„A to Polska właśnie…”

Jaka ta Polska miała być?

Tolerancyjna? Dobra? Mądra? Uśmiechnięta?

I kto miał ją tworzyć?

My – tolerancyjni, dobrzy, mądrzy, uśmiechnięci ludzie?

I gdzie teraz są? Ja się pytam gdzie?

Od wyborów trwa tydzień wykluczeń – „zdrajców Hołowni”, „hunwejbinów Trzaskowskiego”, „podkarpackiego bydła”, że o podlaskim, lubelskim i świętokrzyskim nie wspomnę, no a przede wszystkim „10 milionów debili” głosujących na Andrzeja Dudę. Rzygamy sobie swobodnie do polskiego kotła nienawiści za nic mając tych, którzy stali w niedzielę w wielogodzinnych kolejkach, bo wierzyli w Polskę – taką czy śmaką, bo było to dla nich ważne, bo to cholera ich kraj i nikt, literalnie nikt nie ma prawa obrażać ich poglądów.

To jest nasza wspólna Polska: 10 milionów Trzaskowskiego, 10 milionów Dudy i 10 milionów, których to kompletnie nie interesuje, bo gdzie tylko spojrzą, ktoś do kotła rzyga. A my szukamy winnych, rozpływamy się w rozliczeniach, wytykamy błędy, obrażamy wszystkich i wszystko, a potem się dziwimy, że wojna polsko-polska nabiera nieznanych dotąd rumieńców i syn z ojcem nie rozmawia.

A w niedzielę stała się przecież wielka rzecz – prawie 70 procent Polaków pokazało, że im na Polsce zależy, cholernie zależy, bo obrazek siedmiogodzinnej kolejki stojącej w upale w Splicie pozostanie mi w oczach do końca życia, a tam stali przecież również ludzie, którzy myślą inaczej niż ja.

I radość, bo 10 milionów z tych 70 procent podziela wizję Polski pod którą chciałbym się podpisać, ale to wcale nie znaczy, że te pozostałe 20 milionów trzeba wykluczyć. To nie wyborcy są bowiem winni, że ktoś nimi manipuluje, że ich okłamuje, że mataczy i oszukuje albo że po prostu mają inne życiowe priorytety.

Musimy o tym wreszcie porozmawiać.

Tak po prostu – bez krzyku i wyzwisk, bez hejtu i nienawiści. Musimy wreszcie zrozumieć, że nikt nie jest tu „dzieckiem gorszego Boga”. Mamy potężną 10-milionową moc czynienia dobra i jeden Trzaskowski tu nie wystarczy. Tu potrzebna jest zgoda i porozumienie, tu potrzebne jest wyzbycie się „mojszości”, odłożenie na jakąś zapomnianąłkę własnych interesów i skupienie się na przyszłości. Tu potrzebni są i Trzaskowscy, i Hołownie, i cała masa innych świetnych ludzi, którzy będą w stanie z poszanowaniem prawa i Konstytucji unieść się ponad wszystko i przekonać 20 milionów rodaków, że Polska może być tolerancyjna, dobra, mądra i uśmiechnięta.

Dwa lata temu przejechałem jak często się zdarza kawałek Polski w te i wewte, i jak zawsze wpadłem na jakieś Polskie Drogi, które niby skrótem zwykle donikąd prowadzą. Tam gdzie czas się zatrzymał, gdzie centrum handlowe to stary sklep GS, stacja benzynowa to taki „cepeenik” na dwa dystrybutory i znudzonego nalewacza w poplamionych ogrodniczkach, a przystanki autobusowe to kawał pomalowanej na żółto blachy. Tam asfalt wije się poorany jakimś dziwnym rodzajem nieznanej nikomu perforacji, a człowiek to niespotykana istota mimo środka dnia i pełni słońca. Pustka, próżnia, nothing, nic – kilkadziesiąt kilometrów drogi przez „nowhere” na południe od Radomia, a nie na pustyni pod Vegas. Na czarnoleskiej ziemi Kochanowskiego, w prastarej kolebce kultury i języka, gdzie ta ówczesna renesansowa nowoczesność dzisiaj tylko blachy kawałkiem na przystanku, do którego pewnie autobus raz dziennie dociera.

Tu nie ma Unii, rządu, opozycji, nie ma lewicy i prawicy, nie ma beneficjentów wolnej Polski, ani poszkodowanych przez system. Jest tylko czysto i schludnie, a wieczorem pewnie leci dziennik i film z Van Damme’m. Taki kawałek kraju zapomniany przez wszystkich, bo Pan Bóg pewnie też już tutaj nie zagląda.

I tam właśnie musimy dotrzeć i znaleźć porozumienie ponad jakimikolwiek podziałami. To nasz obowiązek.

Jesteśmy na to gotowi?

Redaktor naczelny Super Nowości Jakub Karyś

38 Responses to "„A to Polska właśnie…”"

Leave a Reply

Your email address will not be published.