Mieli wrócić za trzy tygodnie…

Fot. Śląsk Policja

23-letnia Karolina i jej narzeczony – Patryk chcieli dorobić na zbiorach gruszek w Holandii, bo w przyszłym roku planowali się pobrać. 53-letnia Anna, mama dwójki dzieci zdecydowała się na wyjazd, bo zamierzała zobaczyć trochę świata. Dla sióstr – 47. i 43-latki był to kolejny wyjazd zarobkowy. 43-letni Mariusz jechał, bo potrzebował pieniędzy na schody do domu, gdzie jeszcze w tym roku miał się wprowadzić. Wszyscy zginęli koło Gliwic w koszmarnym wypadku busa. Ich krewni jechali w drugim busie. Przeżyli.

22 sierpnia na drodze krajowej 88 w Gliwicach, w pobliżu węzła Kleszczów jadący od Gliwic w stronę Wrocławia bus przewrócił się na jezdnię. Sunąc po niej bokiem zderzył się z jadącym w przeciwnym kierunku autokarem. Zginęło 9 osób: kierowca busa – Słoweniec posiadający kartę Polaka, pasażer z województwa lubuskiego i 7 mieszkańców Podkarpacia: mieszkaniec powiatu strzyżowskiego, 2 osoby z powiatu jarosławskiego i 4 z lubaczowskiego.

Nazywałam ją księżniczką

W maleńkiej wsi Krowica Lasowa w pow. lubaczowskim, skąd pochodziła najmłodsza ofiara wypadku – Karolina, nie mówi się o niczym innym niż o tej tragedii. – Taka młoda dziewczyna… Boże. Jesteśmy w szoku. Nadal trudno uwierzyć w to, co się stało – przyznaje pierwsza napotkana przez nas mieszkanka miejscowości.

Krewna 23-latki, pani Janina, pracuje akurat w ogrodzie. Zaczyna padać, więc kryjemy się pod dachem drewutni. Zapytana o tragicznie zmarłą młodą dziewczynę, starsza kobieta nie może powstrzymać łez. – To była taka wspaniała dziewczynka, ułożona, grzeczna, skromna, zupełnie nie przystająca do dzisiejszych czasów, nazywałam ją księżniczką – opowiada łamiącym się głosem. – Mówiła, że jadą z Patrykiem do Holandii na trzy tygodnie, żeby zarobić trochę pieniędzy. Byli ze sobą od ponad pięciu lat. To był taki dobry, grzeczny chłopak, jej rodzice bardzo go lubili. Wszystko tak pięknie się układało. Planowali, że pobiorą się w przyszłym roku, w sierpniu. Karolinka chciała najpierw skończyć studia, został jej jeszcze rok, obronić pracę magisterską i dopiero potem wziąć ślub.

23-latka studiowała w WSPiA w Rzeszowie. Tutaj też mieszkała pochodzącym z Lubaczowa 24-letnim Patrykiem. On przystojny, postawny szatyn. Ona ciemnowłosa, ciemnooka piękna dziewczyna. – Oczko w głowie rodziców. Trzech braci, a ona najmłodsza – mówi pani Janina i opowiada: – Na te zbiory miał jechać też brat Karolinki, ale lekarz mu odradził ze względu na problemy zdrowotne. To chyba łaska od Boga, bo rodzice straciliby dwoje dzieci, a ten, który miał jechać sam ma już małe dziecko.

Zamiast niego pojechał teść drugiego brata Karolinki. Pan Janusz miał 59 lat, mieszkał w sąsiedniej wsi – Krowicy Samej.

Jak przyznaje pani Janina, ojciec 23-latki bardzo przeżywał wyjazd córki. – Nie wiem, czy pierwszy raz jechała zagranicę, że aż tak się denerwował. Zawiózł ją do Jarosławia na busa, bo tam się zbierali. Umówili się na konkretną godzinę, żeby nikt na nikogo nie czekał. To było jakoś po południu, a godzinie 22.30 stało się takie straszne nieszczęście… Pojechała zdrowa, śliczna dziewczyna i już nie wróciła. Jej ojciec, jak tylko się dowiedział o wypadku, wsiadł w auto i natychmiast pojechał na Śląsk.

