
Rozmowa z ks. Tomaszem Nowakiem, rzecznikiem prasowym Kurii Diecezjalnej w Rzeszowie
– Czy tegoroczne Boże Narodzenie uda się przeżyć w świątecznej atmosferze?
– Owszem, są pewne ograniczenia, ale wiele rzeczy pozostaje bez zmian: kolędy, choinka, potrawy wigilijne. Nade wszystko jest Bóg, który przychodzi na świat. Podczas świąt wspominany narodzenie Jezusa Chrystusa, które zapoczątkowało tutaj, na Ziemi, zbawienie człowieka. Święta kościelne nie są jednak tylko wspomnieniem. To przeżycie, jakby się Jezus rodził teraz, ze względu naszą sytuację. I w stanie epidemii, w poczuciu zagrożenia, bezradności, bardzo potrzebujemy tego przypomnienia, że Bóg jest z nami. Paradoksalnie, kruchość życia, której doświadczamy w ostatnich miesiącach i różne ograniczenia, mogą pozwolić jeszcze bardziej uchwycić i przeżyć istotę wydarzeń z Betlejem.
– Jak to zrobić?
– Duchowemu przygotowaniu do Bożego Narodzenia służy liturgiczny okres adwentu, który obejmuje 4 niedziele przed świętami. W tym czasie w kościołach często czyta się Księgę Izajasza i te fragmenty Ewangelii, w których pojawia się Jan Chrzciciel. Zarówno Izajasz, jak i Jan Chrzciciel, zapowiadając przyjście Zbawiciela, zachęcają ludzi do prostowania dróg dla Pana. To dość zrozumiała metafora, kiedy uświadomimy sobie, jak wiele mogło się poplątać w naszych relacjach z innymi, ze światem, z Panem Bogiem; kiedy przypomnimy sobie, ile osób wypadło z drogi na życiowych zakrętach. Prostowanie dróg, przygotowanie do świąt, zaczyna się od hamowania, zatrzymania i rozejrzenia wokół – taki odpowiednik rachunku sumienia.
– Dlaczego współcześnie tak łatwo zapominamy o tym, czym jest naprawdę Boże Narodzenie?
– Trudno mi się wypowiadać tak ogólnie. Ludzie są różni, jedni zapominają, inni pamiętają. Jedni lecą do ciepłych krajów, a inni czuwają, żeby nie przegapić nocnej pasterki. To, co dzieje się wokół nas, niewątpliwie odbija się w sposobie przeżywania świąt przez Polaków. A obserwujemy choćby coraz mniej osób praktykujących w kościołach. W sklepach natomiast trudno zetknąć się z istotą Bożego Narodzenia. Symbolika, którą tam spotykamy, jest wybrakowana. Owszem, jest choinka, gwiazdka, bombka, ale nie ma najważniejszego – Dzieciątka Jezus. Jesteśmy też świadkami oderwania pewnych praktyk od teologii – Boże Narodzenie przeżywa się w adwencie, a podczas właściwego okresu Bożego Narodzenia choinki są już w pudełkach. Liturgiczny okres Bożego Narodzenia kończy się Niedzielą Chrztu Pańskiego, to pierwsza niedziela po 6 stycznia, kiedy obchodzimy Uroczystość Objawienia Pańskiego. W tradycji polskiej dodatkowo śpiewa się kolędy do 2 lutego. W centrach handlowych zdejmuje się dekoracje świąteczne już 2 stycznia i później nie ma już kolęd, choć z kolędami też jest tak jak z symbolami Bożego Narodzenia, po selekcji trudno usłyszeć „Bóg się rodzi”. Można odnieść takie wrażenie, że niektórym trochę te święta pasują, ale nie z całą chrześcijańską treścią, której centrum jest osoba Jezusa Chrystusa.
– A w którym roku naprawdę urodził się Jezus Chrystus?
– Choć to dziwnie zabrzmi, wypadałoby powiedzieć, że Jezus Chrystus urodził się w 7. roku przed Chrystusem. Wszystko przez teologa Dionizego, który w VI wieku, na polecenie papieża Jana I, próbował ustalić datę narodzin Jezusa Chrystusa. Obliczył, że Jezus urodził się w 754. roku od założenia Rzymu, w 4. roku 195 olimpiady i na tej podstawie określił ten rok jako pierwszy. Po wiekach okazało się, że jego obliczenia nie były ścisłe. Stwierdzono, że nie zgadzają się pewne wydarzenia. Otóż w 754 r., według kalendarza rzymskiego, król Herod Wielki nie żył od czterech lat, a przecież Jezus miał się urodzić za jego panowania. Jest jeszcze inna ciekawostka. Otóż astronomowie obliczyli, że w 7. roku przed urodzeniem Chrystusa miało miejsce nałożenie się na siebie Jowisza, Saturna i Marsa. Niektórzy widzą w tym zjawisku Gwiazdę Betlejemską. Jeśli uwzględnimy pomyłkę Dionizego, to wszystko staje się jasne.
– Jak jest z datą dzienną? Czy Jezus rzeczywiście urodził się 25 grudnia?
– Ewangelie na ten temat milczą i data ta jest raczej symboliczna niż historyczna. Chrześcijanie, nie znając faktycznej daty narodzin Chrystusa, wybrali dzień przesilenia zimowego, aby obchodzonemu w tym dniu w Rzymie pogańskiemu świętu narodzin boga Słońca przeciwstawić narodzenie Jezusa Chrystusa, nazywanego „Słońcem sprawiedliwości”, „Światłością świata”. Według innej teorii, jeśli przyjmuje się, iż poczęcie Chrystusa dokonało się 25 marca, kiedy obchodzi się święto Zwiastowania, to Jego narodzenie powinno mieć miejsce 9 miesięcy później, czyli 25 grudnia.
