80 lat temu wyruszył pierwszy masowy transport do nowo powstałego niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.
O świcie 14 czerwca 1940 r. na Plac pod Dębem w Tarnowie wyprowadzono tłum więźniów. Policja niemiecka otoczyła kolumnę, prowadząc ją w kierunku dworca kolejowego. Wszyscy zostali wtłoczeni do czekających na nich wagonów. Nikt im nie mówił, jaki będzie cel podróży. Stanisław Szpunar z Rzeszowa, Stanisław Ryniak z Jarosławia oraz 726 innych osób zmierzało do obozowego piekła. Jak trafili do pociągu, który wywiózł ich prosto do Auschwitz?
Był maj 1940 r. Gestapowcy rozpracowali grupę konspiratorów tajnej organizacji Służba Zwycięstwu Polski w Jarosławiu. Rozpoczęła się fala aresztowań. Do cel Sądu Grodzkiego trafili bracia Wlazłowie, bracia Motowidełkowie, Czesław Gil i Edward Ferenc. Niemcy na tym nie poprzestali. Szukali kolejnych. Już nazajutrz o godz. 8. rano pod szkołę budowlaną w Jarosławiu podjechały dwie ciężarówki. Trwał wykład z architektury, który prowadził dyrektor szkoły, Tadeusz Broniewski. Przerwało go wtargnięcie Niemców krzyczących, że zatrzymują uczniów do wyjaśnienia. Niektórzy zdołali uciec przez okna. Resztę aresztowano.
– Całą akcją dowodził Franz Schmidt. Wiedział wszystko o mieście, w którym chodził do szkoły średniej. Należał do związku strzeleckiego. Miał tutaj kolegów. Po wybuchu wojny stał się „katem Jarosławia” – opowiada Iwona Zelwach, historyk w Zespole Szkół Budowlanych i Ogólnokształcących w Jarosławiu. – Kiedy przesłuchiwał jednego z aresztowanych, Kazimierza Tokarza, ten zapytał: „Franek, co ty?! Przecież jesteś moim kolegą!” Schmidt nie miał litości „Od tej chwili nie jestem już Frankiem tylko Franzem” – odpowiedział i go spoliczkował – kontynuuje prezes Stowarzyszenia „Ocalić Przeszłość dla Przyszłości”.
Do jarosławskiej szkoły uczęszczała młodzież z całej południowej Polski. Zawiązała się tu konspiracja i Związek Walki Zbrojnej. – Schmidt tak naprawdę miał gotowe listy, wiedział, gdzie uderzyć i kogo zatrzymać, więc te aresztowania rozpoczęły się od „budowlanki” – nie ma wątpliwości Iwona Zelwach.
Część z zatrzymanych wypuszczono po przesłuchaniach. Pozostałych – w tym trzech uczniów szkoły – Stanisława Ryniaka, Mieczysława Ciepłego i Tadeusza Motowidełkę – wepchnięto do samochodów ciężarowych i wywieziono do Tarnowa, osadzając w miejscowym więzieniu. Żaden nie domyślał się nawet, że to tylko krótki przystanek w drodze do miejsca, o jakim nigdy im się nie śniło.
Jeśli się komuś nie podoba, może iść na druty
Do więzienia przywieziono osoby z Tarnowa, Krakowa, Rzeszowa, Zakopanego, Jarosławia, Przemyśla, Sanoka i Nowego Sącza. Byli tam żołnierze września, członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych, studenci, uczniowie i harcerze, a także duchowni i niewielka grupa Żydów. 753 z nich miało trafić do KL Auschwitz. Ostatecznie pojechało 728 więźniów. Jedną osobę wycofano z transportu. Losów pozostałych nie wyjaśniono.
13 czerwca osadzonych zabrano do żydowskiej łaźni. Mogli się umyć i poddać ubranie dezynfekcji. O świcie następnego dnia kilkuset więźniów pod niemiecką eskortą zaprowadzono na dworzec. Bez jakiegokolwiek tłumaczenia wepchnięto ich do podstawionych wagonów 3 klasy, po 12 w przedziale. Dokuczał im upał i cisza. Wielu sądziło, że jadą tylko na roboty do Niemiec. Bardzo się mylili…

Jeszcze tego samego dnia popołudniu pociąg dotarł na stację docelową. Więźniów brutalnie wypchnięto. – Do obozu zapędzono nas kijami. Nie wiem, jak przeżyłem, nie wiem, skąd wziąłem siły, by to wszystko przetrwać – przypominał sobie po latach pierwszy dzień w obozie Stanisław Ryniak. Wszystkich pozbawiono rzeczy osobistych. Później czekała ich kąpiel i dezynfekcji.
