STAL RZESZÓW – WIDZEW ŁÓDŹ. Remis ze wskazaniem na Stal.
Fani Stali Rzeszów i Widzewa Łódź, a także koneserzy piłki nożnej na Podkarpaciu na pewno inaczej wyobrażali sobie niedzielny mecz na szczycie 2. ligi. Pojedynek rzeszowian z liderującą łódzką ekipą zakończył się bez rozstrzygnięcia bramkowego, co można przyjąć z pewnym rozczarowaniem. Więcej z gry mieli gospodarze, którzy starali się narzucić przyjezdnym swoje warunki. To się udało, ale bez konkretnego przełożenia na okazje bramkowe.
Stal rozpoczęła zawody bardzo odważnie. Podopieczni Krzysztofa Łętochy i Marcina Wołowca nie zamierzali czekać na to, co zrobi czterokrotny mistrz Polski, dlatego z animuszem zaatakowali bramkę Wojciecha Pawłowskiego. Faworyzowani goście przystąpili do tej rywalizacji ze sporym respektem do swojego przeciwnika, który z minuty na minutę coraz śmielej poczynał sobie w organizacji gry w ofensywie. Bardzo aktywny w środku pola był kapitan „żurawi” Wojciech Reiman, któremu w sukurs szedł bohater ostatniego spotkania biało-niebieskich w Toruniu, Damian Michalik. Ten pierwszy dwukrotnie groźnie uderzał. Za pierwszym razem łódzkiemu golkiperowi pomógł obrońca Widzewa, chwilę potem Kaczorowski sparował mocny strzał rozgrywającego Stali. Przyjezdni przebudzili się po dwudziestu minutach i od razu mogli wyjść na prowadzenie. Dośrodkowanie z lewej strony padło łupem Daniela Tanżyny, który na szczęście rzeszowian spudłował z bliskiej odległości. Dobre tempo meczu ustało, a reszta akcji toczyła się w środkowej strefie boiska.
Zabrakło konkretów
– Zabrakło nam trochę konkretów w polu karnym – oceniał ma pomeczowej konferencji trener stalowców, Marcin Wołowiec. – Mieliśmy sporo sytuacji nie wynikających z przypadku, tylko mocno wypracowanych, ale zabrakło finalizacji. Pozostałe aspekty były na wysokim poziomie i to, co zakładaliśmy, zostało zrealizowane – mówił dalej opiekun Stali. Druga odsłona spotkania była podobna. Stal próbowała znacznie częściej atakować, a Widzew grał tak, jakby podział punktów go zadowalał, bez błysku w rozegraniu piłki. Najlepszą w tej części okazję dla gospodarzy miał wprowadzony na murawę tuż po przerwie Wiktor Kłos. 20-letni pomocnik złamał akcję do środka, a jego próba minimalnie przeleciała nad poprzeczką. Lider na konkretną okazję czekał do ostatnich minut spotkania. W dogodnej sytuacji znalazł się Rafał Wolsztyński, ale przegrał pojedynek z bramkarzem „żurawi”. – Mieliśmy piłkę meczową, ale niestety Rafał trafił w bramkarza. Zawsze będziemy szukać fragmentów, które należy poprawić. W pewnym momencie mieliśmy problem z ustawieniem się w stosunku do ataku pozycyjnego Stali. Poprawiliśmy to po przerwie i w drugiej części gry lepiej to wyglądało – komentował trener Widzewa, Marcin Kaczmarek. – Sytuacje, które Widzew stworzył pod koniec meczu, trochę zaciemniają obraz przebiegu tego starcia. Ale ostatecznie uważam, że wynik jest sprawiedliwy – posumował Marcin Wołowiec.
STAL 0
WIDZEW 0