Nasza rozmówczyni o tragedii dowiedziała się w niedzielę. – Dostałam telefon, że był wypadek busa i zaraz pobiegłam do sąsiadki. Mówię do niej: „Słuchaj, może to zbieżność nazwisk, może nieprawda”, ale za chwilę wszyscy już wiedzieli we wsi, że to oni zginęli… A jeszcze w tym tygodniu przed śmiercią Karolinka spotkała córkę mojej przyjaciółki, która ją uczyła w szkole i opowiadała, że tak jej dobrze te studia idą, że z Patrykiem chcą się pobrać i pojadą do Holandii zarobić

A jedź, świat zobaczysz…

W pobliskim Łukawcu mieszkała pani Anna. Jej synek we wrześniu pójdzie do 5 klasy, córka do 8. Jechała do Holandii na gruszki. Pierwszy raz w taką podróż. – Chciała zobaczyć, jak jest zagranicą, bo nigdy nie była. Bardziej jej o to chodziło niż o sam zarobek – mówi nam pani Janina, bliska krewna 53-latki, którą spotykamy przy drodze. – Ania opowiadała mi, że kupiła sobie trochę rzeczy na wyjazd, przyszykowała mężowi wszystko do szkoły dla dzieci, żeby wiedział co im dać, w co je ubrać, nagotowała im jeszcze. To miały być w końcu tylko trzy tygodnie…

Mąż pani Anny jeździł wielokrotnie za granicę. – Pracował w Niemczech, zjechał w grudniu. Ona też chciała gdzieś pojechać, to powiedział: „A jedź, świat zobaczysz”. W niedzielę – następnego dnia po wypadku, był w kościele. Mówił, że nie wierzy w to, co się stało, że to nieprawda, że ona żyje… To była taka dobra kobieta, bardzo pomocna. Kupili dom koło Jarosławia, ale nie jest jeszcze wykończony, dlatego tutaj mieszkali – mówi pani Janina dodając: – W drugim busie, bo były dwa, jechał zięć siostry Ani i jego córka z chłopakiem. Wyjechali razem, ale tamten bus jechał szybciej. Może miał „stan”, a ten brał jeszcze kogoś po drodze? – zastanawia się kobieta. – Gdy tym pierwszym busem zajechali już do Niemiec, dzwonili do nich, gdzie się podziewają, bo była noc. Ale już nikt nie odbierał telefonu… Początkowo myślałam, że wszyscy zginęli… – przyznaje nasza rozmówczyni i dodaje ze smutkiem: – Gdyby Ania wsiadła z nimi do tamtego drugiego busa, to by żyła… Potworna tragedia. Jej mąż i dzieci strasznie to przeżywają. My wszyscy jesteśmy w szoku. Przykro nawet o tym mówić

Zginęły siostry

W oddalonej od Łukawca o kilkanaście minut jazdy wsi Budzyń w powiecie jarosławskim, mieszkała z mężem i 18-letnim synem 47-letnia pani Agnieszka, jedna z dwóch tragicznie zmarłych w wypadku sióstr. 43-letnia Józefa – 23 kilometry dalej – w Radymnie, razem z mężem – One obie już wcześniej wyjeżdżały za granicę – przyznaje bliski sąsiad z Budzynia. – Teraz jechały na zbiór gruszek do Holandii, ale to miał być krótki wyjazd, tylko na trzy tygodnie. Tutaj u nas mieszka jeszcze jedna ich siostra. Ona również miała z nimi wtedy jechać, ale słyszałem, że nie dostała urlopu. I chwała Bogu, bo zginęłyby wszystkie trzy – załamuje ręce starszy mężczyzna dodając, że takiej tragedii jak ta, nie pamiętają najstarsi mieszkańcy miejscowości. – Byłem u niej niedługo po wypadku złożyć kondolencje. Nie wypytywałem, bo to zbyt bolesny temat i bardzo to przeżywa… Takie nieszczęście spadło na jej rodzinę. A kobieta z Łukawca, która też zginęła w tej katastrofie, była żoną brata jej męża. Taki ogrom nieszczęścia naprawdę nie mieści się w głowie. Teraz to strach gdziekolwiek jechać, bo człowiek nie wie, czy w ogóle wróci do domu…

– To były takie dobre kobiety, bardzo zżyte, rodzinne – wspomina tragicznie zmarłe starsza mieszkanka Budzynia. Przyznaje, że od soboty wieś żyje tylko tą tragedią – Ich rodzice są już w podeszłym wieku, okropnie to przeżywają. Nie mogę spać po nocach od kiedy się dowiedziałam, że dziewczyny nie żyją. Współczuję ich najbliższym. Trudno będzie im się podnieść po takiej bolesnej stracie. Oby Bóg dał im siły, żeby przetrwać to wszystko.