Tak przygotowani stali się gotowi, by powitał sam kierownik obozu. – Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin – wykrzyczał Lagerfuehrer Karl Frtizsch. – Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące. Zimny dreszcz przeszedł im po plecach. Zdali sobie sprawę z tego, gdzie się znaleźli.
– Rano dano nam coś do picia i po kawałku chleba. Potem ustawiano nas setkami do stołów. Przy stołach siedzieli tacy pisarze i każdemu nadawali numer. Ja dostałem numer 133. powiedzieli: „Ty nie jesteś Szpunar Stanisław, tylko numer 133 i tym zawsze masz się legitymować“ – wspominał Stanisław Szpunar. Był uczniem rzeszowskiego gimnazjum. Podejrzany o działalność konspiracyjną 17-latek został aresztowany przez gestapo razem z czterdziestoma innymi uczniami i studentami.
Już w maju do Auschwitz przywieziono już niemieckich kryminalistów z Sachsenhausen, którzy mieli pełnić funkcje obozowych kapo. Dostali numery od 1 do 30. Pierwszym wpisanym do rejestru Auschwitz Polakiem został 15-letni Stanisław Ryniak. – Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, jak to się stało, że otrzymałem numer 31, pierwszy numer więźnia politycznego Polaka. Być może nazwisko moje figurowało jako pierwsze na liście transportowej, a może był to po prostu przypadek – zastanawiał się po latach mieszkaniec Jarosławia
Początki były nieprawdopodobnie trudne dla nowo przybyłych. Upał dawał się we znaki, tymczasem strażnicy codziennie po apelu zmuszali ich do wyczerpującej „gimnastyki”. W przerwach uczono więźniów niemieckich piosenek, meldowania się i odmeldowywania. – Nie każdy to wytrzymywał. Starsi ludzie padali. Ja po jakimś czasie byłem w o tyle lepszej sytuacji, że zaliczono mnie do młodocianych i uczono nas zawodu. Mnie między innymi uczono na zduna, a oprócz tego języka niemieckiego – zaznaczał Szpunar.
To było małe pocieszenie, bo obozowa rzeczywistość była jednym prawdziwym koszmarem. – Cały dzień człowiek miał do czynienia z upadaniem ludzi, umieraniem na każdym kroku. Przy apelu zawsze normalnie leżało kilka trupów po nocy – podkreślał. Wieszanie, bicie, rozstrzelanie, chłosta były na porządku dziennym. A słodki zapach palonych ciał przypominał o tym, jak wszyscy mogą skończyć.
„Numer 133” wielokrotnie opowiadał o jednym z najtragiczniejszych przeżyć. Już po 3 miesiącach pobytu w Auschwitz towarzyszył swojemu koledze Stasiowi Warzeli podczas śmierci. – Idę po obozie i on się zatrzymał: „Staszek, chodź pomóż, bo ja nie mogę iść”. Wziąłem go pod rękę, prowadzę, ale widzę, że nie da rady. Nie może iść – mimo upływu lat Szpunar nigdy nie mógł powstrzymać łez przypominając tę historię. – Usiadłem na krawężniku. Położyłem jego głowę na udach i jeszcze mu masowałem serce. Myślę „może coś pomoże” Ale on już bełkotał, coraz gorzej, gorzej. Po pół godzinie otworzył oczy raz czy dwa… i koniec. Nie odezwał się więcej. Odszedł zupełnie…
Poszedł na śmierć zamiast współwięźnia
Mimo że za próbę ucieczki groziła kara śmierci, ryzykantów nie brakowało. Pierwszym, który tego dokonał już 6 lipca 40 r., był Tadeusz Wiejowski. Pochodzącemu z Kołaczyc szewcowi pomogli polscy elektrycy. Przebrany w robocze ubranie jednego z nich więzień wyszedł razem z robotnikami na zewnątrz. Rozwścieczeni oprawcy za karę przeprowadzili najdłuższy w historii Auschwitz 20-godzinny apel, któremu towarzyszyło bestialskie bicie. Polski Żyd, Dawid Wongczewski nie przeżył nocy zemsty. Został pierwszą ofiarą obozu, który miał pochłonąć ponad milion ludzkich istnień.
Stanisław Szpunar doskonale zapamiętał również ucieczkę, do której doszło w sierpniu, rok później. Niemcy ogłosili alarm. Wyciągnęli wszystkich z bloku i zaczęli liczyć. Jednego brakowało. Lagerführer Karl Fritsch przyszedł wybrać dziesięć osób, które czekała śmierć głodowa. – To miała być kara i ostrzeżenie dla innych – tłumaczył Stanisław Szpunar. – Byłem u kresu wytrzymałości, także miałem szansę zostać wybranym. Bałem się. Mimo wszystko człowiek nie miał podstaw, żeby się bać, bo tyle widział, tyle przeszedł po tych dwóch latach – przyznawał. Kierownik obozu przechodził wzdłuż szeregu i wskazywał palcem: „Du“, „du“, „du” (tłum. Ty). Wytypował.

