
Z rzeszowskim himalaistą Maciejem Bedrejczukiem, uczestnikiem
narodowej wyprawy na K2, rozmawia Jakub Karyś.
JK: Jak to jest? Tlen jest dopingiem czy nie?
MB: Nie mam zielonego pojęcia, naprawdę. Nigdy nie używałem butli tlenowej, nigdy nie miałem maski do oddychania, będąc świadomym, jeżeli nie miałem jakiegoś wypadku. Być może wtedy, gdy nie byłem świadomy, to miałem, ale tlenu nie używałem nigdy.
JK: Powiedział mi Pan, że przecież to są zawodowcy i nie ma szans, żeby nie weszli.
MB: Tak, zazwyczaj nie jeżdżę na wyprawy, gdzie ktoś nam wnosi sprzęt, bo idziemy na trudne rzeczy, niższe, ale jednak takie, gdzie na nartach się zjechać nie da. Na tej wyprawie w 2018 r. mieliśmy trzech albo czterech Szerpów wysokościowych, których zadaniem było pomagać nam w wynoszeniu do góry sprzętu do zabezpieczania namiotów. To byli goście starsi ode mnie o kilkanaście lat, grubo po pięćdziesiątce, zawodowcy, którzy wchodzą na wysokości, mają kondycję i gdy widziałem, jak szybko się poruszają, jak są silni i jaką mają aklimatyzację po poprzednich wyprawach, to było w stu procentach pewne. Droga pierwszych zdobywców, czyli stosunkowo najłatwiejsza do przejścia, która dodatkowo ma rozwieszone haki, stare liny, sprzęt, który można użyć, to jeżeli przyjeżdżają zawodowcy, ludzie którzy mają dużo doświadczenia, bardzo mocne nogi, idą na prostą drogę, to dlaczego mają nie zdobyć tej góry? Przyjechali zawodowcy i zrobili to w pięknym stylu. Przyjechali na początek nie kalendarzowej, ale meteorologicznej zimy czyli z początkiem grudnia, szybko przygotowali drogę, wykorzystali pierwsze okno pogodowe. Na szczycie były osoby, które miały nocleg na wysokości około sześciu tysięcy metrów.
JK: Tak, bo wspinaczka to nie jest tak, że człowiek po prostu idzie do góry – tylko idzie i schodzi.
MB: Tak, zdobywa się aklimatyzację i tak jest w stylu wyprawowym, przez niektórych nazywany oblężniczym.
JK: Dokładnie polega to na tym, że idziecie z obozu A do obozu B położonego wyżej, gdzie powietrze jest rzadsze, siedzicie w tym obozie, aklimatyzujecie się i schodzicie niżej tak, żeby znowu wyjść do góry?
MB: Tak, ale jest jeszcze styl alpejski, gdy zdobywa się górę w ten sposób, że nie zakłada się żadnych obozów, tylko idzie się do szczytu. Ja się wspinam alpejsko i zasada jest taka, że wszystko niesiemy sami jak startujemy w drogę do szczytu i albo się uda, albo się nie uda. A tu w stylu wyprawowym, gdzie grupa ludzi z doświadczeniem, tak naprawdę zawodowców z aklimatyzacją z poprzednich wypraw, nie ma możliwości, żeby nie weszła na tę górę. Założę się, że ponieważ założyli liny, to teraz zabezpieczą wejścia innych osób, sprzedadzą komercyjnie tę górę, bo nie brakuje ludzi, których ja osobiście nie nazywam wspinaczami tylko turystami ekstremalnymi
– ktoś przygotowuje im liny, namiot, wszystko wnosi, a oni mają tylko wejść jak po łańcuchach, jak po ścieżce w Tatrach. Tak to się odbywa, a to, że teraz poszli ci Nepalczycy, to strzał w dziesiątkę z uwagi na pandemię. Jest ograniczenie wypraw i tak jak u nas w sporcie widać, wszystko kuleje, tak i u nich na pewno wyprawy też troszkę kulały i idę o zakład, że było ich dużo mniej, więc wykorzystali idealny moment, żeby ładnie się zareklamować, no i zdobyli pięknie szczyt.
JK: Pięknie, dokładnie tak, dziesięciu facetów czekało na siebie, a jeden z nich nawet był bez tlenu. To niech mi pan powie, dlaczego tak po prostu nie wzięli i nie zdobyli tych szczytów wcześniej?
MB: Ale dlaczego? Oni są w pracy, oni nie mieli ambicji sportowych, oni mieli ambicje zawodowe, czyli wchodzą z kimś za pieniądze, a tutaj akurat marketingowe cele były najważniejsze i zdobyli tę górę. Jeżeli mówimy o wybitnych przejściach, Złotym Czekanie, o takich najlepszych przejściach wspinaczkowych, no to Szerpów nie ma nigdzie, bo to są inne cele. Gdyby jakikolwiek Szerpa zechciał skompletować koronę bardzo szybko, jeżeliby tylko znalazł sponsorów, to takich ludzi, którzy są w stanie czegoś takiego dokonać na łatwych drogach jest bardzo wielu.
