Nie ma ludzi odważnych, są tylko ludzie bez wyobraźni

Prof. Bogdan de Barbaro przyjedzie do Rzeszowa w ramach I Ogólnopolskiej Konferencji „Psychologia – Medycyna – Duchowość. Determinanty ludzkiego zdrowia”, która odbędzie się w dniach 19-20 września w Hotelu Rzeszów. Organizatorem wydarzenia jest Podkarpacki Instytut Zdrowia Psychosomatycznego oraz Polski Instytut Biochemii Dr Schueslera. Konferencja będzie mieć wymiar teoretyczno-praktyczny. Fot, Jakub Ociepa/ Agencja Gazeta

– Jak izolacja i ograniczenia spowodowane koronawirusem wpływają na nasze życie?

– Dla większości z nas jest to poważny dyskomfort. To nie tylko lęk o zdrowie, ale także o życie nasze i naszych bliskich. Statystyki o nowych zachorowaniach i zgonach rodzą poczucie zagrożenia. Nasila się ono zwłaszcza wtedy, gdy dowiadujemy się, że ktoś znajomy, albo znajomy znajomego zachorował. Ale można się też spotkać z przeciwstawną tendencją: skłonnością do lekceważenia niebezpieczeństwa. Wiele osób uważa, że „skoro przez tyle tygodni nic się mi nie stało, to nie ma się czego bać”. Najlepiej byłoby znaleźć jakiś złoty środek: nie wpadać w panikę, a jednocześnie nie lekceważyć zagrożenia.

– Coraz bardziej obawiamy się także o naszą sytuację finansową.

– Zagrożenie stabilności ekonomicznej jest różne wśród grup zawodowych. Inna jest sytuacja restauratora czy pracownika hotelu, a inna piekarza czy lekarza. Jednak każdego z nas dotyczy niepokój o charakterze uniwersalnym: żyjemy w sytuacji, której dotąd „nie przerabialiśmy”, nie wiemy, czego się spodziewać, a w dodatku nie wiemy, jak długo będzie to zagrożenie trwało.

– Dlaczego jedni panicznie boją się zarażenia a inni bagatelizują ryzyko?

– Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, tak jak nieprosta jest osobowość człowieka. To, jak przeżywamy sytuację zagrożenia, zależy od wielu czynników: od tego, czy w dzieciństwie byliśmy otoczeni atmosferą miłości, czy niegdyś doświadczaliśmy traum psychicznych, czy mamy poczucie sprawczości, czy żyjemy w sieci społecznej… W dodatku każdy z nas dysponuje innym zestawem mechanizmów psychicznych: jedni są skłonni do zaprzeczeń i wypierania lęku ze swojej świadomości, a inni łatwo popadają w niepokój. Mnie się podoba nieco żartobliwa, ale nie całkiem absurdalna teza, że nie ma ludzi odważnych, są tylko ludzie bez wyobraźni. Z drugiej strony nadmierna wyobraźnia, zwłaszcza lękowa, też nie jest dobrym doradcą. Można by zatem wymieniać jeszcze wiele innych czynników, ale gdyby szukać jednego, to dałoby się rzecz sprowadzić do pytania, na ile nasza osobowość jest dojrzała.

– Osoby starsze radzą sobie z pandemią? Samotność, zamknięcie w domu, strach…

– Wszystko zależy od tego, czy osoba starsza ma do swego życia filozoficzny, a niekiedy także duchowy dystans i czy daje się przytłoczyć informacji, że należy do grupy podwyższonego ryzyka. Nie bez znaczenia jest również dodatkowa okoliczność: czy osoba starsza żyje wśród osób bliskich, gotowych do wspierającego kontaktu, czy jest skazana na bolesną samotność. Oczywiście, dzieci i wnuki mogą być ważnym wsparciem i „odtrutką” na grozę wiejącą z ekranu telewizora.

– W dobie zagrożenia rodziny zbliżą się do siebie, czy wręcz odwrotnie, izolacja i spirala strachu doprowadzi do poluzowania lub nawet zerwania pewnych więzi?

– Sytuacja, w której żyjemy wydobywa z nas to, co było dotąd schowane. Może się okazać, że w tych szczególnych okolicznościach osoba gburowata i zamknięta znajdzie w sobie pokłady czułości, odpowiedzialności i życzliwości. A więc stres wyzwoli cenne zasoby. Spotkałem się też z innymi reakcjami, kiedy to rodzina – nazwijmy to – układna, dotąd żyjąca w spokoju, pod wpływem stresu uruchamiała agresję, ujawniały się tłumione wcześniej konflikty i negatywne uczucia. Można jednak mieć nadzieję, że te rodziny przejdą z fazy reaktywnej do refleksyjnej, zorientują się, że tkwią w ślepej uliczce odreagowywania agresją. Jeśli uda im się zbudować postawy empatyczne i gotowość do wsparcia, kryzys może zostać zażegnany. W obu przypadkach pandemia jest swego rodzaju egzaminem z dojrzałości osobistej i rodzinnej.

– Z drugiej strony, pandemia to także zamknięcie w domu męża alkoholika z żoną i dziećmi…

– Przemoc rodzinna w sytuacji pandemicznej izolacji ulega nasileniu. Ci, którzy pracują z ofiarami przemocy domowej są świadomi narastającego dramatu i bezsilności tych, którzy są ofiarami przemocy. Myślę, że jest to jedna z najbardziej ponurych konsekwencji pandemii. Poczucie bezradności ofiar będzie raną, która nie zagoi się szybko. Myślę, że społeczeństwo nie do końca zdaje sobie sprawę ze skali zjawiska przemocy w polskiej rodzinie.

