Dzwonią do mnie pracownice, że nie mają ani złotówki na życie

Rozmowa z Kingą Łozińską, współwłaścicielką jednej z sieci kawiarni, o biurokracji zamiast realnej pomocy państwa dla branży gastronomicznej.

Macie Państwo 70 lokali w całej Polsce, które jeszcze do niedawna z wiadomych względów świeciły pustkami. Co z pracownikami?

– Bariści w tych kawiarniach to głównie bardzo młodzi ludzie, często studenci pracujący na umowach-zleceniach, bo mają normowany czas pracy, który dopasowują sobie do studiów i sesji. Jednego dnia tych wszystkich ludzi, a było ich tysiąc, musieliśmy wysłać na postojowe. To nie było stricte zwolnienie, ale przestali zarabiać. Musieliśmy wysłać 1000 wniosków do ZUS-u o pomoc postojową, przy czym to był dramat, bo te wnioski wciąż do nas wracały. ZUS był bardzo skrupulatny… Żeby odbić się od ściany wystarczyło nie wypełnić jakiejś rubryki. Nasz dział HR, w którym pracuje zaledwie kilka osób siedział i wypełniał te wnioski po kilka razy, a ludzie czekali, bo nie mieli pieniędzy. Zresztą ta pomoc i tak nie była wielka… Niemniej chcieliśmy ludziom pomóc w tym ciężkim okresie przestoju, a nie byliśmy w stanie płacić im regularnie pensji. To jest 1000 osób, czyli ogromne koszty, a my przecież nie mieliśmy żadnych dochodów.

– I wsparcia…
– Obiecanego wsparcia finansowego z ZUS czy dopłat do pensji chyba jeszcze nikt nie zobaczył… Ja bynajmniej o tym nie słyszałam. Mam zatrudnione dziewczyny, które mają dzieci do 8 lat i należy się im 80 proc. pensji. Oczywiście wystąpiliśmy o to. Tymczasem one siedzą w domu od połowy marca i nie otrzymały jeszcze ani złotówki! Ja im wypłacam zaliczki, bo te dziewczyny muszą przecież z czegoś żyć. Te wszystkie formalizmy: ZUS, urzędy wojewódzkie, w ogóle nie działają. Zadziałały subwencje, bo przeprowadzają to banki. Ale nie każdy też może się o nią starać i nie każdy ją dostanie.

– Jak wygląda sytuacja obecnie, po odmrożeniu?
– Zaczęliśmy od poniedziałku otwierając kawiarnie. Część naszych baristów wraca do pracy, choć załogi są oczywiście mniejsze. Mamy nadzieję, że większości z tych 1000 osób uda się przetrwać, przeczekają i wrócą. Ale ten powrót też będzie bardzo trudny. Obroty będą rosły powoli…

– Jak pomoc państwa powinna wyglądać?
– Pokazały to zachodnie kraje takie jak Francja czy Niemcy, gdzie wypłaty były niemal automatyczne. W takiej sytuacji nie ma co mnożyć „formalizmów”, tylko działać. Jeżeli ktoś ma biznes w branży gastronomicznej czy hotelarskiej, nie powinien wypełniać 200 załączników, bo to oczywiste, że jest w kryzysie. To, co nasz rząd zrobił w 3 tarczy – chodzi mi o subwencje… one przecież powinny iść natychmiast! Wiele mniejszych firm nie miało możliwości czekania. Nie miały płynności, więc upadły. Gdyby pieniądze były od razu, wiele z nich można byłoby uratować. To jednak bardzo późno ruszyło, wszystko było bardzo chaotyczne… coś tam powiedzieli, nie zrobili… To nie była realna pomoc. A właśnie taka była potrzebna – natychmiastowa pomoc dla firm. Co to jest wstrzymanie ZUS-u na 3 miesiące, gdy ludziom potrzeba było pieniędzy. Ale ich nie dostali…

– Co czuje pracodawca, który jest odpowiedzialny za swoich pracowników, a znalazł się w potrzasku i nie może zrobić tak naprawdę nic?
– Ciężko to opisać słowami… Proszę sobie wyobrazić, że dostajecie Państwo taki telefon… Dzwonią do mnie dwie moje pracownice i mówią, że nie mają ani złotówki. Myślę sobie mój Boże! Przecież one nie mają pensji od połowy marca! Byłam przekonana, że dostały wsparcie, a okazuje się, że nie mają nic. ZUS się tym nie przejmuje, a ludzie przecież muszą za coś żyć. I jak w takiej sytuacji może czuć się pracodawca…

Rozmawiała Katarzyna Szczyrek

7 Responses to "Dzwonią do mnie pracownice, że nie mają ani złotówki na życie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.