Z mecenasem Romanem Giertychem, były wicepremierem w rządzie PiS, rozmawia Martyna Sokołowska.
– Obawia się pan wyniku wyborów prezydenckich?
– Obawiam się, że Polska nie przeżyje kolejnej kadencji Andrzeja Dudy, dlatego, że przez ostatnie pięć lat pokazał się nie jako prezydent wszystkich Polaków, ale prezydent sekty, która mieni się być partią polityczną i która organizuje nasze zbiorowe życie na zasadach sekciarskich, zaczynając od prania mózgów, które robi poprzez Telewizję Polską, gdzie pokazuje się świat, w którym rządzący są samym dobrem, a opozycja samym złem. Proszę zwrócić uwagę, że nie było w ciągu kampanii wyborczej ani jednego materiału, który byłby krytyczny, albo nawet lekko wątpiący wobec partii rządzącej. Tak zachowują się podmioty i osoby, które poddane są władzy szefa sekty, guru, który w swoich działaniach widzi samo dobro, a w cudzych działaniach samo zło. I to jest charakterystyczne dla objawów dzierżenia i sprawowania władzy za pomocą metod sekty.
– Rozumiem, że mówiąc o „guru” ma pan na myśli Jarosława Kaczyńskiego.
– Bingo!
– Jaki to jest tak naprawdę człowiek? Bo z jednej strony mamy spokojnego, wyważonego starszego pana, a drugiej ziejącego nienawiścią polityka, który w Sejmie w kontekście opozycji mówi o „zdradzieckich mordach” i „chamskiej hołocie”. Jaka jest prawdziwa twarz prezesa PiS?
– To jest bardzo niebezpieczny człowiek. Nie chcę go atakować ad personam, dlatego unikam tego typu opinii, bo musiałbym powiedzieć coś, co by mogło świadczyć o osądzaniu, które nie powinno dotyczyć człowieka, a jego czynów, więc osobistych uwag co do Jarosława Kaczyńskiego nie będę robił.
– Proszę w takim razie skomentować sposób sprawowania przez niego władzy.
– Jest charakterystyczny dla sprawowania władzy przez guru sekty – nie znosi żadnego sprzeciwu, nie toleruje żadnej krytyki i uważa, że wszystko to co robi on, jest dobrem, a wszystko co robią przeciwnicy jest złem. Zaordynował poprzez Telewizję Polską wszystkim pranie mózgów, które powoduje, że nawet w rodzinach są osoby, które mają tak wyprane umysły, że nienawidzą tych członków rodziny, którzy nie podzielają ich uwielbienia dla PiS-u i nienawiści do opozycji. To jest po prostu przejaw choroby, którą bardziej charakteryzują się członkowie sekty, niż zwolennicy jakiejś partii politycznej.
– Jak pan wspomina swoją współpracę z Jarosławem Kaczyńskim?
– To był koszmar. Zdecydowałem się ją przerwać i stanąć po stronie Andrzeja Leppera, który został zaatakowany przez pana Mariusza Kamińskiego poprzez prowokację. Również z tego powodu, że miałem już serdecznie dość współpracy z Jarosławem Kaczyńskim.
W momencie, w którym Jarosław Kaczyński wyrzucił Andrzeja Leppera z rządu z powodu prowokacji, za którą Mariusz Kamiński został później skazany na trzy lata pozbawienia wolności i ułaskawiony przez Andrzeja Dudę, stanąłem po stronie Andrzeja Leppera. Uznałem, że prowokacja była nielegalna, co potwierdził później sąd w wyroku na Mariusza Kamińskiego. Wykorzystał on służby specjalne do likwidacji konkurenta politycznego, jakim była wówczas Samoobrona. Uznałem, że jest to niemoralne i bezprawne, i tak rozstałem się z Jarosławem Kaczyńskim.
Ten okres w pracy wspominam jako ciągłą szarpaninę, niestabilność decyzyjną z jego strony i próby niszczenia mnie i mojego ugrupowania na wszelkie sposoby, mimo że wówczas współpracowaliśmy. Jarosław Kaczyński wszedł z nami w koalicję, a jego służby robiły wszystko co możliwe, wyciągały jakieś wymyślone rzeczy, żeby nas zniszczyć. Tak to wspominam.
– To wszystko brzmi bardzo poważnie. Był moment, kiedy obawiał się pan prezesa?
– Myślę, że wszyscy Polacy powinni obawiać się Jarosława Kaczyńskiego. To jest bardzo niebezpieczny człowiek.
– W jakim kontekście?
– W kontekście tego co robi.
– Jak wyglądały relacje Pana z Jarosławem Kaczyńskim?
