
Jak możemy przeczytać w piśmie adresowanym do prezesa NFZ Federacja Porozumienie Zielonogórskie (zrzeszająca lekarzy rodzinnych), pracownicy terenowych departamentów kontroli NFZ dzwonią do świadczeniodawców POZ, podając się za pacjentów, i w ten sposób dokonują „weryfikacji” dostępności do świadczeń. Jeśli wystąpiły trudności w dodzwonieniu się do przychodni lub umówieniu się na wizytę w tym samym dniu, poszczególni świadczeniodawcy otrzymują pisma z groźbą nałożenia kar umownych „z tytułu niezapewnienia bieżącej rejestracji świadczeniobiorców”.
Lekarze rozgoryczeni kontrolami piszą, że „w czasie epidemii wszyscy pracują wręcz w ekstremalnych warunkach”. To oni bowiem, zgodnie z rozporządzeniem resortu zdrowia, kierują na badania w kierunku stwierdzenia występowania COVID-19, a także do izolacji czy szpitali. Muszą kontaktować się z zarażonymi – jednym słowem stoją na pierwszej linii walki z pandemią. „Lekarze i pracownicy medyczni podstawowej opieki zdrowotnej odbierają i sami wykonują dziesiątki połączeń telefonicznych dziennie (nie wspominając o osobistych wizytach pacjentów w przychodni i wizytach domowych). Przeprowadzone przez nas, w wybranych przychodniach, analizy pokazują, że średnia miesięczna liczba i czas trwania telefonicznych połączeń, w porównaniu do ubiegłego roku, wzrosły nawet dwukrotnie” – piszą. Podnoszą również, że samo znalezienie miejsca w szpitalu zakaźnym dla pacjenta wymagającego hospitalizacji wymaga „od jednej do trzech godzin ustaleń telefonicznych: poszukiwania miejsca w szpitalu, ustalenia transportu dla pacjenta”, choć formalnie rzecz biorąc, „lekarze rodzinni nie powinni się tym zajmować”.
Wielu się udaje
– Nie można się do nas dodzwonić, ale dziennie udaje się to średnio 150 osobom. Nie mówię, że bez kłopotów, ale wszystkim jest ciężko, bo sytuacja jest wyjątkowo trudna – mówi Marek Krupowczyk, rzecznik prasowy Porozumienia Podkarpackiego, mającego pod opieką przeszło milion mieszkańców regionu. Pyta też dlaczego groźba kar wisi tylko nad niepublicznymi przychodniami, skoro równie trudno dodzwonić się do placówek publicznych, czy szpitali zakaźnych, nie mówiąc o sanepidzie, ZUS-ie czy samym NFZ-cie? – Może by tak trochę samokrytyki i uderzenia się we własne piersi – dodaje rozgoryczony.
Federacja podkreśla, że wielu lekarzy i pracowników medycznych POZ jest chorych lub przebywa na izolacji, a ich koledzy pracują o wiele dłużej niż powinni, starając się, kosztem własnego wolnego czasu, sił i zdrowia, sprostać wymaganiom i obsłużyć swych pacjentów. Proponuje, by „kontrolujący pracownicy NFZ (…) zamiast telefonicznych kontroli, udali się samodzielnie do placówek. Są otwarte, lekarze udzielają nie tylko teleporad, można ich codziennie zastać w miejscu udzielania świadczeń. Może jeśli naocznie przekonają się o realiach pracy podstawowej opieki zdrowotnej w czasie epidemii, zrozumieją nasze oburzenie”. (…) „ta telefoniczna weryfikacja i grożenie sankcjami jest jak policzek w twarz”. Zwracając się bezpośrednio do prezesa NFZ proszą, „by sam zapytał swych urzędników: ile czasu trzeba, by dodzwonić się w obecnym czasie, do oddziałów NFZ? Czy myśli Pan, że wystarczy jeden telefon ? Dwa ? Trzy ? Czy wie Pan, ile czasu potrzeba, by dodzwonić się do powiatowej stacji sanepidu? A do lekarzy POZ, jak rozumiemy, każdy powinien się dodzwonić natychmiast?”
Podkarpacki NFZ odpiera zarzuty
– Owszem, kontrolujemy, szczególnie gabinety, na które wpłynęły skargi od pacjentów. Póki co jeszcze jednak nikogo nie ukaraliśmy. Kontrolerzy nie interweniują też po kilkukrotnym niedodzwonieniu się do gabinetu, a po wielokrotnych, bezskutecznych próbach nawiązania kontaktu. Dopiero wtedy zwracamy się do świadczeniodawcy o wyjaśnienie sytuacji – mówi Rafał Śliż, rzecznik POW NFZ w Rzeszowie. I dodaje, że nie są to kontrole częste. – Na przeszło 700 podmiotów wysłaliśmy nieco ponad 50 próśb o wyjaśnienie (warto podkreślić, że kilka, co już wiemy, była zamknięta z przyczyn losowych – kwarantanna). Od kilkunastu dostaliśmy dość ogólnikowe tłumaczenia i nadal czekamy na rozsądne tłumaczenie. Podchodzimy do tego bardzo realnie i być może w większości przypadków skończy się na zobowiązaniu placówki do uruchomienia telefonu, pod który pacjent będzie mógł się jednak dodzwonić.
Anna Moraniec



13 Responses to "Lekarze są oburzeni i każą się urzędnikom uderzyć we własne piersi"