
Dziś jest tu zwykłe blokowisko. Trudno wyobrazić sobie, że przed laty przy łódzkiej ul. Przemysłowej, stał obóz koncentracyjny. Jedyny… dla dzieci. Między 1942 a 1945 r. przebywało w nim, według najnowszych ustaleń historyków łódzkiego IPN, od 2 do 3 tysięcy dzieci. Miały od 2 do 16 lat. Głodzono je, bito i znęcano się nad nimi psychicznie. Zmuszano do niewolniczej pracy. Wielu nieletnich go nie przeżyło. O przemilczanej historii jedynego niemieckiego dziecięcego obozu koncentracyjnego na terenach Polski rozmawiamy z Błażejem Torańskim, współautorem książki „Mały Oświęcim”
– Kto wpadł na pomysł stworzenia obozu dla dzieci?
– Reichsführer SS Heinricha Himmler. W czasie, kiedy urządzał sobie kwaterę w malowniczych mazurskich lasach i słał listy do swej rodziny. „Wczoraj i dziś przeprowadzałem się i mam naprawdę piękną kwaterę w nowym, bardzo przytulnym baraku, duży pokój do pracy, łazienkę, sypialnię, pokój śniadaniowy (…) W załączeniu spóźniona paczka bożonarodzeniowa, kawa od Führera, zdjęcie tutejszego schroniska Hegewald w Prusach Wschodnich, paczuszka od Zipperów dla Laleczki, książka i list od gauleitera Hofera, marcepan, mąka i cukier od gauleitera Kocha. (…)” – pisał do żony i dzieci. Himmler wpadł na pomysł osadzenia w obozie „polskich młodocianych przestępców”, jak wynikało z dokumentów niemieckich. Co to byli za przestępcy? Jakie stanowili zagrożenie? Jakie popełnili zbrodnie?
– No właśnie, czym zawinili mali więźniowie?
– Odpowiedź jest prosta: polskie dzieci więziono tam za polskość. Za to, że ich rodzice działali w ruchu oporu, w organizacjach podziemnych, albo trafili do obozów śmierci, oflagów albo zginęli. Za to, że z dnia na dzień, mając ledwie po kilkanaście lat, musieli zastąpić tych rodziców, stać się głowami rodzin, wziąć pod opiekę młodsze rodzeństwo, prać im, gotować sprzątać, leczyć je i walczyć o środki do życia, zarobkować, niejednokrotnie żebrząc, a czasami kradnąc. Dzieci Świadków Jehowy wsadzano do łódzkiego obozu za to, że „rodzice wychowują je w duchu wrogim państwu”. Polskie dzieci Niemcy odrywali od rodzin albo bezdomne brali prosto ulicy lub dworca. Odzierali je z wolności, godności, bezpieczeństwa, zarzucali im zbrodnie, których nie popełnili. Więzili je za nic.
– Czy dziecko może być wiarygodnym świadkiem?
– Ślady w pamięci zapisują się od pierwszych chwil po narodzinach. Świadomy dostęp do wspomnień dziewczynki mają mniej więcej od trzeciego, a chłopcy od czwartego roku życia. Wiąże się to z nauczeniem się mowy. Pod wpływem silnych emocji można uzyskać dostęp do wcześniejszych, pojedynczych wspomnień. Jedno jest pewne: ocaleni z obozu noszą go w sobie do końca swych dni. Helena Leszyńska od wyjścia z obozu każdej nocy budziła się co godzinę. Kiedy Zuzanna Polok poszła po wojnie do pierwszej pracy przed dyrektorem zakładu stawała na baczność jak przed komendantem obozu. Od Zdzisława Banasika żona nigdy nie mogła wyciągnąć wspomnień, od razu płakał. Ani jednej nocy nie przespał spokojnie. Co noc krzyczał i płakał.
– Przeszli gehennę.
– Więzień Jan Woszczyk opowiadał, jak Genowefa Pohl i wachman Edward August z kolejki dzieci oczekujących na posiłek wyciągnęli Józia: „Kazali mu klęczeć i wypić wiadro kawy. Po kilku litrach posikał ubranie. Wtedy August kazał dolać do kawy zupę z robakami, ugotowaną na zgniłej brukwi. Do tej zupy dodali fusy z solą. August zamieszał ją miotłą. Bayer i Pol poganiały go, aby szybciej jadł: „Essen, essen, schnell, schnell” (jeść, jeść, szybko, szybko). Popychali go, szydzili, jakby to było widowisko rozrywkowe. Widziałem, jak rozdęty brzuch Józia puchł w oczach. Kilka godzin później niesiono go na drewnianych tragach. Zmarł”.
