Fot. Kadr z filmu „Wino truskawkowe” (Dariusz Jabłoński, 2008 r.).
– Było obrzydliwie zimno. Padało. Spotkaliśmy na Rynku człowieka w fioletowej, włóczkowej, damskiej czapce. Powiedział, że… mamy tutaj nie chodzić. Już wiedziałem, że nie będzie łatwo! – tak swoją pierwszą wizytę w Jaśliskach k. Dukli wspomina Dariusz Jabłoński. Reżyser nie zniechęcił się jednak specyficznym powitaniem, podobnie jak później około 40-stopniowym mrozem, ponad 30-stopniowymi upałami oraz innymi niespodziankami, których na planie „Wina truskawkowego” nie brakowało….
– Wszystko zaczęło się od „Opowieści galicyjskich” Andrzeja Stasiuka. Autor mieszkał wtedy w Czarnym – w chacie bez prądu. Nie można było do niego napisać inaczej niż tradycyjnie – opowiada Dariusz Jabłoński, który wraz z producentką Violettą Kamińską gościł na otwarciu Podkarpackiego Szlaku Filmowego w Jaśliskach. – Napisałem więc: „Szanowny Panie, chciałbym zrobić film z pana opowiadań”. Po 3 miesiącach dostałem odpowiedź: „Szanowny panie, mnie to również interesuje”.
Na reżyserze największe wrażenie zrobiły dwa opisy w „Opowiadaniach…”. – Po pierwsze upadłe PGR-y. Te opustoszałe, zarośnięte trawą miejsca to był koniec pewnego świata. Drugą opowieścią były doliny z kamiennymi krzyżami i przenoszone cerkwie, po których zostały tylko fundamenty. Bardzo chciałem to sfilmować – mówi Dariusz Jabłoński.
Kiedy panowie wreszcie się spotkali, zaczęli jeździć po krainie, którą stworzył Andrzej Stasiuk. – Pokazał mi wszystko, czym się zafascynował. Byliśmy m.in. w słynnej dolinie Nieznajowej. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy w świecie, który musimy sobie wyobrazić, bo jego już nie ma – opisuje reżyser. A jak trafili do niewielkiej beskidzkiej wioski? – Pewnym wieczorkiem weszło do mojej pizzerii dwóch mężczyzn – wraca pamięcią do pierwszej wizyty obcych w Jaśliskach Marek Szałaj. – Zapytali, czy mogą się napić po kieliszeczku jakiegoś trunku, bo było zimno. Podsłyszałem wtedy rozmowę, że szukają miejsc do kręcenia filmu. Podszedłem i zapytałem, czy mogę w czymś pomóc.
Tak zaczęła się jego współpraca z Dariuszem Jabłońskim i Andrzejem Stasiukiem. Marek Szałaj pomagał przy szukaniu obiektów, rekwizytów, pozyskiwaniu statystów. – Byłem łącznikiem między ekipą a miejscowymi – zdradza. Reżyser przychodził do jego pizzerii wielokrotnie. – Okazała się idealnym miejscem na obserwację lokalnych zwyczajów, centrum życia kulturalnego. Przebywałem tam dużo i często, popijając piwko, rozmawiając z ludźmi. Powoli wczuwałem się w klimat Jaślisk – podkreśla filmowiec. – Z pasji jestem dokumentalistą. Nie potrafiłbym opowiadać, nie będąc przekonanym, że opowiadam jakąś prawdę.
