48 godzin

Fot. Archiwum

Czujecie się bezpiecznie w swoich domach? Kiedy poznacie historię Andrzeja, wszystko się zmieni. Tylko w Super Nowościach prawdziwa historia „nożownika” z Rzeszowa.

– Czuje się pani bezpiecznie w swoim mieszkaniu? – pyta 45-letni Andrzej (imię zmienione na prośbę mojego rozmówcy) siadając na kanapie w redakcji. – Tak, bo jestem u siebie – odpowiadam bez zastanowienia. – Też się czułem, dopóki od pijanego faceta, który wyłamał drzwi i chwycił mnie za ubranie, usłyszałem „I co k*** teraz?!” – odpowiada. – A tak naprawdę, to dopóki nie musiałem potem tłumaczyć, że wziąłem ten nóż, bo się broniłem… Pan Andrzej trochę się denerwuje, pierwszy raz rozmawialiśmy rano przez telefon, a teraz stanęliśmy twarzą w twarz, a raczej maseczka w maseczkę. – Tylko Wam to opowiem…

Atak

Jest sobota, 17 października. Dochodzi godzina 21.30. Pan Andrzej, wysoki, szczupły szatyn jest u siebie w mieszkaniu w centrum Rzeszowa. Niedawno skończył jeść kolację, jeszcze nie zdążył posprzątać ze stołu.

Na klatce schodowej słyszy jakiś hałas. Głośna rozmowa, uderzanie do drzwi. Wygląda na korytarz. Dwóch nieznanych mu facetów pije wódkę, butelka stoi im pod nogami. – „Co jest?!” – rzuca na jego widok jeden z nich. – Wyjdźcie stąd – odpowiada stanowczo pan Andrzej. – A ty co, mieszkasz tu? – słyszy. – Wyjdźcie stąd – powtarza, zdając sobie właśnie sprawę, że dalsza rozmowa zwyczajnie nie ma sensu.

Wraca do mieszkania, bierze telefon, żeby zadzwonić po policję. – Tyle że nie zamknąłem drzwi na klucz – wzdycha i opowiada dalej. – Nagle drzwi się otworzyły. Jeden z nich usiłował wedrzeć się do środka. Zagrodziłem mu drogę, a wtedy on splunął mi w twarz. I się zaczęło. Jeden chwycił mnie za włosy, drugi za ubranie próbując wyciągnąć mnie z kamienicy. Chciałem ich wypchnąć, żeby wypadli na ulicę i żeby drzwi do kamienicy się zatrzasnęły. Udało się, ale otworzyli je szyfrem do domofonu. Skąd mieli?

Wyłamali drzwi. – Wpadli do środka i jeden z nich błyskawicznie był już przy mnie. Drugi stał za nim. Poleciały jakieś przekleństwa – relacjonuje dalej. – I co k*** teraz? – rzucił ten pierwszy łapiąc mnie za ubranie. Chwyciłem to, co miałem pod ręką – nóż do pieczywa, którym wcześniej kroiłem chleb. Leżał na stole. Odepchnąłem go, udało mi się go przewrócić. Wtedy sam się na niego przewracając, ugodziłem go tym nożem w brzuch, starając się oswobodzić, bo trzymał mnie za włosy i kopał po klatce piersiowej. Nie wiem, nie czuł? Bo nie puszczał. Od tyłu zaatakował mnie ten drugi.

Pan Andrzej wbił nóż drugi raz. – Starałem się tak, żeby nie zrobić mu dużej krzywdy, tylko zadać bolesny cios. Żeby puścił i żebym mógł uciec. Ten drugi zaczął mnie bić po głowie, po plecach usiłując odebrać nóż. Wtedy zostałem raniony w dłoń. Trzymał mnie przyciśniętego głową do ziemi. W tej szamotaninie ugodziłem go w okolice krocza i pośladków. Jeden i drugi zaczęli wrzeszczeć i zbierać się do ucieczki. Wtedy zbiegli z góry sąsiedzi.

Policja

Pan Andrzej zadzwonił po policję. – Opisałem sytuację łącznie z użyciem przeze mnie noża, prosząc o błyskawiczny przyjazd. Nie wiedziałem jakie tamci mają obrażenia – przyznaje.

Dość szybko przyjechali. – Moje zeznania oraz zeznania sąsiadów zostały od razu przekazane w takiej wersji jak mówię o tym teraz. Zresztą widać było zniszczone drzwi, że nie weszli proszeni. Dla mnie wszystko było oczywiste. Potem pojawili się kryminalni. Nie znam ich stopni, nazwisk, niektórzy migali mi odznakami przed oczami.

