Ważne rzeczy dzieją się wprost na naszych oczach. Te ważne wielkie i te ważne małe, choć pewnie właśnie te małe najważniejsze – kiedy kilkaset osób skrzykuje się w sieci, żeby pomóc, żeby wesprzeć, żeby przypomnieć dawno zapomniane słowo SOLIDARNOŚĆ. I pracują ciężko do późnej nocy, ratując dobytek nieznajomych, którzy zalewani falą żywiołu nie mogą sobie sami poradzić. Tak było w poniedziałek w Rzeszowie (byliśmy na miejscu i pisaliśmy o tym) i tak pewnie jest w innych miejscach Polski, kiedy potrzebujemy pomocy, wsparcia, solidarności. Kiedy obcy ludzie stają wspólnie, bo wiedzą, że to ważne, dobre i potrzebne, tak jak Klaudia i Julia z Krosna, które uratowały życie ofierze nożownika.
Kiedy potrzebujemy człowieczeństwa.
Te ważne, wielkie sprawy też go potrzebują.
W niedzielę zdecydujemy bowiem, jakiej chcemy Polski, a pewnie zrobimy tylko małą przymiarkę do niej, bo druga tura wydaje się nieuchronna.
Tak, to są najważniejsze wybory od 1989 roku, bo ścierają się w nich dwa nieprzystające do siebie polityczne światy. Pozytywny świat nadziei i tej przelewającej się przez Polskę fali uśmiechniętych tłumów na spotkaniach z Biedroniem, Hołownią, Kosiniakiem czy Trzaskowskim (tak jak to było w środę na Podkarpaciu) oraz świat wyobcowanego i zionącego jadem Andrzeja Dudy, który trzy dni przed wyborami leci w desperacji do USA na bardzo drogie marketowe zakupy, a właściwie ich enigmatyczną zapowiedź – bo ani relokacja wojsk, ani elektrownia atomowa nie wyszły poza sferę przypuszczeń i możliwości.
Co zatem oprócz zdjęcia z Trumpem przywiózł do Polski Andrzej Duda, bo że chciał dużo kupić – to wiemy. Co udało mu się Stanom sprzedać, ile dla Polski zarobić, jaki ta wizyta dała Polsce realny zysk – pozostaje bez odpowiedzi. Nic tylko zdjęcie z Trumpem, który nie musi szukać rynków zbytu na swoje obietnice, bo mu ten rynek sam przyjeżdża znad Wisły i jeszcze się prosi.
Gdyż to nie Polska jest ważna, lecz reelekcja, a sondaże walą na łeb na szyję pokazując, że Polacy mają dość, więc Dudzie w kozi róg zapędzonemu puszczają nerwy i ucieka: przed wywiadami, przed dyskusją, przed prawdą – strasząc i pokrzykując zza – wrzuconego chyłkiem do Tarczy 4.0 – parawanu zmiany Kodeksu Karnego wprowadzającego karę więzienia za obrazę prezydenta. A Polska, jak widać, się nie boi i swoje wie, uśmiecha się i podnosi głowę. Polska pamięta.
Wszyscy prezydenci po 1990 roku byli jakąś równowagą, dawali poczucie bezpieczeństwa i pilnowali, by nieobliczalny rząd, czy parlament nie wywinął szaleństwa, po którym kraj latami zbierał się będzie. Absolutnie wszyscy oprócz jednego, który bezrefleksyjnie idzie z prądem partyjnych poleceń pogłębiając polskie podziały i zaostrzając polsko-polską wojnę. Dziś Andrzej Duda przywołuje jako wzorzec prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, więc pozwolę sobie zacytować jego słowa:
„Czas więc na budowę solidarności społecznej. Czas, by formułować i realizować cele wspólne. Budować nowoczesną republikę – a więc współczesną Rzeczpospolitą – państwo będące wspólnym dobrem i dla elit, i dla społeczeństwa. Dla ogółu Polaków.”
Pan prezydent Duda nie tylko nigdy się na takie słowa nie zdobył, ale też nigdy nie udawał nawet, że w jakikolwiek spajać Polskę będzie miał zamiar. Tym właśnie różnił się prezydent Lech Kaczyński od pana Andrzeja Dudy.
Tym – czyli wszystkim, i te światy również nigdy się nie zetkną.
PS. Aha i jeszcze jedno, Lech Kaczyński też był prezydentem Warszawy.



6 Responses to "Potrzebujemy człowieczeństwa"