Fot. A. Jamroży
Znaleźć dom Lewandowskiego
Mieszkańcy Jaślisk początkowo byli dość nieufni. – Miałem problem, by znaleźć choćby 10 statystów. Ludzie zaglądali zza firanek. Z czasem przekonali się do filmowców i by zagrać w produkcji, ustawiały się długie kolejki – wspomina Marek Szałaj. Chętnie udostępniano domostwa, a te reżyser wybierał z ogromną precyzją. Szczególnie ważny był dla niego dom Lewandowskiego, którego szukał m.in. w towarzystwie Stasiuka. – Chodziliśmy w prawo, lewo… Strasznie lało, byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Mówimy „Do kapliczki i wracamy, bo tam już nic nie ma”, a Darek stwierdził: „Nie, poczekajcie. Tu na pewno musi coś być” opowiada Violetta Kamińska, producentka. – Mówiłem Stasiukowi: „Napisałeś, że na końcu wsi jest dom Lewandowskiego” – dopowiada reżyser. – Na co on: „Daj mi spokój! Nie byłem w ogóle w tych Jaśliskach!”. Ja na to: „Tu jest napisane: na końcu wsi jest dom Lewandowskiego. I tam idę, bo tam musi być dom. On mówi: „Nie! Głupi jesteś kompletnie!” – wspomina słowne przepychanki Dariusz Jabłoński. – Ja jednak poszedłem i… był dom. To cała magia Andrzeja Stasiuka. Wszystko to sobie wymyślił, ale z taką siłą, że kiedy chciałem, żeby ten dom tam był, to był.
Po znalezieniu lokum dla bohaterów filmu nie można było jednak odtrąbić sukcesu. – Rozmowy z właścicielami trwały bardzo, bardzo długo. Było nawet zagrożenie zerwania zdjęć w Jaśliskach, bo Dariusz Jabłoński, kiedy sobie coś upatrzył, mówił: „albo tu, albo nigdzie!”. Na szczęście 3-miesięczne pertraktacje zakończyły się sukcesem – mówi miejscowy konsultant.
Filmowców mile zaskoczyło wnętrze pełne zegarów, z kuchnią kaflową. Wystrój praktycznie nie został zmieniony. Nie to, co na posterunku policji, gdzie przestawiono nawet ściany. – Budynek był akurat w remoncie, więc właściciel nie poniósł większych szkód – zdradza Marek Szałaj. – Scenografowie mogli poszaleć za to w domu Kościejnego, który był stary i pusty.
„Ja ci to zagram…”
Fot. Kadr z filmu „Wino truskawkowe” (Dariusz Jabłoński, 2008 r.).
Do Jaślisk przyjechali m.in. Maciej Stuhr czy Robert Więckiewicz. – Najbardziej rozchwytywany był jednak Marian Dziędziel. To do niego ustawiały się największe kolejki po autografy – podkreśla Marek Szałaj. Wszyscy go pamiętali przede wszystkim z głośnego „Wesela”. – Smarzol wypatrzył go w „Grach ulicznych” Krzysia Krauzego – filmie, który był moim debiutem producenckim – wspomina Dariusz Jabłoński. Gdy sam zobaczył Dziędziela w scenie, w której kosi zboże, od razu pomyślał: „Kościejny!”. – Był wtedy szczupły. Jednak czas mijał i zanim powstał scenariusz, Marian nam się troszeczkę… „powiększył”, a Kościejny jak sama nazwa wskazuje, powinien być bardzo chudy. „Mam 3 miesiące, schudnę” – zapewniał mnie, ale do Jaślisk przyjechał trochę jakby grubszy. Mówię: „Marian, do jasnej cholery! Miałeś schudnąć!”. On popatrzył na mnie i skwitował: „Ja ci to zagram…”.
Bohaterowie „Wina truskawkowego” musieli być prawdziwi. – Zależało mi, żeby nie byli tylko przebranymi aktorami z Krakowa czy Warszawy. Mieli wyglądać jak miejscowi. I to się udało – przyznaje Dariusz Jabłoński. Nawet mieszkańcy Jaślisk uznali ich za „swoich”: – Funkcjonowały dwa cateringi: dla statystów i aktorów. Któregoś dnia Lewandowski, czyli Lech Potocki, i Marek Litewka – Zalatywój, stanęli w swojej kolejce. Usłyszeli: „Ty nie wygłupiaj się. To jest dla aktorów. Do statystów chodź!” – opowiada reżyser. – Wtedy wiedziałem, że dobrze ich ubrałem.