Chwile później okazało się, że jeden z mężczyzn jest już zidentyfikowany. – Powiedzieli, że już go mają – relacjonuje pan Andrzej. – Zapytałem o drugiego. Odpowiedzieli, że szukają, bo jeszcze się gdzieś wykrwawi. Minęło niewiele czasu i… ten, o którym mówili, że został zidentyfikowany o własnych siłach pojawił się na klatce. „A ty, co tu robisz?” – zapytali policjanci. – Przyszedłem, bo ojciec mi kazał – odpowiedział. Rozumie pani? Przyszedł na klatkę schodową i z uśmiechem na twarzy powiedział: „Koleś wyskoczył i nas zaatakował”?! – mój rozmówca wyraźnie zaczyna się denerwować. – Od tego momentu odczułem, że zaczyna się zmieniać atmosfera. Zaczęto odmawiać mi głosu.

Pan Andrzej zadzwonił do swojego prawnika. – Powiedziałem mu, że jest jakaś dziwna sytuacja. Zadzwoniłem też do Komendy Wojewódzkiej mówiąc, że na miejscu pojawił się sprawca i składa fałszywe zeznania. Usłyszałem, że mam wykonywać polecenia policjantów i rozłączono się.

Policjanci pracowali na miejscu bardzo długo. – Stałem nad nimi i opisywałem to, co się stało, trzymając zakrwawioną rękę. Jeszcze jak dzwoniłem z prośbą o interwencję, prosiłem o pomoc medyczną. Jeszcze wtedy nie czułem bólu, działała adrenalina. Zacząłem go odczuwać dopiero później. Byłem cały obolały, skopany, pobity.

Zatrzymanie

– De facto to nie było zatrzymanie. Usłyszałem, że pojedziemy na komendę – w moim rozumieniu spisać papiery i złożyć wyjaśnienia. I że oni mnie zawiozą gdzieś do lekarza, żeby zaopatrzyć ranę i sprawdzić, co się dzieje z nogą. Okropnie bolała, nie mogłem na niej stanąć – mówi pan Andrzej. – Dla mnie to było normalne, zresztą zależało mi na tym, żeby jak najszybciej przejść tę procedurę i sprawdzić co z ręką. Nie mogłem ruszać palcem.

Najpierw przyjechali na komendę przy ul. Jagiellońskiej. – Policjanci wzięli jakieś dokumenty i pojechaliśmy do szpitala MSWiA – relacjonuje mój rozmówca. – Ale lekarka odmówiła oględzin. Zostały tylko wypełnione ankiety COVID. I tyle. Wróciliśmy z powrotem na komendę. Zaprowadzili mnie do pokoju, zaczęli wypełniać jakieś dokumenty. Nadal nie wiedziałem, że jestem zatrzymany. Dopiero jak były przygotowane, zakomunikowali, że owszem, jestem.

Dla pana Andrzeja to był szok. – Zapytałem, co to znaczy? Odpowiedzieli, że muszę tutaj zostać do wyjaśnienia sprawy i że jutro, czyli w niedzielę zostanę wypuszczony. – Dobrze – odrzekłem. – Ale przede wszystkim proszę mi udzielić pomocy medycznej, umożliwić mi badanie przez lekarza – odparłem stanowczo.

Dostał dokument do podpisu. – Czytam: była/nie była udzielona pomoc medyczna. Pod spodem – gwiazdka – Niepotrzebne skreślić. „Była” – pogrubione. No ale nic nie ma skreślonego. Nie podpisałem. W dodatku z tego dokumentu wynikało, że to ja jestem napastnikiem.

– Jak to? – pytam. – Na dole dokumentu – w przyczynie zatrzymania – jest opis, na jakiej podstawie. W tych dokumentach był zapis taki, że ja, w wyniku bójki, ostrym narzędziem zraniłem tych mężczyzn. Ale oni nie byli nazwani napastnikami. Stwierdziłem, że nie będę się podpisywał pod czymś, z czego wynika, że to ja jestem osobą atakującą. Przecież oni zaatakowali mnie w moim własnym mieszkaniu. Broniłem się. „To jak pan nie podpisze, to nie musi pan podpisywać, nie ma znaczenia. Jest pan zatrzymany. Nie od nas to zależy, my tu wykonujemy nasze obowiązki” – usłyszałem od policjanta.

Zdenerwował się. – Co też pan opowiada. Był pan na miejscu, od pana zależy, co zostanie wpisane w te dokumenty. Wiecie, jak było. Wszyscy to wiedzą?!

Policjantów było dwóch – kobieta i mężczyzna. – Ona była w porządku. Spokojna. On drwił sobie ze mnie, że jak byłem u lekarza, to co chcę… Podałem też telefon do adwokata, ale odmówiono mi kontaktu.

Pan Andrzej przekonuje, że wielokrotnie domagał się nie tylko pomocy medycznej, ale i badania krwi na obecność alkoholu oraz narkotyków. – Ignorowali to. W końcu przed przejściem z biura do aresztu funkcjonariusz z łaską wykonał badanie alkomatem, twierdząc, że przecież on widzi, że jestem trzeźwy. Ale ja chciałem mieć to w dokumentach, żeby nikt mi potem nie zarzucił… Nie pozwolono mi też spisać z telefonu numerów do powiadomienia osób najbliższych. Przez cały pobyt nie pozwolono mi tego zrobić – dodaje.

