Na tropie „Bożego Ciała”

 

Gdy Leszek Lichota po raz pierwszy przyjechał do Jaślisk, mieszkańcy nie mogli oderwać od niego wzroku. Dziś nikogo nie dziwi widok gwiazdora przechadzającego się uliczkami czy stojącego w kolejce po tutejsze drożdżówki. – To miejsce ma w sobie taki magnes, że gdy człowiek raz przyjedzie, to wraca. Ja robię to regularnie – podkreśla aktor. Nie poznałby jednak tego zakątka, gdyby nie „Boże Ciało”…

 

Fot. Kadr z filmu „Boże Ciało” (Jan Komasa,2019)

Mało brakowało, by film Jana Komasy nakręcono na… Mazurach. Na szczęście zadziałał scenograf pracujący wcześniej w Jaśliskach przy „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej – Marek Zawierucha, który uwieczniał lokalne piękno przy okazji górskich wędrówek. – Jaśliska są pięknie położone, niesamowicie się fotografują. Poza tym panuje tu pewien mikroklimat światła. Ono ciągle się zmienia… – zachwyca się scenograf podczas otwarcia Podkarpackiego Szlaku Filmowego. Zdjęcia z plenerów pokazał twórcom „Bożego Ciała”.

– Gdy przyjechał Janek Komasa i operator Piotr Sobociński, popatrzyli na plebanię, może dwa inne miejsca i stwierdzili, że na pewno będą tu kręcić, a konkretne lokacje jeszcze wybiorą

– wspomina Sebastian Szałaj, mieszkaniec Jaślisk i prezes Stowarzyszenia „W Krainie Źródeł”.

Jakie miejsca można zobaczyć na ekranie? Przede wszystkim lokalną świątynię, która „zagrała” z zewnątrz. – Biskup nie wyraził zgody, by ekipa weszła do środka. Nie miał jednak złych intencji – chciał uszanować sanktuarium, tym bardziej że było świeżo po remoncie – tłumaczy Sebastian Szałaj. – W filmie widzimy wnętrze kościoła w Prażmowie pod Warszawą. Ekipie przypadło nawet bardziej do gustu, bo jest skromniejsze i nie odwraca uwagi widza od akcji.

Zawierucha na plebanii

Filmowa plebania w Jaśliskach. Fot. Wioletta Kruk

 

W całości wykorzystano za to oddalony nieco od jaśliskiej świątyni budynek plebanii, na którą najpierw wkroczył scenograf. – Wjechało kilka mebli, przestawiono łóżka, dodano jakiś wazon czy kwiatek. Zmieniono podłogę na drewnianą. Marek Zawierucha nie zostawił ani jednego miejsca bez ingerencji, jeśli tego wymagała. Jak już ruszył pokój, to cały – wyjaśnia Sebastian Szałaj, który towarzyszył ekipie. – Nawet przy włączniku światła zrobił tłustą plamę na ścianie, która stwarzała wrażenie, jakby od 30 lat ktoś pstrykał w ten kontakt. Podszlifowano też drewniane progi, żeby wyglądały na wklęsłe od butów, a potem nakładano na nie specjalne farby, które miały je „postarzeć”. Kiedy przyjechała tam kierownik produkcji i weszła do środka, powiedziała: „Ja, pier…, wpuścić gdzieś Zawieruchę! Jak zwykle zrobił więcej niż trzeba”. Po chwili podsumowała : „Jedno trzeba przyznać – jest najlepszy!”… Z perspektywy skromnego scenografa rewolucja filmowych wnętrz nie była specjalnie spektakularna. – Generalnie to były miejsca zastane. Głównym moim zadaniem było nie popsuć tej niezwykłej autentyczności. Inspirowałem się rzeczywistością – tłumaczył.  – Zmieniliśmy jedynie kolorystykę na tzw. plebanii, powiększyliśmy nieco przestrzeń, bo pomieszczenia były dosyć ciasne i małe. Praca kreatywna, ale bez większych szaleństw – skwitował.

W filmowy plan zamieniły się także: ulice Jaślisk, dom kościelnej usytuowany w sąsiedztwie Rynku, nieco dalej położone dom wójta i wdowy czy miejscowy stadion, na którym nagrano sceny festynu.

Kiedy będzie spowiedź?

W końcu do małej, beskidzkiej miejscowości zjechała ok. 100-osobowa ekipa. Rozlokowano ich w różnych miejscach: część dojeżdżała aż z Rymanowa czy Dukli. O noclegach z dala od Jaślisk nie chciał słyszeć Leszek Lichota. – Gdy przyjechałem po raz pierwszy na plan, produkcja chciała mnie umieścić w hotelu w Rymanowie, o czym dowiedziałem się, wsiadając do auta na lotnisku w Rzeszowie. Powiedziałem, że absolutnie nie ma na to zgody, muszę jechać i mieszkać w Jaśliskach – opowiada. – Nie było dla mnie jednak miejsca, bo kilkudziesięcioosobowa ekipa zajęła wszystko, co było wolne w okolicy.

