
Kampanijny kurz powoli opada, ale jak to kurz – nie znika i drażni. A drażni, bo teraz czas na refleksje różne. Jedną z nich jest taka, że tuż po wyborach przez Andrzeja Dudę o włos, bo o włos, ale wygranych, „okazało się”, że część jego obietnic okazało się być tzw. obiecankami cacankami. Słowem miło było obiecać, ludzie się nabrali, a wywiązać się z tych deklaracji prezydent – elekt bynajmniej zamiaru nie ma i pewnie wcale nie miał. Kolejna refleksja to taka, że kampania Andrzeja Dudy sporo nas, czyli podatników kosztowała i to nie tylko w zakresie wyjazdów po Polsce, jak długa i szeroka, samego A. Dudy, ale także, a może i przede wszystkim członków rządu Mateusza Morawieckiego z premierem na czele. Rzecznik rządu Piotr Muller mówi co prawda, że „to naturalne, że zaplecze polityczne prezydenta go wspierało”, ale już Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie sprawę widzi inaczej i podkreśla w swej opinii, że kampanijne odwiedziny premiera w 80 miejscowościach w całym kraju spowodowały, że „zatarta została granica między partią a państwem”,
Można oczywiście wzorem prezydenta – elekta Andrzeja Dudy powiedzieć, że „nie będzie nam tu nikt w obcych językach mówił, jak mamy robić w Polsce”, ale prawda jest taka, że zaangażowanie członków rządu M. Morawieckiego w kampanię A. Dudy było tak wielkie, że chwilami aż żenujące. A żenujące nie tylko dlatego, że na przykład premier na tych wyjazdach wręczał włodarzom miast i gmin czeki z tektury, które taką mają wartość, jak ta tektura, ale także dlatego, że wszystko to odbywało się za pieniądze podatników. Premier i członkowie rządu korzystali bowiem na tych kampanijnych wycieczkach z ochrony im przysługującej oraz z rządowych członków lokomocji. Zamiast też zwyczajnie robić to, za co im podatnik płaci, robili istne przedstawienie na potrzeby wypromowania kandydata swej partii. Rzecznik rządu, P. Muller twierdzi co prawda, że „żadna partia polityczna nie wystawia kandydata na prezydenta”, tylko prezydent startuje osobiście”, ale przecież każdy kto minioną kampanię prezydencką śledził, musi przyznać, że mówiąc takie rzeczy pan rzecznik w sposób rażący mija się z prawdą.
Zapytany o to, czy nie ma nic złego w tym, że premier rządu tak się zaangażował w kampanię prezydencka, rzecznik rządu stwierdził, że „premier Mateusz Morawiecki uważa i uważał, że Andrzej Duda był najlepszym kandydatem na prezydenta”. Nie omieszkał użyć też koronnego argumentu przedstawicieli obecnej władzy, to jest argumentu z serii „oni też…” i wspomniał, że Donald Tusk także w kampanii prezydenckiej wspierał Bronisława Komorowskiego. Musiał co prawda przyznać, że nie w takim stopniu, ale Piotr Muller umiał to „wytłumaczyć”. Czym? Mianowicie tym, że Donald Tusk, zdaniem rzecznika rządu oczywiście, nie był tak pracowity, jak Mateusz Morawiecki. Jednocześnie pan rzecznik zarzekał się, że podróże premiera w kampanii A. Dudy były finansowane przez komitet wyborczy tegoż, ale nie umiał powiedzieć ile kosztowały. Powiedział bowiem, że „kilkadziesiąt, albo kilkaset tysięcy złotych”. No i rzeczywiście, co to za różnica, gdy się samemu nie płaci za takie wycieczki. O liście do rolników wysłanym przez ministra Ardanowskiego w liczbie 1 mln. 300 tys. sztuk i agitującym na rzecz wyboru A. Dudy rzecznik rządu mówił, że „można się zastanawiać czy był potrzebny”. No i pewnie, można się teraz zastanawiać, przecież to nie z własnej kieszeni opłacony list był, a poza tym więcej papieru się zmarnowało na zbędne pakiety wyborcze z wyborów korespondencyjnych, których nie było.
Pewien żartowniś z Rosji zrobił taki mały figiel prezydentowi – elektowi i zadzwoni doń podając się za sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ot taki niewinny żart to był. Niestety słuchając wypowiedzi rzecznika rządu można było odnieść wrażenie, że on nie tak z Polaków żartuje, jak robi z nich kretynów.
Redaktor Monika Kamińska



One Response to "Rzecznik rządu uważa Polaków za kretynów?"