
Bank Spółdzielczy w Grębowie (pow. tarnobrzeski) upadł w lipcu 2019 r. Od tamtej pory, dziesiątki klientów nie może odzyskać swoich oszczędności. Z ich relacji wynika, że w banku przez lata dochodziło do niewyobrażalnych nadużyć i nieprawidłowości. Wpłat nie księgowano w systemie, nie wydawano potwierdzeń wypłat, na dane klientów zaciągano kredyty, a przelewy wykonywano na konta martwych dusz.
8 lipca 2019 r. przez Grębów i okolice przeleciała plotka, że bank bankrutuje. Są problemy z wypłatą pieniędzy i płatnościami kartami bankomatowymi. W ciągu kilku godzin pod bankiem ustawiło się kilkaset osób. Ludzie stali całą noc, by pobrać oszczędności w gotówce lub przelać je na inne konta. Części z nich udało się uratować oszczędności, do dziś są jednak tacy, którzy stracili tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy złotych i nie mogą ich odzyskać. Poszkodowani liczą, że nagłośnienie sprawy przez media, pomoże przyspieszyć tempo pracy śledczych. W piątek spotkali się z Elżbietą Jaworowicz, autorką programu „Sprawa dla reportera”. Nie brakowało emocji i łez. Ludzie przyszli opowiedzieć o swoim dramacie i przynieśli bankowe dokumenty.
Szokujące transakcje
– Miałem pieniądze na koncie. W 2012 r. bank przelał z mojego konta 40 tys. zł na konto kobiety, która umarła w 2009 r. W 2014 r. na tę samą osobę przelano kolejne 20 tys. Z dokumentacji bankowej wynika, że to ja przelewałem te pieniądze, ale ja tego nie zrobiłem. Bank je przelał. Ja zresztą miałem tam jeszcze dwie lokaty i zwykłe konto. Wszystko mi przepadło i nie mogę tych pieniędzy odzyskać. O tym wszystkim dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy bank upadł. Na piątkowe spotkanie przybyło kilkadziesiąt osób, wśród których było wielu poszkodowanych. – Ja pełnię rolę rodziny zastępczej. Odkładałam od lat pieniążki dla dzieci, żeby miały z czym wyjść w świat. Straciłam wszystko, okazało się, że na koncie nic nie mam. Moje pieniądze po prostu zniknęły – mówiła nie kryjąc łez około 50-letnia kobieta.
Niechciane kredyty i znikające spadki
– Na konto mojego taty, ktoś wziął kilkudziesięciotysięczny kredyt, którego on nie zaciągał. Ja nie wiem, kto jest za to odpowiedzialny. Trudno jest mi sobie wyobrazić, żeby to była jedna osoba. W banku nikt nie podejmuje decyzji sam, jest nadzór, ktoś zatwierdza decyzje pracownika niższego szczebla – mówił mężczyzna w średnim wieku.
– Ja miałam książeczkę oszczędnościową. Przyszłam z nią, żeby wybrać pieniądze, gdy rozeszła się wiadomość, że bank bankrutuje. Pani z banku otworzyła książeczkę i powiedziała, że część wpłat jest prawidłowa, a część jest błędna, że ich nie ma. Chodziło o kwotę 24 tysięcy złotych. Resztę pieniędzy miała mi przelać na inny rachunek, ale ani tych „prawidłowych”, ani „błędnych” pieniędzy nie mam do dziś.
– Ja miałam taką sytuację, że zmarła moja babcia, trzeba było zorganizować pogrzeb, przyszłam do banku zapytać, czy miała na koncie jakieś oszczędności? Pracownica poinformowała mnie, że „tak, jest pokaźna kwota”. Wsiadłam do auta, żeby pojechać do Tarnobrzega pozałatwiać formalności związane z pogrzebem i już w trakcie jazdy, po około 20 minutach miałam telefon od pani z banku, że „się pomyliła, że popatrzyła na inne konto, że babcia żadnych pieniędzy nie miała” – żali się około 30-letnia kobieta. – To jak to się stało, że pieniądze były, a po 20 minutach już ich nie było? Jak można było pomylić konto? Ktoś przelał pieniądze z tego konta i one po prostu zniknęły.
Archaiczna księgowość
Poszkodowani przybyli w piątek pod grębowski bank mówili też o tym, że księgowość była tu prowadzona „na papierze”. Klienci nie korzystali z bankowości elektronicznej, funkcjonowały książeczki. Dokonując wpłat, pracownicy banku nie drukowali potwierdzeń, podobnie przy dokonywaniu wypłat. Bank nie wysyłał do klientów wyciągów z historią rachunków, choć mogli o nie wystąpić. Ludzie notowali sobie wypłaty i wpłaty w notesach. Stan konta pracownicy banku, pisali klientom na karteczkach długopisem. – Tu już wiele osób, które straciło wszystkie pieniądze zmarło przez ten rok. Przez ten stres, przez sytuację, w której się znaleźli. Ludzie temu bankowi ufali, bo całe życie w nim trzymali pieniądze i tak zostali na koniec życia potraktowani – mówiła kolejna z poszkodowanych. – Z konta mojej mamy także zniknęły pieniądze i do dziś nie wiadomo co się z nimi stało.
Podczas piątkowego spotkania poszkodowanych z mediami, obecna była Janina Kopała, była prezeska banku. Kobieta nie czuje się winna sytuacji, do której doprowadziło jej zarządzanie. – Ja się nie boję, bo ja mam czyste sumienie. Ja się tylko Boga boję. Ja wiem kto zrobił manko, ale nie mogę powiedzieć, bo w sprawie tej prowadzone jest śledztwo i ja nie mogę się wypowiadać – powiedziała kobieta. – Jeśli były takie sytuacje o jakich tu poszkodowani mówią, to trzeba je było zgłaszać. Zawsze można było na koniec miesiąca dostać wydruk z konta, można było także dostać potwierdzenie wpłaty – twierdzi kobieta.
– Śledztwo w sprawie cały czas jest intensywnie prowadzone – zapewnia Rafał Teluk, naczelnik Podkarpackiego Wydziału Zamiejscowego ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. – Zgromadzona została bardzo obszerna dokumentacja bankowa i przesłuchanych zostało wielu świadków. W przypadku tak złożonych spraw, ten etap pracy prokuratorskiej jest najbardziej czasochłonny i wymaga najwięcej zaangażowania, zapewniam jednak, że akta tej sprawy nie leżą na podłodze. Obecnie nie zostały w tej sprawie nikomu postawione zarzuty, śledztwo jest jednak prowadzone pod kątem działania w banku zorganizowanej grupy przestępczej.
Wojciech Wąsik, syndyk Banku Spółdzielczego w Grębowie przyznaje, że problemy z odzyskaniem środków przez poszkodowanych z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego wiążą się z tym, że dokumentacja bankowa nie zgadza się w niektórych przypadkach z dokumentacją, którą dysponują klienci. Dotychczas BFG wypłacił już jednak ponad 20 mln zł klientom BS w Grębowie, udało się także podpisać ugody szczególnie w przypadku osób, które miały zaciągnięte kredyty.
Małgorzata Rokoszewska



2 Responses to "Używając martwych dusz okradali żywych"