Tak trafił do pensjonatu w sąsiedniej Daliowej. – Spędziłem tam kilka fantastycznych nocy w przedsionku na kanapie – śmieje się aktor.

Choć początkowo obecność sław jego pokroju mogła onieśmielać, ekipa szybko zintegrowała się z miejscowymi i już po tygodniu stali się jedną wielką rodziną. Nikogo nie dziwił widok Jana Komasy w sklepie czy u lekarza. Warto wspomnieć, że niektórzy mieszkańcy Jaślisk byli obyci z kamerami – wcześniej mieli okazję zaistnieć na ekranie, statystując w „Winie truskawkowym” Dariusza Jabłońskiego. Mimo to ich cierpliwość bywała wystawiana na próbę. – Zdarzały się trudne sceny wymagające zablokowania ruchu, albo pełne krzyków czy wulgaryzmów. Tym bardziej że nagrywano także późną porą – czasem nawet do 5 rano, kiedy ludzie są przyzwyczajeni do spokoju – przyznaje Sebastian Szałaj. – Okazywano jednak wyrozumiałość.

Początkowo niektórych mieszkańców zaskakiwał przechadzający się ulicami młody człowiek w koloratce. – Kiedy Bartek Bielenia zakładał do zdjęć sutannę, to już w niej chodził – zdradza mieszkaniec Jaślisk. – Stąd też kilka razy usłyszał: „Proszę księdza”, a nawet „Kiedy będzie spowiedź?”.

Musiało to być dla młodego aktora źródłem satysfakcji, zwłaszcza że bardzo zaangażował się w przygotowania do tej roli. Oprócz tego, że przytył 8 kg i obciął włosy, to namiętnie czytał Pismo Święte, katechizm, encykliki papieskie. Zresztą głoszone w filmie płomienne homilie w dużej części były improwizowane. – W tych kazaniach mówiłem przede wszystkim rzeczy, które sam chciałbym usłyszeć w kościele: o miłości, akceptacji, wybaczeniu – nie krył Bartosz Bielenia.

Równie wiarygodna na ekranie była Aleksandra Konieczna – filmowa kościelna. Jak zdradziła aktorka, w pracy nad rolą pomogły mieszkanki Jaślisk, z którymi spotkała się na plebanii jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. – Było ciasto, herbata i wiele pań z okolic. Ale jedna prawie nic nie mówiła, krzątała się, miała spore poważanie wśród innych jako świetna gospodyni – wspominała aktorka. – Jak siadała na chwilę, skubała sobie łokcie, gładziła nerwowo ramiona, miała często nieobecny wzrok, choć stale przytakiwała. Nie odrywałam od niej oczu. To ona! Wiedziałam już, że to ona. Najlepsza gospodyni. Kościelna. Autorytet. Ofiara obowiązku i tego, co wypada. Wszystko pod kontrolą. Ciągły niepokój. Miałam ją!

Reżyser pomyślał też o bardziej „przyziemnym” sposobie wczucia się w rolę. – Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że zdjęcia będą w innej świątyni – opowiada Sebastian Szałaj. – Przyjechali Janek Komasa, Eliza Rycembel i Ola Konieczna. Zjedliśmy śniadanie, a potem padło hasło od reżysera: „Dziewczyny! Bierzcie gumowe rękawiczki i szmaty. Trzeba kościół posprzątać”. Miały tam poczuć się jak u siebie.

Po kolana w błocie

Na planie nie było taryfy ulgowej, o czym aktorzy przekonywali się przy kolejnych dublach.

– U Janka Komasy jedna scena potrafi trwać cały dzień, dopóki nie osiągnie efektu, który ma w głowie – zdradza Sebastian Szałaj. Przykład? Ujęcia przed stolarnią. – Pogoda była piękna. Straszny upał. Straż pożarna lała wodę, bo potrzebowaliśmy błota. Klękaliśmy, wycierano nas, znów klękaliśmy, wycierano nas. I tak w kółko – dziś już śmieje się grający w tej scenie mieszkaniec Jaślisk. – Później, wchodząc do stolarni, przygotowywano nam tace z błotem, żeby ślady na ubraniach były świeże. W sumie dwa ujęcia kręcono przez 3 dni.

Bardzo długo realizowano też trudne emocjonalnie sceny przed „tablicą pamięci”. – To były emocje, wulgaryzmy. Krzyk niósł się po całych Jaśliskach. Postronni ludzie bardzo to przeżywali. Ktoś się nawet rozpłakał – opowiada Sebastian Szałaj.

Mieszkańcy nieraz przyglądali się pracy ekipy, a nawet stanowili jej część – jak w przypadku filmowej procesji. – Pomysł był taki, aby zagrał prawdziwy orszak. Tego jednak nie dało się zrobić, bo to Bartek musiał iść na jego czele. Ostatecznie na szybko odwzorowano ołtarze i zorganizowano około 200 statystów – mówi jaśliczanin.

