Miałem wtedy dziesięć lat. Mało rozumiałem faceta z wąsami, wielkim długopisem i Matką Boską w klapie. Wiedziałem tylko, że teraz wolno mówić o wszystkim, o czym się do tej pory milczało. Niecały rok później było Opole i słowa, które publicznie nigdy wcześniej nie padły. Dość mądre i całkiem niepowtarzalne. Wtedy zacząłem bardzo szybko dorastać.
A potem, po tym fantastycznym, półtorarocznym festiwalu nastała noc generała ale przecież zaraz był Nobel i choć nikt nie przypuszczał, że to się szybko skończy, mury pękły pod naporem… – albo dlatego, że na piasku stały. A facet z wąsami uparcie się wtrącał, w to co stworzył przecież.
Nikt nie przypuszczał wtedy na początku, że sami sobie to dziecko osierocimy.
Nikt nie przypuszczał wtedy na początku, że się to rozpadnie na miliony cząsteczek.
Nikt nie przypuszczał wtedy na początku, że rozjedziemy się w swoich potrzebach i pragnieniach tuż po tym, kiedy liźniemy koniuszkiem warg tego, o co walczyliśmy.
Miałem przyjemność dość zdawkowo przez półtorej godziny rozmawiać o tym z Panem Prezydentem Wałęsą, który nie był już wtedy, ani prezydentem, ani Lechem – którym nigdy już pewnie nie będzie i tylko żałować może.
Miałem przyjemność stąpać barbarzyńskimi stopami po zakamarkach pięknej willi w Maisons-Laffitte, w której archiwach błąka się korespondencja Giedroycia z Miłoszem w najdrobniejszych szczegółach opisująca pomysł na tego Wałęsowskiego Nobla, łącznie z tym, że Danka z synem poleci do Oslo go odebrać.
Tego Nobla, który świat zmienił, a jego właściciel poniewierany jest teraz co rusz przez niby „swoich”, jak ongiś przez „onych”. I lżony – jakby nie był prezydentem, noblistą i jak to się wtedy mówiło: polskim „general electric”. Lżonym, bo jacyś gówniarze zawłaszczyli znaczek z solidarycą i nie szanują przeszłości.
Nie szanują Jacka Kuronia w piwnicy na Rakowieckiej w grudniu 1981 na piasku czekającego na serię z milicyjnego karabinu, która miała go zabić. Nie szanują tak jak ci, którzy mieli strzelać, a którzy nie puszczają go potem do umierającej ukochanej Gajki.
Nie szanują Adama Michnika, spawacza w Róży Luksemburg, który dłużej w ludowym pierdlu siedział niż oni „działają”.
Nie szanują Mazowieckiego, Geremka, Giedroycia z Maisons-Laffitte i Heńka Wujca, którego pogrzeb w ten poniedziałek w Świątyni Opatrzności Bożej. Nie szanują wielu, wielu innych, których wymieniać by było godzinami.
Bez których by ich nie było.
Nie szanują, bo są gówniarzami.
Nie szanują też faceta z wąsami, którego nie rozumiałem trzydzieści pięć lat temu i parę razy później.
Ale żeby nie wiem jak było nadęte jego ego.
Ma do niego swoje własne prawo.
W przyszłym tygodniu 40 – sta rocznica Sierpnia, którego etos tak roztrwoniliśmy i zagubiliśmy na przestrzeni lat (str. 12) motając się dzisiaj między podwyżkami dla polityków (str.13) a dymisją ministra zdrowia podejrzewanego o gigantyczne nadużycia (str.8). Super Nowości będą za tydzień w Gdańsku. Specjalnie dla Was relacjonować będziemy prosto z centrum wydarzeń, jak wygląda to, co powinno być fundamentem naszych dzisiejszych wartości – dawno zapomniane słowo Solidarność.
Redaktor Naczelny Super Nowości Jakub Karyś



24 Responses to "Sierpień 1980"