Innym razem Jan Woszczyk zeznał przed sądem, jak Genowefa Pol podeszła za plecy jego kolegi, podniosła czterokilogramową cegłę i uderzyła go w głowę, prosto w potylicę, krzycząc: „Giń polska świnio”. Kiedy upadł na ziemię deptała go butami. „To była masakra” – mówił.
Janusz Prusinowski opowiadał w procesie, jak Edward August kazał mu zebrać kał do miski, w której przyniesiono mu jedzenie „Siłą podniósł mi ją do ust. Pohl uderzyła mnie z tyłu w głowę tak, że twarz wpadła mi do miski, a kał do ust. Dopilnowali, abym zjadł, co wydaliłem”.
– W obozie nie było pieca krematoryjnego, bo, jak czytamy w jednej z relacji: „Dzieci nie uśmiercano natychmiast. Doprowadzano je do śmierci powoli, przez systematyczne bicie i głodzenie”…
– Oprawcy znęcali się nad nimi psychicznie i fizycznie. Dzieci były ogłupiałe. Raz zapytano je, kto ma wszy, a wszystkie miały. Ale z lękiem tylko kilkoro z nich podniosło rączki. Dostały po pajdce czarnego chleba. Kilka dni później zadano im to samo pytanie: rączek był cały las. Wszystkie zostały pobite. Za znalezienie wszy groziła kara chłosty: 25 uderzeń kijem lub pejczem. Dzieci bito za wszystko i za nic. Helenę Sznerch pobito za to, że chciała zjeść kawałek brukwi. Wypluła, ale i tak ją zbito. Za to, że użyła ciepłej wody w pralni, Genowefa Pohl wymierzyła jej 25 batów sztywnym pejczem. Wacława Kiziniewicz dostała dziesięć batów, bo nie chciała uczyć się niemieckiej piosenki. Teresa Stefaniak zrzucała z drzewa gruszki, a inne dziewczynki zbierały. Sydonia Bayer wysłała ją do karca na jeden dzień i wymierzyła 60 batów. Maria Prusinowska za nazwanie Genowefy Pohl „niemiecką świnią” dostała 50 batów. 12. batów dostała Augustyna Borowiec za podniesienie jabłka z ziemi, a za wzięcie z kuchni chleba pobito ją tak, że straciła przytomność. Brygidę Sierant wachmanka biła po twarzy dotąd, aż dokładnie i bez zająknięcia nie powtórzyła słów piosenki o niemieckim żołnierzu, a przecież nie znała niemieckiego. Franciszek Panek dostał 25 batów i zabrano mu śniadanie za to, że zaspał. Krystyna Kolasa za to, że w ogrodzie nierówno posadziła kwiatki dostała od Sydonii Bayer trzy razy w twarz („Aż mi krew poleciała” zeznała). Łucja Nowak pobita została za to, że w obozowym ogrodzie zjadła marchewkę, a nać z powrotem wsadziła do grządki. Za rozbitą miskę wyznaczano 25 batów. Tyle samo za posikanie łóżka. Bito za grubo obrane ziemniaki. Wymieniam te dzieci z imienia i nazwiska, bo to nie były bezimienne ofiary.
Jedną z największych bestii był dla nich wachman Edward August. W książce wydanej w 1975 r. Józef Witkowski pisał o nim, że był stale pijany. Bił zawsze i wszędzie. Z rozkoszą poddawał więźniów najwymyślniejszym torturom. Bił i kopał w najczulsze miejsca, wpychał do skrzyń z piaskiem, topił w beczułce z wodą, wieszał za nogi na łańcuchu i opuszczał głową w dół do kanału ze zużytymi smarami samochodowymi, scyzorykiem wycinał genitalia, bił w pięty, gasił na piersiach więźniów papierosy. Wystarczy?
– Zdecydowanie! A jakie były szanse, by stamtąd uciec?
