
Szpitale w całej Polsce walczą z drugą falą pandemii koronawirusa. Codziennie notujemy rekordy zachorowań, szpitale pękają w szwach, brakuje sprzętu i personelu do pracy. Lekarze ostrzegają jednak, że dużo większe skutki będzie miała „trzecia fala”, która dotknie pacjentów z innymi schorzeniami pozbawionych dzisiaj bez diagnostyki i leczenia. – To całe rzesze ludzi chorych kardiologicznie, onkologicznie, czy psychiatrycznie, którzy dzisiaj zostali praktycznie bez pomocy. I jeśli mamy wyciągnąć jakąś lekcję z tego, co się aktualnie dzieje, to powinna być to nauka, aby odpowiednio szybko przygotować się na tę „trzecią falę” – mówi Robert Płaziak, dyrektor Szpitala Powiatowego w Lesku.
Jak z pandemią radzi sobie leski szpital?
Robert Płaziak, dyrektor Szpitala Powiatowego w Lesku. – My sobie radzimy, ale tylko dlatego, że już w marcu zaczęliśmy działać. Nie czekaliśmy na wytyczne wojewody, czy rządu, bo to my jesteśmy na miejscu i najlepiej wiemy, jak funkcjonuje nasz szpital, jakie mamy moce przerobowe, ilu lekarzy i pielęgniarek i jakim sprzętem dysponujemy. Kiedy miała miejsce „pierwsza fala” zachorowań na koronawirusa, nieporównywalnie mniejsza od tej, z jaką mierzymy się teraz, przeorganizowaliśmy pracę szpitala: na każdym oddziale stworzyliśmy izolatki dla pacjentów z podejrzeniem koronawirusa, zgromadziliśmy zapas środków ochrony osobistej – maseczek, przyłbic, kombinezonów i płynów dezynfekcyjnych, respiratory.
Praktycznie nie zamknęliśmy żadnego z oddziałów, także porodówka cały czas działa i mimo pandemii rodzą się dzieci. Wyodrębniliśmy także miejsce do porodów dla kobiet z podejrzeniem zachorowania na COVID-19. Mamy też respiratorowe łóżko na intensywnej terapii i było ono wielokrotnie używane przez pacjentów z COVID-19. Byliśmy po prostu przygotowani na to, co się może zdarzyć.
Byliście przygotowani dzięki decyzjom i dyspozycjom rządu i ministerstwa zdrowia, czy dlatego, że to pan oddolnie podejmował decyzje i reagował na rozwój sytuacji związanej z pandemią?
Prawda jest taka, że od marca praktycznie wszyscy spali, a my przygotowywaliśmy się na to co będzie w ramach własnych działań i pomysłów. Mam to szczęście, że mam świetną ekipę, która doskonale sobie radzi. Bez pracy i poświęcenia tych ludzi nie udałoby się tego osiągnąć.
Widzi pani ten wykres? Już na wiosnę przygotowałem sobie prognozę rozwoju pandemii, jak pani widzi moje prognozy się sprawdziły. To nie jest jeszcze szczyt pandemii, ale jesteśmy blisko. Musimy przetrwać jeszcze kilka tygodni, bo tyle to moim zdaniem potrwa. Żeby była jasność, koronawirus nie zniknie nagle, będziemy z nim żyć już cały czas, jak z innymi wirusami, ale za kilka miesięcy wypracujemy już skuteczne działania i procedury, w tym szczepienia, które pomogą w zatrzymaniu pandemii.
Jak w takim razie ocenia pan działania rządu w kontekście służby zdrowia?
Musimy kompletnie oddzielić politykę od organizacji służby zdrowia. Lokalnie się to nawet udaje, my nie patrzymy kto jest z jakiego środowiska, tylko pracujemy. Natomiast myślę, że błędy „na górze” zostały popełnione m. in. przez kompletny brak zaufania do lokalnych samorządów, bo to one moim zdaniem powinny przejąć odium przygotowań do walki z pandemią.
No tak, ale to jednak rząd odpowiada za organizację służby zdrowia…
To, w jakim stanie jest polska służba zdrowia, nie jest tylko winą obecnie rządzących. Żadna z kolejnych ekip nie zadbała np. o wykształcenie kadry. Personel, który dzisiaj pracuje w małych powiatowych szpitalach, to są jeszcze ludzie, którzy byli wykształceni za okresu słusznie minionego, lekarze i pielęgniarki napływowi z tzw. nakazów pracy. Mają dzisiaj po pięćdziesiąt parę lat, są aktywni zawodowo, ale następców nie ma. System został tak ukształtowany i tu nie ma istotnego znaczenia, jaka to jest partia. Młodzi ludzie, którzy są kształceni w zawodach medycznych, wolą pracować w dużych miastach, część z nich wybiera pracę za granicą. Moim zdaniem w jakiejś formie te nakazy pracy muszą wrócić.
No dobrze, ale mówi pan o zmianie organizacji służby zdrowia i wypracowaniu nowego systemu, a to potrwa wiele lat, a problem z brakiem personelu np. do obsługi respiratorów mamy teraz, już.
Ja jestem zdania, że w szpitalach jest wystarczająca ilość personelu przygotowanego do obsługi urządzeń wysokiej technologii. Kłopot w tym, aby tych ludzi właściwie wykorzystać, tak, aby kierowali osobami, które będą przygotowane do wykonywania określonych funkcji.
Mamy źle rozwiązany system kształcenia i dzisiaj nie naprawimy tego w ciągu jednego czy dwóch tygodni. Dzisiaj musimy, mówiąc kolokwialnie, w jakiś sposób załatać dziurę.