Grupy techniczne nocowały w Tylawie, a aktorzy i reżyserzy w oddalonych o ok. 60 km Gorlicach. – Było to dla nich uciążliwe. Zdjęcia kończyli ok. godz. 22, czyli około 23 – 24 docierali na kwaterę, a o godz. 6 czy 7 rano musieli być już na planie – zauważa Marek Szałaj.
Najmniej wysypiał się reżyser, bo zwykle przywożono go pierwszego. – A ja nienawidzę rano wstawać. Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś koło godz. 7 siedziałem przy kościele. Niespodziewanie podchodzi do mnie kobieta i mówi: „Panie reżyserze, tu mam konfiturki, bo pan taki smutny“. Zrobiło mi się tak błogo na sercu… – wspomina z rozrzewnieniem Dariusz Jabłoński.
Jaśliskiej gościnności zakosztowały także producentki, które wypłacały statystom wynagrodzenia. Częstowano ich tak hojnie, że już przy trzecim domu nie były w stanie kontynuować pracy.
A z jakimi utrudnieniami wiązała się obecność ekipy? Sporą ingerencją w życie mieszkańców były zdjęcia z helikoptera, kiedy to na kilka godzin zamknięto cały Rynek, usunięto samochody, a ludzie nie mogli wychodzić z domów, by nie popsuć plenerów. Sporadycznie zamykano ulice.
Mieszkańcy nie mieli jednak dość. Bardzo zżyli się z ekipą. – Kiedyś usłyszeliśmy: „Dlaczego jesteście dopiero dziś? Mieliście być wczoraj”. Dlatego następnym razem, gdy planowaliśmy odłożyć zdjęcia, pomyślałam: „Trzeba do nich zadzwonić, bo będzie afera” – opowiada producentka.
Na planie narodziły się także przyjaźnie. – Szczególna więź połączyła Marka Litewkę z Frankiem, lokalną „złotą rączką”. Czasami dublował aktora, jeżdżąc na trójkołowcu, który sam wykonał. A po zdjęciach często lubili sobie razem usiąść… – opowiada pan Szałaj.
Lekcje pokory
Praca z kamerą w urokliwych plenerach wydawać by się mogła lekką. – Przyjechaliśmy z ekipą zawodowców, z poczuciem, że oto teraz będziemy robili film w pięknych miejscach jak wodospad w Iwli- relacjonuje Dariusz Jabłoński. – Był jak strumyk. Pomyślałem nawet: „Cholera, jak Lubica schowa się w tej kałuży?”. Wtedy zaczął padać deszcz i w ciągu 7 minut 50 osób zaczęło tonąć, bo ze strumyczka zrobiła się rwąca rzeka, która wypełniła wąwóz. Kaskaderzy wyciągali nas wraz z całym sprzętem na linach. Bohaterowie z Warszawy zbledli mówiąc: „Chcemy wracać. Tu nie damy rady nic zrobić”.
Sceny miłosne przy wodospadzie zakończyły się jednak sukcesem i ściągnęły sporą publiczność. – Nawet kilkadziesiąt osób ze służb nie było w stanie upilnować ludzi, którzy chcieli podejrzeć Lubicę. Mieli sporo okazji, bo mimo dokuczającego aktorom chłodu, ujęcia te powtarzano – przypomina Marek Szałaj.
Temperatury dawały się ekipie we znaki dużo częściej – latem plus 30, zimą minus 40. – Pierwszego dnia zdjęć zimowych ekipa zastrajkowała. Tłumaczę: „-Jest w scenariuszu napisane, że zima? Jest! – Jest, ile stopni ma być? Nie ma! Więc pracujemy” – opowiada reżyser.
Ekipa próbowała walczyć z mrozem, szykując ogrzewacze. – Mój asystent zdjął na chwilę kominiarkę – patrzę, a od nosa idzie mu „takie białe”. Krzyknąłem: „Nic już do mnie nie mów, tylko załóż kominiarkę” – wspomina Jabłoński. Poszedł do kierownika produkcji, upominając się: „Miały być ogrzewacze”. W odpowiedzi usłyszał: „Jak ci je zapewnię, jak diesel zamarzł?”.