– Obóz zlokalizowany był za murem łódzkiego getta. Jeśli dziecku udało się przedostać do getta, tam wyłapywali go żydowscy policjanci, odprowadzali do obozu, a w nagrodę dostawali chleb. Czasami udało się uciekinierom ukryć w nagrobkach żydowskiego cmentarza. Ale stamtąd także ich wyłuskiwano. Udokumentowany jest tylko jeden przypadek udanej ucieczki z obozu. Zdarzało się ich więcej, ale z miejsc pracy w mieście albo z filii obozu dla dziewcząt w Dzierżąznej pod Zgierzem.
– Jedna z najciemniejszych postaci, o której już Pan wspominał, to Genowefa Pohl vel Eugenia Pol. Kim była?
– Czytając jej akta procesowe miałem wrażenie, jakbym prowadził z nią szczególny dialog. Jak Kazimierz Moczarski rozmawiał w celi z Jürgenem Stroopem, co zapisał w słynnych „Rozmowach z katem”. Pol była córką majstra budowlanego i szwaczki. Jej brat był krawcem. Skończyła jedynie szkołę podstawową w Łodzi na Księżym Młynie. Przed sądem regularnie wypierała się zbrodni: „Nigdy, naprawdę, nie czułam się Niemką. Duchem i sercem jestem Polką, na wyzwolenie czekałam tak samo jak inni Polacy” – powtarzała.
Przez większość życia nazywała się Eugenią Pol i takie nazwisko widnieje na jej nagrobku. Genowefą Pohl była w czasie okupacji, od czerwca 1940 roku, kiedy w wieku 17 lat podpisała volkslistę, do stycznia 1945 roku, kiedy wyszła z obozu. Wtedy, jakby otrzepała się z kurzu , wyparła z pamięci zbrodniczy okres. „Uciekłam od nich. Poszłam prosto do swojego domu. Miałam na sobie szary żakiet i nieprzemakalny płaszcz. Mundur został za bramą”.
– W swoich zeznaniach mocno się tłumaczy…
– Była wyjątkowo zakłamaną bestią. Przed sądem regularnie wypierała się zbrodni: „Nigdy, naprawdę, nie czułam się Niemką. Duchem i sercem jestem Polką, na wyzwolenie czekałam tak samo jak inni Polacy” – powtarzała. W mojej ocenie to była maskarada. Byli świadkowie, którzy wypowiadali się o niej dobrze, ale siła oskarżających zeznań była miażdżąca.
– Jak to się stało, że po wojnie jak gdyby nigdy nic mieszkała spokojnie w Łodzi?
– Wymiar sprawiedliwości zaczął się nią interesować w 1947 roku. Biuro Ewidencji Ludności informowało, że nie jest w Łodzi zameldowana, choć stale w niej mieszkała przy Chełmońskiego 16 A. Rzecz w tym, że zaraz po wojnie wróciła do polskiej pisowni nazwiska – Pol, bez niemego „h” – i imienia Eugenia. Przez wiele lat nikt jej nie niepokoił. Kilkanaście lat pracowała w żłobku Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Armii Ludowej jako intendentka. Działała w ZBoWiD-zie. W Klubie Sportowym Włókniarz Eugenia Pol uprawiała kilka dyscyplin, m.in. rzut oszczepem. Regularnie chodziła na pochody pierwszomajowe. I tylko od czasu do czasu mogła poczuć strach, kiedy na ulicy przypadkiem natknęła się na swoją ofiarę. Jadwiga Orłowska, numer obozowy 37, zamiast ukłonu powiedziała jej: świnia. Aresztowano ją dopiero 12 grudnia 1970 roku. Sąd skazał ją na 25 lat więzienia. Wiele śladów było już wtedy zatartych, dokumenty zniszczone, proces był poszlakowy. Oskarżona przyznała się jedynie do eksterminacji dzieci polskich „jako członek niemieckiej załogi obozu”, ale nie do przypisywanych morderstw. Ostatecznie skrócono jej karę. Wyszła na wolność w 1989 roku i zamieszkała w łódzkiej dzielnicy Dąbrowa. Zmarła w 2003 roku.
– Czy poza nią ktokolwiek został osądzony?
– Wachmani Sydonia Bayer i Edward August – zostali w 1945 roku skazani na karę śmierci. W mojej ocenie Pol także na nią zasługiwała. Żaden z esesmanów nie poniósł za te zbrodnie odpowiedzialności.