– Deską ratunku w takich sytuacjach wydaje się być ustawa antyprzemocowa. Konwencja Stambulska, demonizowana w Polsce, może realnie pomóc m.in. kobietom?

– Przeczytałem dokładnie wszystkie punkty ustawy i nie znalazłem tam nic złego. Przeciwnie, to jest dokument cenny i gdyby postulaty Konwencji Stambulskiej były rzetelnie respektowane, w Polsce przybyłoby dobra indywidualnego i społecznego. Rozumiem sens sporów politycznych, ale jest czymś bolesnym i zawstydzającym, że ofiary przemocy mogą się stać także ofiarami zrywania sensownej międzynarodowej umowy. Oczywiście sama Konwencja Stambulska nie rozwiązuje problemu, ale wycofanie się z niej byłoby zapewne krokiem kompromitującym Polskę w Europie.

– Skoro mowa o rodzinie, ile prawdy znajduje się w tezie, że nasze dzieciństwo rzutuje na to, kim jesteśmy w życiu dorosłym?

– To temat na osobną rozprawkę. Ale związkowi między naszym dzieciństwem, a naszym życiem dorosłym nie da się zaprzeczyć. Oczywiście, to nie jest czynnik jednoznacznie determinujący, bo przecież dochodzą jeszcze kolejne doświadczenia, traumy lub przeżycia pozytywne, ale nie trzeba być psychoanalitykiem, żeby doceniać wpływ dzieciństwa na resztę życia.

– To dlatego wielu mężczyzn w dorosłym już życiu poszukuje partnerki, która będzie przypominała mu matkę, a wiele kobiet szuka partnera z cechami ojca?

– W naszych przeżyciach, na poziomie świadomym i nieświadomym silnie zapisane są pierwsze związki, a więc związek z ojcem i związek z matką. Trudno więc sobie wyobrazić, by te relacje, nieraz naznaczone jakimś niespełnieniem lub jakimś urazem emocjonalnym nie wkroczyły – nawet gdy o tym nie wiemy – w inne relacje, które budujemy już w życiu dorosłym. W tym sensie może być tak, że w partnerze czy partnerce szukamy tego, czego potrzebowaliśmy, a nie dostaliśmy od własnych rodziców. Gdyby z tej okoliczności miała wynikać jakaś przestroga albo rada, to sprowadzałaby się ona do tezy znanej już w starożytności: „poznaj samego siebie”.

– Syn będzie lepiej traktowany przez matkę? W relacji córka-matka pojawia się rywalizacja?

– Nie odważyłbym się na takie uogólnienie. Zbyt wiele czynników odgrywa tu rolę: jakie było dzieciństwo i relacje z rodzicami owego rodzica, co się działo między nim a jego/ jej rodzeństwem, na ile między rodzicami doszło do swoistej rywalizacji pt. „czyje dziecko bliżej kogo”, itd… Oczywiście, jest czymś poniekąd naturalnym, że syn z ojcem rywalizuje, podobnie jak córka z matką, ale przecież relacje wewnątrzrodzinne są na tyle skomplikowane, że nie ma sensu dynamiki rodzinnej sprowadzać do jednego wątku. Lepiej jest uznać, że każda sytuacja jest wyjątkowa.

– We wrześniu w Rzeszowie odbędzie się konferencja „Psychologia – Medycyna – Duchowość. Determinanty ludzkiego zdrowia”. Wszystkie te aspekty mają wspólny mianownik?

– Tytuł tej konferencji odzwierciedla interesujące zjawisko: między tymi trzema obszarami często dochodzi do napięcia, a tymczasem jest w interesie każdego z nas, by były to obszary uzupełniające się. Bo przecież dobry medyk powinien uwzględniać emocjonalny wymiar zdrowia i choroby. A psycholog, podobnie jak lekarz, powinien brać pod uwagę – niezależnie od tego, czy wierzy w istnienie Boga, czy wierzy w nieistnienie Boga – duchowy wymiar egzystencji. Refleksja nad tymi problemami może być cenna zarówno dla profesjonalistów, jak i dla każdego, kto chce rozumieć, co dzieje się z nim i co dzieje się w naszym świecie.

– Jakie wspomnienia przywołuje w Panu Rzeszów?

– Mój wujek, a zarazem ojciec chrzestny żył i pracował w Rzeszowie. Był lekarzem i nie wykluczam, że miał on wpływ na to, że w pewnym sensie poszedłem w jego ślady. A gdy byłem dzieckiem zdarzało mi się przyjeżdżać do wujka i dziś ze wzruszeniem wspominam tamte chwile oraz ulicę Szopena, przy której wujek mieszkał. Gdy po wielu, wielu latach przyjechałem do Rzeszowa prowadzić kurs dla terapeutów rodzinnych, starałem się znaleźć jakieś połączenie między obrazami z dzieciństwa, a tym, co zastałem. To była – i jest – dla mnie cenna obserwacja dotycząca tego, jak trudne bywają te próby „sklejenia” świata wczorajszego – a może: przedwczorajszego – ze światem dzisiejszym. Ale sentyment pozostał.

Rozmawiał Kamil Lech

2 Responses to "Nie ma ludzi odważnych, są tylko ludzie bez wyobraźni"

Leave a Reply

Your email address will not be published.