
Doktor od kilku miesięcy publicznie mówił, że przy jego sposobie leczenia w ciągu 48 godzin można ustabilizować co najmniej 99 proc. ciężkich przypadków w Polsce przebywających obecnie w leczeniu szpitalnym. Co więcej twierdzi, że wielu lekarzy leczy swoich znajomych, a nawet pacjentów (mówi o tysiącach pacjentów), według jego schematów – z bardzo dobrym rezultatem. Ma doniesienia z Polski i zagranicy. – Niestety, środowisko lekarskie jest tak zastraszone, że boi się oficjalnie zabrać głos w tej sprawie. Jednak lek został wykupiony z aptek. Przecież ten lek jest na receptę! A kto wystawia recepty w Polsce? Lekarze! – pisze na stronie przychodni Optima w Przemyślu, gdzie przyjmuje chorych.
Fakt braków leku w aptece potwierdza pani Amelia, czytelniczka Super Nowości: – Obaj z mężem jesteśmy w grupie ryzyka i boimy się zachorowania na COVID-19. Dostałam receptę na lek z amantadyną i co? Nigdzie go nie ma. Pewnie wyprowadzono go z kraju albo wykupiono by leczyć swoich – mówi oburzona.
Czy dr Bodnar zwracał się do instytucji mogących mieć wpływ na podjęcie decyzji o leczeniu tym czy innym preparatem? Oczywiście. Już marcu zwrócił się do ministerstwa zdrowia, niestety nie dostał odpowiedzi. W tym samym miesiącu napisał do profesor Katherine Kędzierski, przewodniczącej australijskich naukowców (The Peter Doherty Institute for Infection and Immunity) – bez odpowiedzi. W kwietniu do profesora Krzysztofa Simona, z Kliniki Chorób Zakaźnych we Wrocławiu – bez odpowiedzi. W międzyczasie podejmował wielokrotne próby dotarcia do rządu przez posłów – bezskutecznie. W lipcu opublikował opis swoich przypadków z leczenia pacjentów, który został przesłany do wszystkich lekarzy Porozumienia Zielonogórskiego w całej Polsce – niestety bez większego odzewu. Jedynym odzewem była odpowiedź, którą otrzymał ze Szczecina od profesora Cezarego Pakulskiego, z kliniki anestezjologii i intensywnej terapii i medycyny ratunkowej, który w pełni poparł jego spostrzeżenia. – Przywróciło mi to wiarę i siłę, aby dalej leczyć i pisać o tym – mówi dr Bodnar. Potem były artykuły w lokalnej prasie, które także nie wywołały większego echa. Oprócz, jak mówi doktor, straszenia go, a to rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej, a to odpowiedzialnością za ewentualną śmierć pacjenta nawet nie spowodowanego bezpośrednio leczeniem amantadyną. – Jeśli ktoś będzie mnie dalej szykanował czy straszył, to w mojej opinii występuje przeciw ludzkości, zasłaniając się tylko i wyłącznie procedurami. Co mija się z powołaniem lekarza. Widoczne nikomu nie zależy? Ludzie powinni umierać? To jest straszne i nieetyczne! Wstyd! Za to ktoś weźmie odpowiedzialność. Za ludzi, których można było uratować. Codziennie ludzie umierją przez COVID-19. Kto za to weźmie odpowiedzialność? – pisze na stronie. I dodaje, że w związku z doniesieniami, że rzecznik odpowiedzialności zawodowej ostatecznie nie wszczął postępowania dyscyplinarnego przeciwko niemu ponownie publikuje schematy leczenia uzupełnione o przypadki, które zaobserwował, skutki uboczne, na co zwrócić uwagę w powikłaniach w COVID-19 i inne. Podkreśla, że SCHEMAT JEST KIEROWANY WYŁĄCZNIE DO LUDZI NAUKI I LEKARZY! PACJENT MUSI BYĆ ZAWSZE POD KONTROLĄ LEKARZA PODCZAS LECZENIA! Ostrzega też by „nie podawać leków tylko po to by coś podać, kiedy nie ma ku temu przesłanek. Na przykład na zapas, by uniknąć ewentualnego procesu wykrzepiania”.
Nie wszyscy okrzyknęli dr. Bodnara szarlatanem. Nad amantadyną pochylił się prof. Konrad Rejdak, szef kliniki neurologii Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie. Profesor aplikował do Agencji Badań Medycznych o 5 mln zł na badanie kliniczne. – Dzięki temu mielibyśmy stuprocentową pewność, ze amantadyna to lek 100 proc. skuteczny w leczeniu COVID-19. Niestety agencja nie przyznała mu pieniędzy.



3 Responses to "Lekarz z Przemyśla twierdzi, że można skutecznie leczyć COVID-19"