– Po przeczytaniu „Małego Oświęcimia”, od razu chciałoby się zapytać: dlaczego na Przemysłową nie zmierza tylu ludzi co do Auschwitz?
– Trafne pytanie. Jedyny niemiecki obóz koncentracyjny dla dzieci w Polce doczekał się jedynie muzealnej ekspozycji w Szkole Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci w Łodzi oraz Pomnika Martyrologii Dzieci, potocznie nazywanym pomnikiem Pękniętego Serca. Żadna z tych nazw nie kojarzy się jednoznacznie z piekłem przy ulicy Przemysłowej. Obóz przez lata był zapomniany, nigdy nie utrwalił się w pamięci zbiorowej, w powszechnej świadomości, a powinno to być polskie Yad Vashem.
– Co sprawiło, że przez lata był przemilczaną historią?
– Zamiarem Niemców było, aby prawda o tym obozie nigdy nie wyszła na światło dzienne. Dokumenty zostały zniszczone. W Peerelu ten obóz albo przemilczano, albo ukrywano pod dywanem cenzury i propagandy. Owszem, ukazał się w 1965 roku szkic Wiesława Jażdżyńskiego „Reportaż z pustego pola”, a dziesięć lat później (1975) Ossolineum wydało książkę byłego więźnia Józefa Witkowskiego „Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi”. Ta ostatnia praca jest solidnym źródłem informacji o obozie, ale wydana została w śmiesznie niskim, jak na PRL, nakładzie 2 tys. 700 egzemplarzy. Wyszły także wspomnienia byłego więźnia Tadeusza Raźniewskiego „Chcę żyć”. Na jego motywach Zbigniew Chmielewski zrealizował w 1970 roku film „Twarz anioła” z Wojciechem Pszoniakiem. Głośno o obozie było tylko w latach 1971-75, kiedy odsłonięto pomnik Pękniętego Serca i media relacjonowały proces wachmanki Eugenii Pol vel Genowefy Pohl.
Trafną hipotezę wyraża cytowana w „Małym Oświęcimiu” była więźniarka Krystyna Wieczorkowska-Lewandowska: „Ten obóz był tajny, ukryty w getcie, i taki pozostał. Od wielu lat się zastanawiam: komu na tej ciszy zależy? Po wojnie go zburzono, rozebrano, „pozamiatano”. A przecież był unikatowy, drugiego takiego w Europie nie było. Jak widać Niemcy wciąż mają wielki wpływ na kształt świata, skoro do dziś prawie nikt o nas, dzieciach z Przemysłowej, nie wie”. I dodaje: „Zniszczenie dowodów istnienia obozu zrobiono na zamówienie polityczne. Gdzieś po drodze zniknęły też przecież nasze dokumenty i miała zniknąć cała ta historia”. To wszystko, jej zdaniem, jest już nie do sprawdzenia. Trzeba wierzyć ludziom na słowo.
– Powodów przemilczania było więcej?
– Obóz był ukryty za murem łódzkiego getta, o którym powstało setki publikacji. Kolejny: byli więźniowie długo nie mogli wypowiadać się o tym dramacie. Bezmiar cierpienia był tak wielki, że kneblował im usta. Mam własną hipotezę, którą podziela współautorka książki Jolanta Sowińska–Gogacz: gdyby w piekle przy Przemysłowej zamknięto dzieci żydowskie – nie polskie – świat znałby prawdę o tych zbrodniach od dawna. Krzyczałby o tym od 75 lat.
Z kronikarskiego obowiązku dodam, że w ubiegłym roku Urszula Sochacka wydała książkę „Eee… tam, takiego obozu nie było – wspomnienia Genowefy Kowalczuk, byłej więźniarki obozu przy ulicy Przemysłowej w Łodzi”. Jest także ona autorka filmu dokumentalnego „Nie wolno się brzydko bawić”. To nie zmienia faktu, że nadal wielu Polaków o tym obozie nic nie wie.
– Książka „Mały Oświęcim” jest pełna wstrząsających historii. Ile Pan osobiście musiał zapłacić, żeby powstała?
– Do dzisiaj noszę ją w sobie. Odchorowuję.
Rozmawiała Wioletta Kruk



2 Responses to "Niemcy zgotowali dzieciom piekło"