
Wszyscy chyba pamiętają, jak była premier Beata Szydło będąc prezesem Rady Ministrów hojnie obdzieliła partyjnych kolegów nagrodami z naszych podatków, a na słowa oburzenia tym faktem zareagowała słynnym już „te nagrody nam się po prostu należały”. Być może nie wszyscy jednak wiedzą, że burza wokół wspomnianych nagród zatrzymała kolejny pomysł „dobrej zmiany” na dobre zarobki dla swoich ludzi. Wygląda jednak na to, że – według znanego powiedzenia – co się odwlecze, to nie uciecze, bo w Sejm pracuje właśnie nad ustawą, która pod przykrywką zmian koniecznych do wprowadzenia po rekonstrukcji rządu, ma zapewnić politykom PiS dobre zarobki z publicznych pieniędzy.
Premier Mateusz Morawiecki w październiku przekonywał Polaków, że rekonstrukcja rządu „odchudzi” porządnie administrację rządowa, a tym samym przyczyni się do oszczędności. Wszak zlikwidowano aż 6 ministerstw! Logicznym zatem byłoby oczekiwanie, że gabinet M. Morawieckiego znacznie zmniejszy swą liczebność. Nic takiego się nie stało! Przed rekonstrukcją rządu liczył on 104 członków, teraz – 99. Jak to możliwe, że zlikwidowano 6 ministrostw, a tylko o 5 osób „spadła” liczebność rządu? Ano tak, że większość zdymisjonowanych członków rządu natychmiast „odnalazła się” w innych resortach. A w tych resortach, które rzekomo połączono jest wiceministrowie mają po kilku zastępców, rekordzista – 10. Do tego zlikwidowane Ministerstwo Sportu zastąpić ma Narodowe Centrum Sportu, zaś zlikwidowane Ministerstwo Gospodarki Wodnej- Główny Urząd Inwestycji Morskich. Należy się spodziewać, że w tych urzędach zatrudnienie znajdzie co najmniej tyle samo osób, ile pracowało w zlikwidowanych ministrostwach, o ile nie więcej. I spodziewać się także należy, że nie wszystkie te osoby będą ekspertami, za to będą byłymi, albo i aktualnymi członkami PiS.
To jednak nie wszystko. W przepychanej teraz „na szybko” przez Sejm ustawie sprytnie „przemycono” zapis, według którego osoby pełniące funkcje podsekretarzy w ministrostwach będą mieć status pracowników służby cywilnej. Co to oznacza? Ano po 100 proc. podwyżki dla każdego z nich, a obecnie w rządzie jest 27 podsekretarzy stanu. Podsekretarze stanu mają zarabiać po zmianach przepisów ok. 20 tys. zł, z naszych podatków rzecz jasna. – No i co? – zapytałby ktoś. – To niewiele, jak na eksperta. Owszem, jak na eksperta, niewiele, tyle że podsekretarzami stanu wcale nie są zawsze eksperci. W obecnym rządzie są nimi partyjni koledzy polityków PiS i „przystawek”, którym nie powiodło się w wyborach, albo potrzebowali dobrze płatnej pracy…Pracownik służby cywilnej nie może być zaangażowany w działalność polityczną, ale to nie problem. Podsekretarze stanu zwyczajnie „wypiszą się” z partii, czy związków zawodowych i zrezygnują z zasiadania w radach nadzorczych i po kłopocie. Apolityczność tych ludzi będzie istniała tylko na papierze, a im się „przemiana” z polityka w urzędnika bardzo opłaci.
Jak się tak zastanowić, to cała ta rekonstrukcja rządu, która rzekomo miała prowadzić do oszczędności w administracji rządowej, była tylko pozorowanym ruchem. Ot tak, żeby Polacy zobaczyli, że rząd na sobie oszczędza, od ust sobie niemal odejmuje. To mają zobaczyć i w to uwierzyć, ale politycy dobrej zmiany nie mają zamiaru na sobie oszczędzać, najwyraźniej są przekonani, że im się te stanowiska i pieniądze po prostu należą. Tyle, że tym razem nie wrzeszczą o tym, jak była premier Beata Szydło.
Redaktor Monika Kamińska



18 Responses to "Oszczędności w rządzie to czysta fikcja i mydlenie Polakom oczu"