– Jest tradycja pustego miejsca przy wigilijnym stole. Ksiądz wierzy, że gdyby teraz podczas pandemii do naszego domu przyszedł bezdomny, albo człowiek wykluczony ze społeczeństwa z powodu odmienności lub uchodźca zostałby przyjęty?
– W czasie pandemii raczej się izolujemy i bezdomnemu pewnie byłoby trudniej. Może ktoś zdecydowałby się na przekazanie jedzenia na wynos. Poza pandemią też nie jest łatwo. Oglądałem przed laty film dokumentalny „Wędrowcy. Wigilia 2010”. Dokument pokazuje, jak w wieczór wigilijny 12 osób z ukrytymi kamerami chodzi po Warszawie i szuka rodzin gotowych zaprosić ich do wigilijnego stołu. Dziesięciu udało się znaleźć miejsce przy stole, a dwie osoby nie znalazło nikogo, kto by ich przyjął. Co ciekawe, ci, którzy w końcu przyjęli wędrowców, mieli dość nietypowe wigilie, odbiegali od schematu szczęśliwej rodziny zebranej razem przy stole z choinką i kolędami. To nie pierwszy raz, kiedy okazuje się, że najbardziej pomocni są ci, których byśmy o to nie podejrzewali. Tak jak w przypowieści Jezusa o miłosiernym Samarytaninie, kiedy nie pomaga kapłan, lewita, ale obcy, Samarytanin. Dosyć szczegółowo tę przypowieść omawia papież Franciszek w najnowszej encyklice pt. „Fratelii tutti”, czyli „Bracia wszyscy”. Często tam mówi o potrzebie poszerzenia własnego kręgu, tak aby dopuścić do niego innych, obcych, ubogich – to bardzo pasuje do sytuacji przy wigilijnym stole.
– Dlaczego warto dzielić się opłatkiem?
– Treść, która kryje się w symbolu łamania opłatkiem jest wyjątkowa. Jeśli dzielenie się jest świadome i szczere, to jest to rzeczywiście jeden z ważniejszych momentów świąt. Dzielenie się opłatkiem oznacza bowiem zgodę, jedność, przebaczenie, pokój. Święta Bożego Narodzenia to święta pokoju. Wielokrotnie w czasie adwentu pojawia się przypomnienie, że Jezus jest tym, który przynosi ludzkości pokój. Jeśli zatem ktoś szczerze łamie się opłatkiem, przebacza, to bliski jest tym wszystkim ideałom i wartościom, które przynosi Jezus Chrystus, o którym prorok Izajasz pisał – Książę Pokoju.
– Z powodu obostrzeń związanych z COVID-19 nie będzie wizyt duszpasterskich…
– Aby nie narażać zdrowia parafian, biskupi w Polsce w większości odwołali wizyty duszpasterskie. W razie pilnej potrzeby np. osoby niepełnosprawnej, chorej czy starszej, taki kontakt zawsze jest możliwy niezależnie od kolędy. Mamy natomiast zaproszenie do modlitwy w małych grupach w kościołach oraz modlitwy rodzinnej w domach bez udziału księdza. Podobnie jak w przypadku ostatnich świąt wielkanocnych, kiedy w kościołach nie było poświęcenia pokarmów, tylko księża zachęcali, aby samemu pobłogosławić pokarmy, tak teraz mamy zachętę, aby samemu pomodlić się z członkami rodziny. Gdy uczestniczyłem w spotkaniach kolędowych często widziałem wzruszenie podczas wspólnego odmawiania „Ojcze nasz” – miałem wrażenie, że jest to jedyny dzień w roku, kiedy cała rodzina modli się razem. I choć w tym roku nie będzie księży w domach, warto się z rodziną umówić choćby tylko na jedno „Ojcze nasz”. I przy okazji przypominam, że ksiądz nie ma monopolu na kropienie wodą święconą, może to robić każdy.
– Wigilia i święta Bożego Narodzenia symbolizują radość. Jak chrześcijanin ma się cieszyć w tak trudnych, pandemicznych czasach?
– W pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy znane słowa z Księgi Koheleta: „Wszystko ma swój czas. Jest czas rodzenia i czas umierania, czas płaczu i czas śmiechu”. Z drugiej strony różne okresy w życiu ludzkości, nawet wojny, nie były w stanie całkowicie zaburzyć rytmu, który wynika z naszej natury i kultury – zachwiać tak, ale nie całkowicie zaburzyć. Rodziły się dzieci, zawierano małżeństwa, bawiono się na weselach. Teraz mamy święta w czasie pandemii. Nie ma jednej recepty na ich spędzenie i nie wszystko od nas zależy. Część osób będzie w szpitalach zakaźnych bez możliwości odwiedzin. W szczególnej sytuacji będzie także służba medyczna, osoby w izolacji i kwarantannie. Inni, jak co roku, spotkają się w tym samym gronie i będą razem śpiewać kolędy. W jednym i drugim przypadku warto pamiętać o Bogu, który „wszedł między lud ukochany, dzieląc z nim trudy i znoje” – to z kolędy „Bóg się rodzi”. Boże Narodzenie pokazuje Boga, który stał się bliski człowiekowi i to jest podstawowy powód do radości. Warto jeszcze dodać, że radosna nowina o miłości Boga do człowieka jest przeznaczona dla wszystkich, bez wyjątku.
Rozmawiał Paweł Rosicki



3 Responses to "Jezus rodzi się i w stanie epidemii"