Areszt

– To była już późna noc, chyba godzina 3 – 4. Strasznie mnie wszystko bolało. Kręgosłup, noga, całe ciało. Ledwo chodziłem, a kazano mi przenosić sobie do celi materac, który z trudem byłem w stanie w ogóle unieść – opowiada. – Cela miała z 3 metry szerokości i 7 długości, oświetlona, z kamerą. Ściany popękane, poplute krwią i śliną, kiedyś były kremowe. W kątach kłęby kurzu. Do ścian przystające 3 betonowe prostokąty obite drewnem i pomalowane tą samą farbą lamperyjną co ściany – łóżka. W środku był już jakiś chłopak. Spał. Koc, materac, poduszka też były brudne… A ból był taki, że nie byłem w stanie się położyć. Spałem na siedząco.

Minęła noc. – Nie dostałem śniadania. Chłopak, który był ze mną tak, ale ja już nie. Nie jadłem nic aż do wieczora. Strażnik był nieprzyjemny. Cały czas pokrzykiwał: „Szybciej, no ruszaj się!”. Albo jak szedłem do toalety: „No zamknij te drzwi”, tak napastliwie. W końcu się zdenerwowałem i rzuciłem: – Ale dlaczego na mnie krzyczysz?!

Pan Andrzej doprosił się pogotowia. Przyjechało i zawiozło go do szpitala w Rudnej Małej. – Funkcjonariusze, którzy mnie eskortowali, byli naprawdę w porządku, tak jak ratownicy, którzy przyjechali po mnie i personel szpitala. Byli naprawdę mili.

Zrobiono mu tomografię, RTG. – Młody chirurg oczywiście w asyście policji zszył mi zerwane ścięgna w palcu. Dał zalecenia medyczne – relacjonuje.

Wrócił do aresztu. – Ale karty z wizyty w szpitalu nie dostałem, chociaż miałem przepisane leki przeciwbólowe. W ciągu dnia kilkukrotnie ktoś przychodził i musiałem opisywać sobotnie zdarzenia.

Minęła niedziela. W poniedziałek od rana pan Andrzej czuł się fatalnie. – Ból był nie do zniesienia, czułem, że mam gorączkę, bolała mnie głowa – wylicza.

Poprosił o leki przeciwbólowe. Wezwali karetkę. Przyjechała. – Powiedzieli, że gorączka najprawdopodobniej spowodowana jest obrażeniami. Dali zastrzyk przeciwbólowy. Pomogło. Nowy strażnik, który jeszcze rankiem był opryskliwy, w ciągu dnia zaczął zachowywać się inaczej. „48 godzin. To do wieczora muszą cię wypuścić, chyba, że ci przedłużą” – stwierdził. Wieczorem usłyszałem: „Będziesz przesłuchany i chyba wyjdziesz”. Zaczynało się już robić ciemno.

Wolny

– Zbieraj się, wychodzisz, idziesz na przesłuchanie – usłyszałem od strażnika. Przyszedł policjant, zabrał mnie do biura i powiedział o zarzutach dla tamtych i że chce spisać moje zeznania już jako osoby pokrzywdzonej.

Był wolny. Telefon włączył po godzinie 18.

– Co teraz? – pytam. – Swoich praw i zadośćuczynienia będę dochodził w sądzie – odpowiada stanowczo pan Andrzej. A co z ręką? – dopytuję widząc jak poprawia opatrunek. – Chirurg mi powiedział, że dwa miesiące nic nią nie mogę robić. A pracuję rękami.

***

– Zatrzymanie wszystkich osób wynikało z okoliczności tego zdarzenia. W te okoliczności nie mogę wchodzić, komentować i mówić, na czym one polegały, ale chodziło między innymi o niespójne wersje wydarzeń osób, które w tej sytuacji uczestniczyły. Zatrzymanie miało na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności tak, żebyśmy mieli jedną spójną i potwierdzoną wersję wydarzeń. Było to konsultowane z prokuraturą już na etapie wstępnym – mówi Super Nowościom asp. Tomasz Drzał z Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie.

 

 – 23-letniemu Danielowi G. i 22-letniemu Remigiuszowi M., mieszkańcom powiatu rzeszowskiego, przedstawiono zarzut naruszenia miru domowego, a jeden z tych mężczyzn ma również zarzut naruszenia nietykalności cielesnej. To są wstępne zarzuty, bo być pomoże po dokonaniu dodatkowych ustaleń zostaną rozszerzone mówi Super Nowościom Katarzyna Drupka, zastępca Prokuratora Rejonowego dla miasta Rzeszów.

Prokuratura nie zastosowała wobec podejrzanych żadnych środków zapobiegawczych.

Katarzyna Szczyrek

One Response to "48 godzin"

Leave a Reply

Your email address will not be published.