
Tanie albo puste mieszkania, plajtujące knajpy i straty w miejskiej kasie – tak może wyglądać nowy rok akademicki, jeśli z powodu pandemii, uczelnie będą kontynuować naukę zdalnie, a studenci nie wrócą na studia. Z danych GUS wynika, że na Podkarpaciu studiuje grubo ponad 40 tys. osób. W samym Rzeszowie – ponad 35 tys. Większość z nich wynajmuje tu mieszkanie bądź dojeżdża. Wszyscy zostawiają pieniądze. I to wcale nie małe. Jak bardzo ich brak może wpłynąć na gospodarkę?
Do rozpoczęcia nauki na uczelniach pozostało kilka tygodni. „W nowym roku akademickim 2020/2021 WSPiA rozpocznie zajęcia w systemie mieszanym. W pierwszych miesiącach część zajęć odbywać się będzie w formie on-line z możliwością udziału w wykładach „hybrydowych” pozostałe w formie stacjonarnej. Rozważane są także inne możliwości w zależności od bieżącej sytuacji epidemiologicznej.” – poinformowano na stronie WSPiA Rzeszowskiej Szkole Wyższej. Jak jest gdzie indziej? – Nie ma my jeszcze żadnej wiążącej decyzji. Czekamy na wytyczne odgórne, ale obawiamy się, że może to nastąpić w połowie września. Na ten moment bierzemy pod uwagę rozwiązanie hybrydowe – mówi dr Anna Karwacka, rzecznik Politechniki Rzeszowskiej. Jak przekazał nam dr Maciej Ulita, rzecznik Uniwersytetu Rzeszowskiego, tam również nie ma jeszcze konkretów w kwestii modelu nauki.
Portfel studenta musi być coraz grubszy
Główny Urząd Statystyczny nie opublikował jeszcze danych na temat liczby studentów z 2019 r. , ale już te z 2018 r. obrazują sytuację. W 20 szkołach wyższych, łącznie studiowało 46,9 tys. studentów, w tym 2,7 tys. cudzoziemców. Na studiach stacjonarnych – 33,5 tys. osób, a na niestacjonarnych – 13,4 tys. W samej stolicy Podkarpacia kształciło się bagatela 37,9 tys. młodych ludzi!
Czy brak ich obecności w stolicy województwa wpłynie na gospodarkę? – Oczywiście i to bardzo. W Rzeszowie większość studentów – ponad 70 proc. jest spoza miasta lub jego najbliższych okolic. Jeżeli powtórzy się scenariusz sprzed wakacji i dojdzie do lockdown’u uczelni, gospodarka będzie mieć duży problem – przekonuje Dominik Łazarz, ekonomista z WSIiZ w Rzeszowie. – Pamiętajmy, że takie miasta jak Rzeszów są uzależnione od tego, że studenci robią tu zakupy, korzystają z różnych usług, choćby gastronomicznych, czy wynajmują mieszkania. Tworzą dodaną wartość miasta. Gospodarka miasta rośnie, gdy mamy studentów na miejscu. A ich liczba na pewno będzie miała wpływ na wysokość odprowadzanych do budżetu miasta podatków – tłumaczy.
Corocznie publikowany raport Związku Banków Polskich „Portfel Studenta” pokazuje, ile wydają dwudziestokilkulatkowie. „Przeciętne miesięczne wydatki studenta uczącego się w dużym akademickim mieście, mogą przekraczać kwotę 2100 zł”. Co wchodzi w skład tej kwoty? Koszty jedzenia, zakwaterowania, wydatków na transport publiczny, czy też zajęć sportowych i rozrywki. Najwięcej pochłaniają zakwaterowanie oraz czesne – średnio 900 zł. Sporo trzeba też wydać na wyżywienie. Według raportu studenci studiów niestacjonarnych miesięcznie wydają z tego tytułu ponad 500 zł.
Innym z wydatków, które mogą spowodować spore uszczuplenie w dochodach miasta jest cena transportu publicznego. W Rzeszowie bilet miesięczny liniowy w Rzeszowie kosztuje – 40 zł, natomiast sieciowy – 44 zł. Jeśli przez kilka miesięcy kilkadziesiąt tysięcy osób z nich zrezygnuje, straty w miejskiej kasie będą milionowe.
– Z pewnością brak studentów odbije się także na branży eventowej czy restauracyjnej. Restauratorzy ciągle narzekają, że mimo wszystko ich obroty nie powróciły do poziomu sprzed COVID-u. Studenci to ważna grupa korzystającą z ich usług – nie ma wątpliwości Dominik Łazarz.