JK: Rozumiem, że te trudne drogi zarezerwowane są dla ekspertów, himalaistów, alpinistów.
MB: Tu już trzeba być pasjonatem, żeby iść i wie pan co, na K2 zimą byliśmy, żeby zdobyć ten szczyt, ponieważ nie był jeszcze zdobyty zimą, więc poszliśmy najłatwiejszą drogą, ale to nie jest najwyższej klasy himalaizm i alpinizm. Ja nawet dzisiaj odświeżyłem sobie informacje, jakie przejście na K2 mi się w ostatnich latach najbardziej podobało i to było latem. Himalaiści rosyjscy weszli, pokonując piękną, wcześniej niepokonaną zachodnią ścianę, na której nie było żadnej drogi. Wytyczyli direttissimę, czyli drogę biegnącą terenem możliwie najbliższym linii spadku z wierzchołka. Na zachodniej ścianie K2 jest to teren skalny o dużych trudnościach technicznych. W wyprawie uczestniczyło 18 himalaistów i 11 stanęło na szczycie. To było w 2007 roku, wytyczyli tak piękną, tak trudną drogę i później całą bandą weszli na samą górę.
JK: Trochę tak jak Szerpowie. Ja dlatego zacząłem od tego tlenu, bo dwóch najbardziej znanych polskich himalaistów, czyli Adam Bielecki i Dennis Urubko, wypowiedziało się troszkę lekceważąco o tym sukcesie.
MB: To jakiś żal, że jednak góra zdobyta, aczkolwiek słyszałem także opinie od Adama tuż po naszej wyprawie, że chciałby, żeby ta góra została zdobyta, żeby zająć się innymi celami.
JK: Myśli pan, że to żal? Że: to nie ja, chociaż byłem już tak blisko?
MB: Być może, nie wiem tego, natomiast kwestia stylu w tym wypadku nie ma żadnego znaczenia. Byli pierwsi w zimie, koniec kropka.
JK: No gdyby to było takie proste, można było to zrobić przez 40 poprzednich lat, prawda? Z tlenem.
MB: Można było, ale nigdy nie było takiej tendencji na zdobywanie szczytów zimą i niewielu do tego ciągnie. Liczy się dojście na szczyt, żeby jakąkolwiek drogą w możliwie najlepszych warunkach, a zdobywanie zimą no to troszeczkę polski pomysł i prawdopodobnie tych, którzy będą wciąż zdobywać ośmiotysięczniki zimą będzie niewielu.
JK: No to już tych niezdobytych nie ma. Może to dobrze, bo w tym tygodniu było tutaj, u nas -17 stopni – zimno jak cholera, tego się przecież nie da porównać z zimą na K2 na 7200 m n.p.m.?
MB: Wie pan, jak jest zimno, to jest po prostu zimno (śmiech). Ja też się uczyłem tego typu zimy i zdarzyło mi się być w Tatrach w tak niskich temperaturach, że nikogo nie było na wspinaniu, bo było tak cholernie zimno. Trzeba się szybko poruszać, radzić sobie z tym zimnem. Organizm potrafi się do niskich temperatur ładnie zaadaptować. Trzeba dbać o termikę.
JK: Co to znaczy dbać o termikę?
MB: Trzeba bardzo pilnować, żeby nigdzie nie marznąć, żeby krew wszędzie dopływała – ja akurat pilnuję, żeby serce pracowało w takim rytmie, żeby ta krew ładnie dopływała. Nasz największy himalaista, Jurek Kukuczka, na swojej pierwszej wyprawie na McKinley poodmrażał się cholernie i koledzy w szpitalu powiedzieli, że on w ogóle nie nadaje się do gór wysokich, a on się potem nauczył nie odmrażać i już nigdy się nie odmroził. Znane jest takie powiedzenie wśród wspinaczy, że odmrażają się tylko głupi no i tyle. Trzeba się nauczyć pilnować własnego ciała, żeby ciepło nie uciekało, a jeżeli się je traci, to żeby je pozyskiwać. Po prostu temperatury trzeba pilnować cały czas.
JK: Wróćmy na K2. Siedzieliście tam 80 dni, dlaczego wam się nie udało?
MB: Z różnych względów. Jakbym miał powiedzieć, to jest ich dużo, przede wszystkim nie byliśmy tak mocną ekipą jak ci Nepalczycy i to nie ulega żadnej wątpliwości.
JK: Nie mieliście tlenu…
MB: Nie, nie używaliśmy tlenu, nawet nie zakładaliśmy użycia tlenu, ale Krzysiu Wielicki, kiedy wyprawa zmierzała ku końcowi i był już ostatni gwizdek, zadał proste pytanie, gdy aklimatyzację taką w miarę wystarczającą miał Bielecki i ja tak odrobinę, ale nie wystarczająco na zdobycie szczytu, Krzysiu zapytał, czy pójdziemy z tlenem i odpowiedź brzmiała: nie.
JK: Siedzieliście i padało pytanie, czy ty idziesz, czy ty idziesz, czy ty idziesz… i każdy mówił, ja już byłem, ja tu poręcze zrobiłem, ja tu w zasadzie się nie nadaję i wszyscy zrezygnowali i wtedy Wielicki zakończył wyprawę.