No właśnie – jak?
Każdy sposób jest dobry. Można kogoś nawet w tydzień przeszkolić, ale trzeba pamiętać, że to jest tylko na chwilę. Docelowo system kształcenia zawodów medycznych powinien się w Polsce zmienić.
Co możemy w takim razie zrobić już, kiedy pod szpitalami stoją sznury karetek, pacjenci umierają, bo pomoc dociera za późno.
Teraz? Teraz już nic, trzeba było o tym myśleć pół roku temu. Teraz możemy już tylko solidnie pracować i modlić się, aby nie doszło do załamania systemu.
Możemy też wyciągnąć wnioski na przyszłość i zacząć wspólnie działać lokalnie. Mamy szpital covidowy w Sanoku, który leczy teraz tylko chorych na koronawirusa, ale tam cały czas są lekarze innych specjalizacji – chirurdzy, ortopedzi, neurolodzy, którzy teraz nie są wykorzystywani – nie leczą, nie operują, a mogliby to robić w innym szpitalu.
Lata temu kiedy startowałem na dyrektora szpitala w Sanoku postulowałem połączenie szpitali na poziomie trzech powiatów – sanockiego, leskiego i bieszczadzkiego. Wtedy nikt nie chciał mnie słuchać. Dzisiaj te trzy szpitale funkcjonujące razem byłyby rewelacyjnie przygotowane nie tylko do walki z pandemią, ale i zapewnieniem opieki pozostałych pacjentom.
Gdzie w takim razie leży problem?
W decyzyjności lokalnych samorządów, a raczej jej braku. Będąc starostą ja nie patrzyłbym na to, czy władza gdzieś piętro wyżej decyduje, tylko wdrażał rozwiązania na poziomie lokalnym, które skutkują lepszą i bardziej efektywną organizacją pracy oraz poprawą bezpieczeństwa pacjentów. To my tutaj mieszkamy i nikt za nas nie załatwi tych problemów.
Ostatnio temat połączenia szpitali w Sanoku, Lesku i Ustrzykach Dolnych wrócił. Na jakim etapie są rozmowy i na ile realne jest faktyczne połączenie tych trzech placówek?
Jesteśmy w trakcie negocjacji. Niektórzy włodarze zrozumieli w końcu problem, z jakim się zetknęli. Teraz walczymy z pandemią, ale lada chwila będziemy musieli leczyć pacjentów, którzy teraz tej opieki lekarskiej nie mają. Tu już nie ma miejsca na partyjniactwo. To musi być współpraca, a nie zlepek interesów poszczególnych osób. Władza już teraz powinna wyciągać konkretne wnioski, dbać nie o swój własny interes, tylko o to, aby ten kraj dobrze funkcjonował.
Pan od lat postuluje połączenie tych trzech szpitali i jak do tej pory argumenty trafiały w próżnię.
I nadal jestem głęboko przekonany o konieczności bezwzględnego i bezwarunkowego połączenia ich struktur. Pandemia obnażyła nasze słabości i słabości systemu w jakim do tej pory funkcjonowaliśmy. Najwyższy czas schować lokalne ambicje i działać wspólnie dla dobra pacjentów.
Trzeba zrobić fuzję trzech powiatowych szpitali i stworzyć jeden “szpital bieszczadzki”. Teraz jest najlepszy czas, aby to dopracować i jak najszybciej wdrożyć do działania. Dzisiaj jesteśmy z problemem COVID-u, ale za chwilę gdzieś będziemy musieli leczyć i operować pacjentów, którzy dzisiaj mają utrudniony, a często uniemożliwiony dostęp do opieki medycznej. I to jest moim zdaniem teraz największy problem.
To tysiące osób, które z powodu pandemii są pozbawione diagnostyki i leczenia.
Dokładnie. Diagnostyki praktycznie nie ma, zabiegi wykonywane są sporadycznie, i teraz – niezrobienie dzisiaj zabiegu komuś kto cierpi na jakąś chorobę przewlekłą, np. raka, skutkuje tym, że za pół roku tego zabiegu już się nie da zrobić, bo będzie za późno. Musimy zdawać sobie sprawę, że trzecią falą będzie fala śmiertelności związana nie z bezpośrednim zachorowaniem na COVID, tylko z tym, że pozostali ludzie nie byli leczeni. Każda śmierć jest niedobra natomiast myślę, że ta grupa osób, która umrze nie na, a przez koronawirusa, będzie dużo większa i będziemy zbierać jej żniwo przez wiele miesięcy po ustaniu pandemii.
To całe rzesze ludzi chorych kardiologicznie, onkologicznie, czy psychiatrycznie, którzy dzisiaj zostali praktycznie bez pomocy. I jeśli mamy wyciągnąć jakąś lekcję z tego, co się aktualnie dzieje, co powinna być to nauka, aby odpowiednio szybko przygotować się na tę trzecią falę.
I właśnie po to jest nam potrzebna reorganizacja służby zdrowia i pracy szpitali. Sanocki szpital jeszcze przez najbliższe miesiące pozostanie zakaźnym, bo wirus nagle nie zniknie, diagnostykę i zabiegi pozostałych pacjentów będzie robić Lesko. Niebawem otwieramy nowe skrzydło z salami zabiegowymi, będziemy mogli operować. Trzeba dopasować pracę szpitali do aktualnej sytuacji. Musimy dojść do porozumienia, dla dobra pacjentów. To już ostatni dzwonek, nie możemy dłużej tracić czasu.
Martyna Sokołowska



2 Responses to "Lockdown zabije więcej osób niż koronawirus?"