Najbardziej spektakularny był jednak pożar, do którego przygotowywano się bardzo długo. Właściciel filmowej plebanii zgodził się poświęcić na ten cel swój garaż. Ogień okazał się o wiele większy niż sądzili filmowcy. Na szczęście zabezpieczała go straż pożarna. – Wybitny operator, Piotrek Sobociński, który miał kamerę na wózku, kręcił z najazdu. Bartek Bielenia wybiegał, rwał sobie włosy z głowy, itd. Przy którymś dublu operator wziął kamerę do ręki, turlał się z aktorem, filmował z bardzo bliska – relacjonuje Sebastian Szałaj. – To były najbardziej niebezpieczne ujęcia. Odciągaliśmy Bartka, który był tak blisko płomieni, że prawie się poparzył…

Efekt tej pracy? 4 sekundy na ekranie. – Gdy po raz pierwszy zobaczyłem „Boże Ciało”, zapytałem „Dlaczego?!”. Było tyle cudownych scen, ale nie trafiły na ekran. To jest jednak sztuka kompromisu. Dziś wiem, że film tak ma być skomponowany. Nie przypadkiem poszedł w świat i zdobył uznanie – nie ma wątpliwości mieszkaniec Jaślisk.

Aby wyobrazić sobie, ile materiału nie wykorzystano, warto wiedzieć, że zazwyczaj liczba minut filmu odpowiada liczbie stron scenariusza. W przypadku „Bożego Ciała” 100 stron przełożyło się na 14 godzin nagrań!

Jeszcze zaroi się od gwiazd

Ekipa pracująca przy nominowanej później do Oscara produkcji ma co wspominać. I nie chodzi tylko o emocje towarzyszące im na planie. – Pewnego dnia kręciliśmy bardzo dużą scenę festynu na boisku obok szkoły i miesiąc później okazało się… że 28 osób ma żółtaczkę. Wśród nich i ja – wspomina Leszek Lichota. Na początku myślał, że to zwykłe przeziębienie. Do czasu aż dostał telefon z produkcji z pytaniem: „Jak się czujesz?”. Gdy odpowiedział, usłyszał: „Od razu jedź do szpitala, zrób testy wątrobowe, bo jesteś już kolejną osobą”.

M.in. tą „anegdotą” aktor podzielił się podczas otwarcia Podkarpackiego Szlaku Filmowego w Jaśliskach, które regularnie odwiedza kilka razy w roku. Ekranowy wójt zawsze znajduje gościnę u Sebastiana Szałaja, z którym bardzo się zaprzyjaźnił. Stąd też widok Leszka Lichoty np. przed lokalną piekarnią, gdzie zaopatruje się w rogaliki z czekoladą, wcale nie szokuje.

Wszystko wskazuje na to, że już niedługo na jaśliskich ulicach zaroi się od większej liczby gwiazd. A to za sprawą planowanego tu wydarzenia. – W przyszłym roku, we współpracy z Podkarpacką Komisją Filmową, chcemy zorganizować międzynarodowy festiwal filmowy, który będzie kulturalną wizytówką w regionie – zdradza Sebastian Szałaj. – Oprócz festiwalu, jury, konkursu i nagród ma być to miejsce, gdzie ludzie przyjadą pogadać, wymienić się własną filozofią życia, odpocząć, a przy okazji obejrzeć ważne filmy, które pojawią się w kinach. Z pewnością nie chcemy zepsuć Jaślisk. Musimy jeszcze popracować nad infrastrukturą, zapewnieniem większej liczby noclegów, gastronomii, ale nie zamierzamy zmieniać mentalności ludzi, ani robić spektakularnych wydarzeń. Chcemy, żeby nasi goście dostali to, co jest tutaj od lat! Aby Jaśliska pozostały miejscem kameralnym, w którym skrapla się esencja źródeł – tych prawdziwych wypływających z okolicznych gór, jak i tych kulturowych, niegdyś współistniejących w sposób naturalny…

Wioletta Kruk, Aneta Jamroży

Fani filmu mogą odwiedzić miejsca, w których kręcono „Boże Ciało”. Mapa tych lokacji powstała w ramach niedawno otwartego Podkarpackiego Szlaku Filmowego (mapa dostępna jest na filmowepodkarpacie.pl). W Jaśliskach znajdziemy domy grające m.in.: plebanię, dom kościelnej, dom wójta i wdowy. Z zewnątrz „zagrał” miejscowy kościół, ponadto na ekranie zobaczymy tutejszy stadion i lokalne uliczki.

Fot. Kadry z filmu „Boże Ciało” (Jan Komasa,2019), Andrzej Wencel, Katarzyna Mach, W. Kruk, A. Jamroży.

Leave a Reply

Your email address will not be published.