Nagle wszystkie oczy skierowały się na pewnego więźnia. – Rzecz niespotykana. Wychodzi jeden z tych, którzy zostali wybrani do bunkra głodowego, klęka przed lagerführerem i po polsku mówi: „Proszę mi darować życie, bo mam dzieci“. Za chwilę z szeregu wychodzi drugi człowiek. Nie wolno było robić takich rzeczy. Wiezień zawsze musiał najpierw prosić o pozwolenie – podkreślał Szpunar. – Staje przed lagerfuhrerem, a to mogło być poczytane jako próba ataku, i mówi po niemiecku: „Ja decyduję się pójść do bunkra za tego człowieka“ – opowiadał numer 133.
Hitlerowiec nie krył zdziwienia, że można było chcieć pójść na śmierć za obcego człowieka. „Mam już blisko pięćdziesiąt lat, życie moje przeżyłem, a ten ma życie przed sobą. Ma żonę i dzieci, on jest im potrzebny. Niech on przeżyje, ja chcę pójść za niego” – tłumaczył ochotnik. A potem dodał jeszcze: „Chcę innym dodać odwagi do życia”. Tymi, których do końca życia zapamiętał więzień z Rzeszowa byli: Franciszek Gajowniczek oraz o. Maksymilian Kolbe. Zakonnik zmarł po 2 tygodniach męczarni dobity zastrzykiem fenolu. Ocalony doczekał zaś wyzwolenia. – Moim zdaniem Maksymilian Kolbe wtedy stał się świętym – nie miał wątpliwości Stanisław Szpunar.
Z piekła trafili do… innego piekła
Niewielu zdołało przetrwać obozowe warunki. Z 728 osób, które przyjechały do Oświęcimia w pierwszym transporcie, śmierci uniknęło 200. – Przeżyłem tę gehennę dzięki szczęściu, odporności psychicznej i fizycznej, i dzięki pomocy kolegów. Wierzyłem, że wyjdę – przekonywał w jednym z wywiadów Stanisław Ryniak. Wbrew pozorom niski numer mógł pomóc. Podobno więźniowie z pierwszego transportu cieszyli się pewnymi względami i szacunkiem nawet u SS-manów. Pewnego dnia numer 31 został zaproszony do gabinetu samego komendanta obozu, Rudolfa Hössa. Na początku nie mógł uwierzyć, że pierwszy więzień nadal żyje, po czym cynicznie stwierdził, że… widocznie w obozie nie jest wcale tak źle!

W czasie kilku lat spędzonych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych Ryniak był świadkiem, zdarzeń, które na zawsze zachowały się w jego pamięci. Pamiętał pierwszy wielogodzinny apel, wybiórki na śmierć do komór gazowych i liczne egzekucje. 28 października 1944 r opuścił Auschwitz i przewieziono go do Leitmeritz, gdzie znajdował się podobóz Flossenbürg. Pracował w kamieniołomach. Dokładnie 8 maja 1945 r. jego koszmar się skończył. – W chwili wyzwolenia ważyłem czterdzieści kilogramów. Pomimo wyczerpania zdecydowałem się od razu wracać do Polski. Gdy wreszcie dotarłem do rodzinnego domu w Sanoku, moja mama nie mogła uwierzyć, że żyję, chociaż stałem przed nią – wyznał po latach. Po wojnie dostał się na studia z architektury. Historia zatoczyła koło. Kiedy zdawał egzamin na Politechnice Wrocławskiej, spotkał dawnego dyrektora szkoły, na którego lekcji został aresztowany. Ówczesny dziekan nie wierzył, że jego uczeń uniknął śmierci – opowiada Iwona Zelwach. Został architektem.
O osiem lat starszemu Stanisławowi Szpunarowi również udało się przeżyć. W 1945 r. trafił do obozów w Nordhausen, Bergen-Belsen. Jak to wspominał? – Pracowałem w kamieniołomach. Mordercza, wykańczająca, niebezpieczna praca. Wydawać by się mogło, że było łatwiej niż w Auschwitz. Nie było. Mówiliśmy, że z piekła trafiliśmy do innego piekła.
W kwietniu 1945 r. został uwolniony przez wojska alianckie, a pół roku później powrócił do rodzinnego Rzeszowa, gdzie ukończył szkołę. Studiował w Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Był najdłużej żyjącym rzeszowianinem z pierwszego transportu do Auschwitz.
– Zawsze tkwiła w sercu jakaś nadzieja, że się jednak wyjdzie i łatwo się życiem nie szafowało – podkreślał Stanisław Szpunar. – Szkoda było tego życia
Wioletta Kruk



12 Responses to "Mieli prawo żyć tylko 3 miesiące"