Rząd „dobrej zmiany” to rząd słabej większości

Odejście ze Zjednoczonej Prawicy zaledwie 5 posłów oznaczać będzie dla niej utratę sejmowej większości. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Prezes PiS znów ma zmartwienie i to nie byle jakie, bo kolejny raz rząd Mateusza Morawieckiego może stracić sejmową większość. Dotychczas udawało się ją utrzymać, choć jest bardzo słaba, a zdania polików Zjednoczonej Prawicy są w różnych kwestiach mocno podzielone. Mowa nie tylko o Porozumieniu Jarosława Gowina i Solidarnej Polsce Zbigniewa Ziobry, ale także o członkach samego Prawa i Sprawiedliwości. Kilka dni temu odejście z PiS zapowiedział poseł Lech Kołakowski. Powód? Jest przeciwny tzw. ustawie futerkowej autorstwa Kaczyńskiego i uważa ją za bubel prawny. Rzecz w tym, że Kołakowski nie jest jedyny, a żeby Zjednoczona Prawica utraciła sejmową większość wystarczy, by zaledwie 5 posłów pożegnało się z nią i przestało popierać rząd. Po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim Kołakowski przestał być już tak kategoryczny, ale nadal może pozbawić rząd większości w Sejmie. Nie tylko zresztą on…

Politycy obozu rządzącego cały czas przekonują opinię publiczną, że w powalającym stylu wygrali zeszłoroczne wybory parlamentarne i „PiS rządzi samodzielnie i niepodzielnie”. Rzecz w tym, że jest to oczywista nieprawda. Przede wszystkim owa rzekomo spektakularna większość sejmowa Zjednoczonej Prawicy to 235 posłów na 460 zasiadających w Sejmie RP, czyli tylko o 4 więcej, niż wynosi bezwzględna większość. Prosto mówiąc, wystarczy, żeby 5 posłów Zjednoczonej Prawicy pożegnało się z nią i przestało popierać rząd Mateusza Morawieckiego, by ten przestał być rządem większościowym. A Zjednoczona Prawica to nie tylko PiS, bo tworzą ją też „przystawki” w postaci Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry z 17 posłami w Sejmie oraz Porozumienie Jarosława Gowina z 18.

Gowin upokorzył Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński miał już okazję przekonać się kiedyś, co potrafi Zbigniew Ziobro. A nie tak dawno również, co potrafi Jarosław Gowin. Ten ostatni tak naprawdę spowodował, że PiS nie przeprowadził wyborów korespondencyjnych na prezydenta RP w maju tego roku. Po prostu ostentacyjnie zrezygnował z funkcji wicepremiera w ówczesnym rządzie M. Morawieckiego i zapowiedział, że jeśli rząd uprze się przy majowych wyborach, to on wraz posłami Porozumienia przestanie go popierać. Nie chodziło o wszystkich 18 posłów Porozumienia, ale i tak liczna tych, którzy „poszliby” za Gowinem spowodowałaby utratę przez Zjednoczoną Prawicę sejmowej większości. Jarosław Kaczyński musiał Gowinowi ustąpić, bo ryzykował utratę władzy. Mowa była rzecz jasna o dojściu z Porozumieniem do porozumienia, ale tak naprawdę, to prezes PiS tę rozgrywkę przegrał. Przy okazji obnażył się jaskrawo fakt, że ten niby monolityczny i mówiący jednym głosem rząd, to grupa polityków mających różne interesy i o nie walczących, w dodatku tzw. kolos na glinianych nogach, bo większość niby ma, ale słabiutka i, bo być może najważniejsze, wcale nie stabilną. A jest przecież jeszcze coraz powszechniej znana antypatia między Mateuszem Morawieckim i Zbigniewem Ziobrą.

Kołakowski jeszcze bardziej

Kaczyński ma jednak problem nie tylko z „przystawkami”, ale i z własnymi członkami. Choć podczas głosowania nad tzw. piątką Kaczyńskiego czyli ustawą o ochronie zwierząt w Zjednoczonej Prawicy była dyscyplina klubowa, niektórzy ja złamali. Za głosowanie przeciwko zawieszonych w prawach członka PiS zostało 15 posłów, w tym Lech Kołakowski. Poseł we wtorek na falach RMF FM zapowiedział opuszczenie klubu parlamentarnego Zjednoczonej Prawicy i utworzenie swego koła. Nie zdradził ilu posłów miałoby do niego dołączyć, ale należało spodziewać się, iż tylu, że rząd Morawieckiego straci większość w Sejmie. Kołakowski mówił co prawda, że PiS opuszcza z wielkim bólem, ale jasno podawał przyczyny swej decyzji. – Nie godzę się z zapisami tej ustawy (mowa o ustawie o ochronie zwierząt). To jest bubel prawny – podkreślał Kołakowski. – Sprawy polskiej wsi są racją stanu dodał wspominając, że pd maja bezskutecznie zabiegał i spotkanie z prezesem PIS. Warto tu dodać, że Kołakowski z Kaczyńskim współpracuje od lat. Po tych deklaracjach, czy też, prościej mówiąc, zagrożeniu Kaczyńskiemu utratą większości sejmowej Kołakowski doczekał się rozmowy z Kaczyńskim. Wiadomo, że mają być następne, Jej pokłosiem było przywrócenie w sprawach członka PiS-u zarówno jego, jak i Jana Krzysztofa Ardanowskiego (we wtorek przywróconych zostało 13 innych wcześniej zawieszonych posłów – przyp. red.). Już teraz Kołakowski mówi, że jest za ciągłością kadencji parlamentu. Z języka politycznego na „nasze” znaczy to, że nie chciałby doprowadzać do utraty przez rząd większości sejmowej i przeprowadzania przedterminowych wyborów parlamentarnych. Jednak ostateczne swe decyzje uzależnia od wyników kolejnych rozmów z Kaczyńskim. To z kolei znaczy, że zależy ile i co uda się Kołakowskiemu „ugrać” z prezesem PiS i albo „utopi” ten rząd, albo nie. Zależy, jak mu się będzie bardziej politycznie opłacać.

Tak właśnie wygląda nasza sytuacja w czasie pandemii. Choć politycy ekipy rządzącej i rządowe media przekonują nas, że mamy wspaniały rząd, a ów ma wszystko pod kontrolą, widać jak na dłoni, że władzą w Polsce jest władzą niestabilna, po prostu. Wystarczy, żeby coś nie spodobało się Gowinowi, Ziobrze, albo zwyczajnemu posłowi z PiS i ktoś zagroził, że opuszcza Zjednoczoną Prawicę wraz z 4 innymi posłami i mamy „po rządzie”.

Monika Kamińska

15 Responses to "Rząd „dobrej zmiany” to rząd słabej większości"

Leave a Reply

Your email address will not be published.