Stal rośnie w oczach

Mały wzrostem, wielki duchem – mierzący 167 cm Grzegorz Tomasiewicz nie przypuszczał chyba, że pierwszego gola w PKO BP Ekstraklasie zdobędzie po… uderzeniu głową. Fot. Kamil Świrydowicz / Jagiellonia Białystok

W drugim meczu pod wodzą Leszka Ojrzyńskiego piłkarze PGE Stali Mielec odnieśli pierwsze zwycięstwo. W sobotę podkarpacki beniaminek pokonał 3-1 Jagiellonię Białystok, a jedyne pretensje do gospodarzy można mieć  o niewykorzystane sytuacje w II połowie, które mogły znacznie wcześniej rozstrzygnąć całe spotkanie.

– Było widać, że mecz w Lubinie dał się chłopakom we znaki, ale chwała im, że nawet znajdując się w słabszej dyspozycji byli w stanie zdobyć trzy punkty. Nieważne, w jakim stylu – mówił na pomeczowej konferencji prasowej opiekun drużyny z Mielca. Ta jak szybko objęła prowadzenie, tak je straciła. Premierową bramkę gospodarze zdobyli już w 4. min po tym, jak jej autor Marcin Flis w ekwilibrystyczny sposób (po uderzeniu głową piłka odbiła się jeszcze od jego łydki) zmusił do kapitulacji bramkarza przyjezdnych. – Dużo przypadku przy tej bramce, bo nie była ona najpiękniejsza i pięknie zgrana. Ale najważniejsze, że wpadła do siatki i z tego bardzo się cieszę – mówił strzelec pierwszego gola dla PGE Stali. Wyrównał zaledwie 120 sekund później Przemysław Mystkowski, popisując się kapitalnym uderzeniem po dograniu z rzutu rożnego. Na kolejne trafienia trzeba było czekać do II połowy. W ekipie gospodarzy sporo ożywienia wprowadziły dwie zmiany, jakich po godzinie gry dokonał trener Leszek Ojrzyński. Pojawienie się na boisku Krystiana Getingera, a zwłaszcza niezmordowanego Andrei Prokicia pozwolił PGE Stali na dobre rozwinąć skrzydła. – Popełniliśmy błąd, bo prowadziliśmy 1-0 i mogliśmy uniknąć straty tej bramki. W przerwie skorygowaliśmy pewne rzeczy, choć żadnych zmian personalnych nie zrobiliśmy. Zmieniliśmy styl bronienia, graliśmy bliżej siebie na własnej połowie. Po 10 minutach dokonaliśmy zmian, które miały być kluczowe. Wzmocniliśmy skrzydła i to przyniosło efekt, bo mogliśmy nawet dołożyć coś wcześniej. Byliśmy jednak nieskuteczni. Cieszymy się, że udało się nam wykorzystać sytuacje później. Dla mnie to kolejna sytuacja poglądowa, bo jestem w tym klubie od kilkunastu dni. Obserwując mikrocykl, wiem już, jak pewne rzeczy zaplanować, bo widać było ogromne zmęczenie zawodników. Już na tyle ich poznałem, że wiem, jak to ocenić – kontynuował Ojrzyński. W 66. min najniższy na boisku (167 cm) Grzegorz Tomasiewicz po raz drugi tego popołudnia wyprowadził beniaminka na prowadzenie. – Nie myślałem nigdy, że pierwszego gola w Ekstraklasie strzelę głową. Ulżyło nam troszeczkę, że wygraliśmy bardzo ważne spotkanie, bo w tabeli wyglądało to do tej pory bardzo słabo. Myślę, że szczególnie w II połowie pokazaliśmy, że jesteśmy dobrą drużyną i możemy wygrać z każdym. Po przerwie lepiej operowaliśmy piłkę, zbieraliśmy drugie piłki. Musimy jednak jeszcze uspokoić nieco grę, bo gdy jesteśmy przy piłce, to nie możemy grać tak chaotycznie, bo to jest Ekstraklasa i są z tego straty, po których przeciwnik nas kontruje – przyznał przed kamerami Canal+ Tomasiewicz. W dalszej części spotkania gospodarze mieli kilka okazji do tego, by uniknąć nerwowej końcówki, jednak grali nieskutecznie, a chwilami wręcz nonszalancko. Tak było chociażby w przypadku Mateusza Maka, który chyba zbyt długo czasu spędził przed telewizorem, oglądając popisy Roberta Lewandowskiego, bowiem zamiast huknąć „ile fabryka dała” w dogodnej sytuacji, chciał popisać się sztuczką techniczną. Efekt – zamiast 3-1, Stal wciąż prowadziła tylko 2-1. Kropkę nad i miejscowi postawili ostatecznie już w doliczonym czasie gry, kiedy po zagraniu Roberta Dadoka, Łukasz Zjawiński ustalił końcowy wynik. – Na porażkę wpłynęły błędy przy straconych bramkach. Brakowało nam zdecydowania, ataku na piłkę. Sytuacja związana z brakiem praktycznie żadnego środkowego obrońcy z pewnością nie pomogła. Nie jest to wytłumaczenie, ponieważ zawodnicy, którzy wychodzą na murawę muszą brać na siebie odpowiedzialność. Nie zwalajmy winy ani nie szukajmy usprawiedliwienia w formie środkowych obrońców. Cały zespół atakuje, cały zespół broni. Niefrasobliwość w fazie defensywnej spowodowała stratę goli – podsumował mecz w Mielcu pochodzący z Jarosławia Bogdan Zając, trener Jagiellonii.

Marcin Jeżowski

Leave a Reply

Your email address will not be published.