– Wiadomo, że generalnie mamy mniej klientów, ale wszyscy wiemy, ze studenci stanowią ich znaczną część. Dlatego czekaliśmy na ich powrót. Nie podnosimy cen, żeby mieć jakichkolwiek gości, ale wystarczy się rozejrzeć, żeby zobaczyć, ile knajp splajtowało w ciągu tych kilku miesięcy. Wiele jest na skraju wytrzymałości – nie ukrywa jeden z rzeszowskich restauratorów. – Porównując ten rok z ubiegłym, mogę śmiało powiedzieć, że nasze wpływy są mniejsze o jakąś jedną trzecią. Boję się myśleć, co będzie jesienią.
Nierzadko młodzi ludzie są też pracownikami barów czy restauracji. Zdaniem ekonomisty WSZiZ, akurat to nie powinno być powodem do zmartwień właścicieli lokali gastronomicznych. – Ponieważ spadły dochody branży gastronomicznej, to i potrzeby zatrudnieniowe są mniejsze niż wcześniej – stwierdza.
A czy w innych sektorach może zabraknąć pracowników, którzy pracują dorywczo? – Tu może być problem. Pamiętajmy, że dorabiają w dużej mierze przyjezdni, którzy chcą mieć pieniądze na wynajem i jakieś przyjemności – zwraca uwagę ekonomista.
Nie ma chętnych na mieszkania
Badania Centrum AMRON i Warszawskiego Instytutu Bankowości wskazują, że 40 proc. ankietowanych studentów, mieszka w domu rodzinnym. 15 proc. posiada własną nieruchomość, a tylko 7 proc. wybiera akademik. O wiele więcej, bo 38 proc. deklaruje, że jest najemcą prywatnej nieruchomości.
Ceny najmu w aktualnych ogłoszeniach umieszczonych na platformach internetowych w Rzeszowie za 2-pokojowe mieszkanie wahają się między 1300 a 1500 zł. W przypadku 3-pokojowych: 1400 – 1800 zł, a w nowym budownictwie – ok 2 tys. zł.
Pesymiści przewidują, że w wyniku braku zainteresowania ceny polecą na łeb na szyję, bo chętnych nie będzie. – 2 miesiące temu wystawiłem ogłoszenie o wynajmie. Nie wydaje mi się, żeby cena była wygórowana, zwłaszcza że to okolice uczelni, blisko do centrum, ulica jest dobrze skomunikowana – wylicza właściciel nieruchomości w Rzeszowie.
O inwestowaniu we własne mieszkanie też myśli coraz mniej osób. – Rozmawiałem z jednym z głównych deweloperów w Rzeszowie i wiem, że zainteresowanie kupnem mieszkań również zmalało. Studenci też byli klientami. Rzadko, ale zdarzało się, że gdy ktoś rozpoczynał studia, kupował nieruchomość. Dziś takich przypadków jest bardzo mało lub w ogóle nie ma – ocenia Dominik Łazarz z WSIiZ.
– Sytuacja związana z pandemią sprawiła, że na rynku pojawiło się dużo znaków zapytania – podkreśla Marcin Krasoń, analityk rynku nieruchomości z Obido.pl. – Cześć ze studentów – żeby oszczędzić pieniądze – nie przyjedzie. Nie mam jednak wątpliwości, że znaczna liczba i tak wynajmie mieszkanie, bo pracujący nie zostaną w domach. Sądzę, że popyt spadnie, ale nie sposób ocenić, w jakiej skali – przyznaje. Należy się jednak spodziewać, że część nieruchomości, które wynajęliby studenci, zapewne pozostaną puste. – Właściciele będą próbowali wynająć je komuś innemu. To może spowodować spadek cen, ale już na początku pandemii spodziewano się, że rynek nieruchomości się zatrzyma, pojawiły się głosy, że spadek sięgnie 30 proc. i nic takiego się nie wydarzyło – przypomina Marcin Krasoń. Jak mówi, w stolicy Podkarpacia ceny mieszkań w drugim kwartale 2020 r. w stosunku do pierwszego wzrosły o 1,3 proc. – na rynku pierwotnym i o 1,5 proc. na rynku wtórnym. – Oszem, wzrost się zatrzymał, ale nie było spadku – zaznacza Krasoń. Podobnie stało się z rynkiem najmu (szczególnie krótkoterminowym), który ucierpiał ze względu na zatrzymanie turystyki i podróży biznesowych.
– Bardzo dużo czynników wpływa na całą sytuację, ale mówiąc najkrócej zdalny rok akademicki nie spowoduje wielkiego przewrócenia się rynku – twierdzi Krasoń. Może dojść do wahania cen, lecz w jego ocenie nie będą one spektakularne. – 5 proc. czy 7 proc. rocznie, na pewno nie 30 proc. Czy przewidywanie czarnego scenariusza na rynku nieruchomości jest przesadą? -Tak, choć nie jest też wykluczone bo pandemia jest czymś totalnie nieprzewidywalnym – uśmiecha się ekspert. – Gdyby rok temu ktoś powiedział, że gospodarka stanie, też byśmy nie uwierzyli…
Wioletta Kruk



10 Responses to "Jak brak studentów odbije się na finansach miasta?"