Dostał trzy kule w plecy

Pochodzący z Zaleszan koło Stalowej Woli Zbigniew Wilk był pierwszą ofiarą pacyfikacji Kopalni „Wujek” przez zomowców. Fot. Archiwum

39 lat temu byli w Kopalni „Wujek”. Na ich oczach rozegrał się dramat bratobójczej walki zomowców z górnikami, podczas której życie straciło dziewięciu niewinnych ludzi. Tamte wydarzenia odcisnęły się piętnem na całym ich życiu. Do dziś krwawią także serca tych, którzy 16 grudnia 1981 r. stracili swoich najbliższych.

– W Kopalni „Wujek” stan wojenny zaczął się już 12 grudnia. Późnym wieczorem milicjanci przyszli po przewodniczącego związku z naszej kopalni – wspomina Krzysztof Pluszczyk, przewodniczący Społecznego Komitetu Pamięci Górników KWK „Wujek” . – Był 16 grudnia 1981 r. Doszło tam wtedy do masakry górników strajkujących przeciw wprowadzeniu stanu wojennego.

Połamali im nosy i żebra

– Powiedzieli, że było włamanie do siedziby związku i że musi iść – kontynuuje Pluszczyk. – On jednak zorientował się, że coś tu jest nie tak. Nie wpuścił ich i wewnętrzną linią zadzwonił na kopalnię. Kilku górników pobiegło pod jego mieszkanie. Natychmiast zjawili się tak także zomowcy. Górnicy zostali pobici, połamano im nosy, żebra. Przewodniczącego zabrała esbeka. Gdy zmasakrowani górnicy wrócili do kopalni zaczął się strajk.

Odmówiliśmy 49 „zdrowasiek”

Z górnikami w tych tragicznych dniach był także ks. Henryk Bolczyk. Odprawił w kopalni msze święte 13 i 14 grudnia. 15 grudnia sytuacja była już tak napięta, że na eucharystię nie było szans. Byłoby to zbyt ryzykowne, kapłan i górnicy odmawiali więc różaniec. Gdy byli przy 49. „zdrowaśce” ktoś krzyknął „idą!”.
– Wszyscy się rozpierzchli, mnie schowali w jakimś magazynku. Myślałem, że już żywy stamtąd nie wyjdę, ale Bóg miał inny plan. Naszą modlitwę, to ostatnie „Zdrowaś Mario” dokończyliśmy, ale dopiero w 1990 roku, już po odzyskaniu niepodległości – wspomina ks. Henryk Bolczyk.
Około godz. 9 na teren kopalni przybył dyrektor Maciej Zaremba, zastępca szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego płk Piotr Gębka z płk. Czesławem Piekarskim i wiceprezydentem Katowic, Jerzym Cyranem. Kiedy delegacja próbowała zabrać głos, górnicy zaczynali śpiewać hymn państwowy oraz pieśń „Boże, coś Polskę”. O godz. 10 siły pacyfikacyjne zaczęły zajmować wyznaczone pozycje.

Zgromadzili na nas ogromną siłę

Odcięto kopalnię od miasta i o godz. 11 rozpoczęto akcję „oczyszczania przedpola”, czyli rozpędzenia tłumu zgromadzonego przed bramą.
– Zgromadzili na nas ogromną siłę. 22 czołgi, 45 bojowych wozów, kilkadziesiąt wozów milicyjnych, armatki wodne i kilka tysięcy milicjantów – wspomina Krzysztof Pluszczyk. – Zanim do nas dotarli, musieli rozgonić tłum, który bronił do nas dostępu. Ludzie zagradzali drogę własnymi ciałami, wieszali się na lufach. A oni bili i lali zimną wodą z armatek i kobiety, i dzieci. W końcu się przebili. Rzucali na nas ogromne ilości gazu. Niektórzy nigdy nie wrócili po tym do zdrowia. Bito nas i katowano.

Zrywali bandaże, wyrwali dren z płuca

– O tym się nie mówi, ale bestialstwo zomowców było takie, że bili nie tylko górników, ale i personel karetek, które przyjechały na miejsce. Bito lekarzy, pielęgniarki i kierowców. Zatrzymywano karetki wiozące rannych, zrywano im bandaże, jednemu wyrwano dren płuca z klatki piersiowej. Nikt za to nie odpowiedział. Lekarze, którzy byli wtedy w „Wujku” wysłali nawet list do gen. Jaruzelskiego, w którym napisali, że nawet hitlerowcy się tak nie nazywali, ale pozostał bez odpowiedzi.
W pacyfikacji „Wujka” zginęło 9 górników: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk i Zenon Zając, a 21 zostało rannych.
Zbigniew Wilk pochodził z Dzierdziówki koło Stalowej Woli. Zginął od trzech kul wymierzonych w plecy. Osierocił żonę i dwoje dzieci. I choć od czasu pacyfikacji Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w Katowicach minęło już blisko 39 lat, pamięć o tych, którzy wówczas stracili życie jest, ciągle żyje. Serca ich najbliższych rozrywa natomiast jak wciąż niezagojona rana. Kilka tygodni temu siostra Zbigniewa Wilka mówiła o tym podczas odsłonięcia w Tarnobrzegu tablicy poświęconej dziewięciu z „Wujka”.

Byłeś piękną kartą mojego życia

– Stojąc tu, wołam do mojego brata: byłeś piękną kartą mojego życia! Właśnie dlatego nie tylko nigdy nie będę mogła o Tobie zapomnieć, ale będziesz stale obecny w mojej najgłębszej pamięci, jak powód, dla którego się żyje – mówiła Magdalena Pelc.

Zbigniew Wilk, gdy zginął, miał 30 lat

– To, że w ten sposób my jako rodzina czcimy pamięć o dziewięciu z „Wujka”, to jest również szacunek i wdzięczność dla górników, którzy byli ranni, przeżyli i do dzisiaj kultywują pamięć o swoich kolegach – przyznaje Magdalena Pelc. To samo robią także członkowie Społecznego Komitetu Pamięci Górników KWK „Wujek”, którzy co roku starają się odwiedzać groby poległych wówczas kolegów.

Małgorzata Rokoszewska

10 Responses to "Dostał trzy kule w plecy"

Leave a Reply

Your email address will not be published.