów państwowych. W podobnym tonie wypowiadają się i inni politycy rządzącej ekipy, którym trzeba przyznać nie brak tupetu. A tymczasem za tę zabawę w wybory w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy zapłacimy po prostu my, podatnicy.
Monika Kamińska, Mariusz Włoch



11 Responses to "Ile kosztowały „wybory – widmo”?"