Wojenny stan. 39 lat minęło

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r.na terytorium całego kraju wprowadzono stan wojenny. Decyzję o jego wprowadzeniu starano się zalegalizować antydatowanym Dekretem Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. o stanie wojennym i Uchwałą Rady Państwa
w sprawie wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa. Fot. Archiwum IPN

Ale była zima. To pamiętam – zima była jak jasna cholera. Śnieg po moją prawie dwunastoletnią szyję. Tarzając się w nim po ogrodzie, zdobywając kolejny biegun pod ostrzałem Wehrmachtu i przy okazji ratując złotowłosą piękność z rąk przebrzydłych Komanczów – wrastałem w dorosłość w brzuchu starego drewnianego domu z wieżyczką – ukryty z mamą, babcią i dziadziem, co są, by pomóc, bo tato od kilku miesięcy tkwi w Tallinie, restaurując ichniejszą starówkę, przysyła co czas jakiś paczki z cukrem, czekoladą, kawą i winstonami – precyzyjnie opakowane szarym papierem, obite takimi drewnianymi
deseczkami i setki razy skontrolowane przez ludową pocztę Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Ja wiedziałem, że Solidarność, że Rulewskiemu zęby wybili, całe Opole z osiemdziesiątego pierwszego nagrałem na grundigu – „nie mam teraz czasu dla Ciebie, nie widziała Cię długo matka”, „przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał” – słysząc po raz pierwszy „kurwa” w telewizorze, i „kolejka” Prońko, i „z piekła do piekła” Wysocki Kaczmarskiego na pamięć, i „żeby Polska” – Pietrzaka – „była Polską”… – ale były czasy. W chórze się to śpiewało wtedy w podstawówce i można było. Ech… festiwal.
W sobotę, dwunastego, wracając z jakichś lekcji, niemieckiego czy fortepianu, bo rodzina zacnie dbała o wykształcenie, zajrzałem do kina Zorza, celem nabycia biletów na fajny – ponoć – film „Człowiek z żelaza”, ale był tylko pierwszy rząd, więc zrezygnowałem, na co mama powiedziała, że dobrze, bo pierwszy rząd jest beznadziejny, a poza tym ona i tak idzie do przyjaciół na kolację. No i poszła. A ja, nie wiedząc, że zobaczę „Człowieka..” prawie dziesięć lat później – prostym krokiem spać.
Wstaje dzień, a ja z nim, bo telewizyjne technikum rolnicze, rolniczy kwadrans, a potem teleranek, to był wyznacznik życia całego niedzielnego, bo to telewizja była, prawdziwa ta: Loski, Wojtczak i Suzina… a mi tu śnieży! I dopiero radio powiedziało generałem, o co chodzi. I teraz plamami – zapamiętanymi bądź usłyszanymi po drodze.
Generał przemawia, a babcia, jako najbardziej niemieckojęzyczna, słucha jedynie niezagłuszanej jakiejś niemieckiej stacji – ale co oni tam wiedzieli – tyle co my. Lekcje przedtem jakieś robi ze mną i słyszymy z telewizji, że do szkoły już raczej w tym roku nie pójdę. Ale jazda – myślę bez wstydu. I nazajutrz z dziadziem wyjeżdżamy pociągiem na kontrolny objazd rodziny. Jak John Wayne na dzikim zachodzie, on za stary, ja za młody na kontrolę władzy, więc jestem po prostu asystentem szeryfa. Nie pozwolili mi co prawda – mama i dziadkowie – ubrać dżinsów na ten mróz, ale w narciarskich ortalionach i tak wyglądam jak krzywonogi Charles Bronson. Ciotki w Sanoku – dobrze, dom w Krośnie – stoi, w międzyczasie dowiadujemy się, że wrocławski wujek przewiózł w pierwszą wojenną noc świnię w bagażniku, a potem na raty wynosił 200 kilo na dziewiąte piętro i wszystko z nim w porządku. Znaczy po dzisiejszemu: „ogarniamy rzeczywistość”.
Wracamy , bo zaraz zbliża się powrót ojca z Tallina.
Siedemnastego – godzina zero – jeden jedyny pociąg z Warszawy. Walę z sankami na dworzec kolejowy, co by przywieźć dobrodziejstwa ludowego radzieckiego kraju, które nałapał ojciec do swego bagażu… i się mijamy. On w międzyczasie przyjeżdża do domu z jakimś kolegą, co jeszcze ma paliwo, ja wracam z sankami, by cieszyć się autem sterowanym radiem, przód i tył tylko, żeby nie było, że myśl techniczna radziecka taka fajna, ojcem i całą rodziną, zakopaną co prawda po szyję w śniegu i bez telefonu, ale wreszcie razem.
I trafiają się na koniec dwie pointy. Po pierwsze – Mama dwunastego, zamiast w pierwszym rzędzie kina „Zorza” oglądając Wajdę, jest na imprezie u przyjaciół, którzy wyjeżdżają właśnie na Zachód, czyszcząc wcześniej cały ruchomy dobytek, a potem wracają spod granicy, bo Polska okazuje się być zamknięta. Wracają zatem do pustego domu i pustej lodówki.
Po drugie – tato dostaje wezwanie do wojska, co by jak większość ludzi w tym czasie odbyć służbę, pilnując na przykład pomnika czynu rewolucyjnego, ale na swój przyjazd organizuje wielką imprezę, gdzie wódka radziecka się strumieniami leje, a przyjaciele rodziców, także ci zachodni, co do dziś w Polsce – pewnie dzięki generałowi – mieszkają, bawią się do rana, nareszcie pijąc coś innego niż ocet. I ojciec schodzi po kulawych schodach do piwnicy, co by piec podkręcić i cieplej zrobić i się na tych schodach przewraca i łamie rękę. I z tą złamaną ręką idzie do tego wojska, pokazuje gips i mówi: „Przepraszam, byłem na terytorium Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich…”
I taki to był widziany oczami dziecka początek wojennego stanu – jednej z najtragiczniejszych kart w powojennej historii Polski.

Jakub Karyś, redaktor naczelny

14 Responses to "Wojenny stan. 39 lat minęło"

Leave a Reply

Your email address will not be published.