Miały być schody do domu…

Z powiatu strzyżowskiego jest siódma z naszego regionu ofiara makabrycznego wypadku pod Gliwicami. Pan Mariusz miał 43 lata. Pochodził ze wsi Pstrągówka – Miał trójkę dzieci: 21-letniego syna i dwie dziewczynki – 15. i 12-letnią – opowiada nam mieszkanka sąsiedniej Cieszyny, w której 43-latek wybudował dom. – Już prawie jest skończony, mieli się do niego wprowadzić jeszcze w tym roku. Do Holandii pojechał na dorobek, bo chciał zrobić schody. A wiadomo, to wszystko kosztuje. Dlatego jechał do syna, który pracuje zagranicą i miał wrócić po trzech tygodniach, bo to był tylko wyjazd w trakcie urlopu. Mariusz pracował w Krośnie, a dorabiał naprawiając kosiarki i piły.

– To był taki dobry człowiek, uczynny, pomocny – opowiada o nim łamiącym się głosem mieszkanka rodzinnej miejscowości 43-latka. – Nieraz jak mi się kosiarka zepsuła to przyszedł, pomógł. To mała wieś, wszyscy się tu znają. Gdy dowiedzieliśmy się, że Mariusz zginął, nie mogliśmy w to uwierzyć. Taka była taka fajna rodzina… On zakochany w dzieciach. Jak ten syn, do którego jechał dowiedział się od matki, że ojciec nie żyje, natychmiast przyjechał do Polski. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, co oni przeżywają. A ludzie tu u nas mówią, że tym drugim busem, który też jechał do Holandii, podróżowała jego kuzynka. Oni dojechali szczęśliwie, a naszym szczęścia zabrakło…

***

Zdaniem gliwickiej prokuratury, która wyjaśnia okoliczności tragicznego wypadku, przyczynić mógł się do niego 67-letni mieszkaniec Cieszyna, który jechał wówczas volkswagenem. – Prawdopodobnie było tak, że najpierw wyprzedził autokar, a potem wyprzedzał inny samochód w tej chwili jeszcze nie ustalony i nie obserwował prawidłowo pola jazdy. W związku z tym znalazł się na przeciwległym pasie ruchu, po którym poruszał się prawidłowo bus. Obaj kierowcy, chcąc uniknąć zderzenia odbili, niemniej jednak doszło między nimi do kontaktu, w wyniku którego bus przewrócił się na bok i wpadł prosto pod jadący autokar – mówi Super Nowościom prok. Karina Spruś z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. 67-latek usłyszał zarzut nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym, której skutkiem była śmierć dziewięciu osób i powstanie obrażeń ciała u kolejnych siedmiu – kierowcy i sześciu pasażerów autokaru, za co grozi mu od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. Jak mówiła nam prokurator Spruś, w czasie przesłuchania nie był w stanie odnieść się do zarzutu, stwierdził, że w momencie gdy rozpoczął manewr wyprzedzania nie widział jadącego z naprzeciwka busa. Przebiegu samego zdarzenia nie pamiętał, stwierdził że „usłyszał huk, wybuchły mu poduszki i nic więcej nie jest w stanie powiedzieć o wypadku.

Śledczy apelują do kierowców, którzy w tym czasie byli wyprzedzani lub wymijani przez busa, autokar albo volkswagena lub posiadają nagrania z kamerki samochodowej o kontakt z gliwicką policją, bo każda informacja jest niezwykle istotna w celu dokładnego odtworzenia przebiegu tej katastrofy drogowej.

Prokurator domagał się tymczasowego aresztowania 67-latka, jednak nie zgodził się na to Sąd Rejonowy w Gliwicach, który rozpatrywał wniosek. – Sąd po posiedzeniu zarządził natychmiastowe zwolnienie podejrzanego, który po prostu wrócił do domu – mówiła nam prokurator Spruś dodając, że podejrzany nie otrzymał dozoru policji, ani zakazu opuszczania kraju. Prokurator odwołał się od decyzji sądu. – Zażalenie zostało dzisiaj wysłane do Sądu Okręgowego w Gliwicach – potwierdziła nam w czwartek rzeczniczka gliwickiej prokuratury.

Katarzyna Szczyrek

Leave a Reply

Your email address will not be published.