Podczas ujęć śmierci Kościejnego ułożono Mariana Dziędziela na matach grzewczych, otulono kocem elektrycznym i dopiero wtedy przysypano śniegiem. Podczas kręcenia filmowcy musieli na chwilę wyłączyć agregat. – Zrobiliśmy zdjęcie i zaczęliśmy dyskutować z operatorem, co poprawić, gdy rozległ się głos: „Włączcie agregat!”. Niewiele brakowało, a zamrozilibyśmy Dziędziela na amen – śmieje się Dariusz Jabłoński.
Tresowana kura
Sporo dubli wymagała scena wjazdu Macieja Stuhra ciągnikiem na gąsienicach do filmowego baru „Galicja”. – Aktor wsiadał, gdy pojazd był już na szczycie schodów, a wcześniej wjeżdżał kaskader. Nie miał łatwego zadania, bo w niektórych momentach „mazurek” tak niebezpiecznie się przechylał, że nawet dubler wyskakiwał ze strachem
– opowiada Marek Szałaj. – Mazura D50, którego wymarzył sobie Jabłoński, znalazłem po miesiącu u człowieka z Daliowej. Ściągaliśmy go 2 dni, mimo że to tylko 3 kilometry drogi. Jechał górą i bocznymi drogami, bo był niesprawny.
Nakręcono wiele scen, których nie ma na ekranie. Na przykład przy posterunku realizowano ujęcia, gdzie za głównym bohaterem chodzi… kura. – Jeden z okolicznych gospodarzy tak ją wytresował, że najpierw dreptała za aktorem na sznurku, a później już za nogą niczym pies. Do dziś nie wiem, jak to możliwe – wyznaje pan Szałaj. Być może scena ta, jak i inne niewykorzystane materiały trafią do serialu, o którym myśli reżyser.
Co ciekawe, decyzja o ostatecznym tytule filmu zapadła dopiero po jego nakręceniu. – Zrobiliśmy sesję, na której go wymyślaliśmy – wspomina Dariusz Jabłoński. – Gdy zaproponowałem „Między niebem a ziemią”, Andrzej Stasiuk mówi: „Jak program lotniczy”. Ja: „Okruchy nieba”. Andrzej: „To chyba jakiś film o niedożywieniu”. „To, co robimy?” – zapytałem. Stwierdził: „Niech już będzie to wino truskawkowe”.
A to zawdzięczamy scenografowi Františkowi Liptakowi, który przygotował taką etykietę trunku przypadkiem. Gdy reżyser zobaczył naklejkę, zaczął tłumaczyć Słowakowi: „Fero, mówiłem wino truskawkowe, ale ono musi mieć swoją nazwę”. Słowak na to: „Myślałem, że to jest nazwa”. I tak już zostało…
Wioletta Kruk, Aneta Jamroży
Fani filmu mogą odwiedzić miejsca, w których kręcono „Wino truskawkowe”. Mapa tych lokacji powstała w ramach niedawno otwartego Podkarpackiego Szlaku Filmowego (mapę można znaleźć filmowepodkarpacie.pl). W Jaśliskach są domy grające m.in.: posterunek policji, lokum Lewandowskiego, dom i stajnię Kościejnego, plebanię, miejsce, w którym zamordowano Lubicę. Można także wejść do kościoła, jak również do baru „Czeremcha”, który był „Galicją”. Cmentarz, na którym leżała Lubica, to tutejszy główny cmentarz parafialny, a nekropolia, gdzie pokazywał się Andrzejowi Kościejny, to cmentarz prawosławny przy cerkwi w Daliowej.
Na ścieżce historyczno-krajobrazowej „Na Węgierskim Trakcie” pomiędzy Szklarami a Jaśliskami znajdziemy piękną kapliczkę ludową „U Jana”, obok której przejeżdżał rowerem główny bohater, a w Iwli – niedaleko Dukli (na tutejszym Rynku Lubica porzuciła męża) warto zobaczyć urokliwy wodospad znany ze scen miłosnych.
Fot. Wioletta Kruk, Aneta Jamroży, kadry z filmu „Wino truskawkowe” (Dariusz Jabłoński, 2008 r.).