– To była brutalnie szorstka przyjaźń. Na przykład kiedy negocjowaliśmy różne sprawy, to rozmowy wyglądały tak: Jarosław Kaczyński mówi „Nie dogadamy się, to będą przyspieszone wybory, prezydent rozwiąże Parlament, a pan pójdzie do więzienia na dziesięć lat”. Chodziło mu o to, że myśmy zorganizowali nielegalną uchwałę Parlamentu w 2006 roku, która przymuszała ich do przyspieszonego procedowania budżetu. Na to ja mu mówiłem, że „nie będzie żadnych wyborów, przegłosujemy pana i jeżeli się nie dogadamy, to będzie rząd tymczasowy i będziecie postawieni przed Trybunałem Stanu”. I tak sobie miło rozmawialiśmy.
– Skąd wziął się Andrzej Duda?
– To nie jest pytanie do mnie, nie znałem go w tym okresie osobiście. O ile nie mylę go z kimś innym, dwa czy trzy razy widziałem go jako podającego jakieś wino czy inne rzeczy podczas kolacji z Lechem Kaczyńskim.
– Podającego?
– Tak, przynoszącego jakieś papiery dla pana prezydenta z Ministerstwa Sprawiedliwości, gdzie pracował. Tak mi się kojarzy, na pewno nie był wówczas na tyle znaczącą osobą, aby uczestniczyć na przykład w moich rozmowach z Lechem Kaczyńskim.
– Poznali się panowie osobiście?
– Na takiej zasadzie jak można znać asystenta człowieka, z którym je się kolacje. Miałem z Lechem Kaczyńskim sporo spotkań i w tym czasie Andrzej Duda był jednym z jego asystentów. Nie wiem, być może miał jakąś inną funkcję, w każdym razie z tego co pamiętam, Lech Kaczyński traktował go jako „przynieś, wynieś, pozamiataj”.
– Andrzej Duda zrobił więc bardzo błyskotliwą karierę, skoro z „podającego”, jak go Pan nazwał, został prezydentem Polski.
– Na pewno zawdzięcza wszystko Jarosławowi Kaczyńskiemu, tutaj nie ma żadnej wątpliwości, natomiast łącząca ich relacja ma moim zdaniem trochę dziwaczny charakter – często się zdarza, że ktoś coś komu zawdzięcza, natomiast to nie oznacza, że będąc prezydentem jest się tak uległym.
– Jakie zatem relacje łączą prezydenta i prezesa?
– Przede wszystkim Andrzej Duda panicznie boi się Jarosława Kaczyńskiego i ten strach jest większy, niż więzy z Polską, której ślubował i tego ślubowania nie dotrzymał łamiąc konstytucję.
– Dlaczego prezes Kaczyński sam nie ubiegał się nigdy o prezydenturę?
– Bo woli unikać odpowiedzialności. To jest dla niego wygodne, żeby to inni realizowali jego wolę, bo nie ponosi żadnej odpowiedzialności karnej.
– Polacy mają świadomość, że głosując na Andrzeja Dudę, tak naprawdę wybierają Jarosława Kaczyńskiego?
– To jest oczywiste, więc jeśli nie mają takiej świadomości, powinni ją mieć. O prezydencie mówią „długopis”, a tak naprawdę jest to człowiek sparaliżowany ze strachu. Podczas głosowania nad pieniędzmi, które zamiast na onkologię poszły do TVP, Andrzej Duda chciał zawetować ustawę. Jarosław Kaczyński wezwał go do siebie na 10 minut, po czym skończyło się weto i Andrzej Duda ogłosił, że udało mu się ugrać tyle, że Jacek Kurski nie będzie prezesem telewizji, po czym został ośmieszony, bo Kurski wrócił na stanowisko prezesa. Przykłady można mnożyć, to wszystko jest bardzo upokarzające, a Andrzej Duda wszystko pokornie znosi. Niebywałe to jest.
– Jak bardzo Polska traci na rządach Prawa i Sprawiedliwości?
– Polska traci każdego dnia, dlatego, że mamy do czynienia z rządami ludzi, których dobiera się poprzez wierność przywódcy i partii, a nie kompetencje. To widać na każdym kroku. Nawet LOT, który był wizytówką tej partii pada, a majątek jest rekwirowany przez amerykańskich komorników.
W okresie prosperity zmarnowaliśmy pieniądze na wielkie projekty inwestycyjne, które nie mają większego sensu, jak Centralny Port Komunikacyjny. W tej chwili nie ma pieniędzy na ratowanie miejsc pracy. Polska powoli zaczyna ponosić konsekwencje nieudolności tych rządów. Jeżeli PiS będzie rządził to nie wykluczam u nas wariantu wenezuelskiego – skończy się katastrofą ekonomiczną. Dla dobra Polski i Polaków tych ludzi trzeba jak najszybciej odsunąć od władzy.



15 Responses to "Andrzej Duda podawał wino w kancelarii Lecha Kaczyńskiego"