MB: Przyczyn było wiele, naprawdę, ale nie chcę tego roztrząsać. Ja osobiście po każdej swojej porażce, nie tylko w Himalajach, jeżeli cel jest odrobinę dla mnie ważny, zawsze się zastanawiam jakie błędy ja popełniłem i mógłbym wymieniać, gdzie akurat zawiniłem, co mogło wpłynąć na to, że mogło być lepiej, ale innych nie chcę oceniać, tylko siebie.
JK: A jak pan patrzy teraz z perspektywy czasu, to bardziej wam „przeszkodził” Mackiewicz i Revol, czy samowola Urubki.
MB: W momencie kiedy zdarzył się wypadek Tomasza i Elisabeth, nadchodziło wielkie załamanie pogody. I tak wtedy nie mogliśmy działać, więc za dużego wpływu to na naszą wyprawę nie miało.
JK: Nadszarpnęło siły niewątpliwie.
MB: No i jakieś się tam pojawiły kwasy, o których nie chcę wspominać.
JK: Pojawiły się kwasy, bo jeden został. Zawsze w takiej sytuacji będzie pytanie, czy można było iść, do dzisiaj one są, ale to chyba nie była decyzja ani Urubki, ani Bieleckiego – to tak naprawdę była decyzja Elisabeth Revol, to ona powiedziała, nie ma sensu iść.
MB: My nie szliśmy po Mackiewicza, nie było takich szans. My zapytaliśmy w momencie, kiedy zdarzył się wypadek, czy jest szansa, żebyśmy poszli po Mackiewicza, bo żeby pójść wyżej aklimatyzację miałem wystarczającą ja, odrobinę Kaczkan, Bielecki i Urubko, ale Wielicki od razu podkreślił, że nie ma takiej możliwości, żebyśmy poszli wyżej, dlatego że nie będziemy mieć siły i możliwości, żeby go opuszczać, kiedy jest nieświadomy, że nie wiadomo czy jeszcze w ogóle żyje, a ryzyko jest gigantyczne dla całej ekipy, która by poszła. A do mediów trafiły jakieś niefajne informacje, że może jeszcze raz pójdziemy po Tomka Mackiewicza. Taki kwas.
JK: Pamiętam taką wstrząsającą scenę z filmu z waszej wyprawy, jak siedzicie wszyscy w namiocie, w bazie i wchodzi Szerpa z tortem, na którym są 3 świeczki, stawia ten tort na takim prowizorycznym stoliku i mówi: gratuluję fantastycznej, udanej akcji…, a Tomka Mackiewicza niech Pan ma w swojej opiece. I ktoś w tym momencie gasi tę jedną świeczkę.
MB: Dla nas wszystkich to były kontrowersje, czy w ogóle nagłaśniać i cieszyć się z sukcesu, bo jedna osoba została na górze, no i Go nie ma. Elisabeth Revol zeszła, a niektórzy mówią, że z partnerem zostaje się do ostatniego oddechu i nawet jeszcze dłużej. Ja nigdy nie stawałem przed takim wyborem. Obym nigdy nie musiał.
JK: Co jest w tych górach, że Tomasz Mackiewicz siedem razy próbuje wejść na Nanga Parbat i to jest jedyna góra, którą tam zdobywał. Nie próbował wejść na bardziej znane góry, na Mount Everest, na K2, kompletnie go to nie interesowało. Miał obsesję Nangi – dlaczego, co to jest, jak to działa?
MB: Nie mam pojęcia. Ja akurat boję się atakować cel, z którego… zrezygnowałem. No nie udało się i koniec.
JK: Nie wiemy, czy się jemu nie udało. Adam Bielecki powiedział, że weszli…
MB: Nie wiem i nie ma to znaczenia dla mnie osobiście. A dlaczego ten sam szczyt? Może troszeczkę był pokręcony. Myślę, że chyba każdy człowiek jest troszeczkę pokręcony, wspinacze zwłaszcza.
JK: Wróćmy do Waszego K2 i wprost zapytam, poszlibyście na górę, gdyby Denis nie wyrwał się sam i gdyby poczekał na to okno pogodowe, gdyby poczekał na ten marzec. Albo inaczej, nie ma Pan żalu dla niego, że jeszcze chwila i zrobiłoby się okno pogodowe i mogliście wejść.
MB: Zdecydował jak zdecydował, ja osobiście nie mam do niego żadnego żalu. Tak zdecydował i tyle. Ja tam podchodziłem akurat w tym czasie z Kaczkanem, aby poprawić swoją aklimatyzację, a on nas minął, wyprzedził, nie chciał radia, bo chciał na lekko iść. Mnie osobiście jego decyzja nie drażniła.
JK: Przybiliście piątkę i powiedzieliście sobie nawzajem dobre słowa – trzymaj się, powodzenia, ale on odmówił rozmowy z Wielickim, który był wtedy przy radiu – słyszał go i odmówił, więc to nie było na miękko, to nie było przyjaźnie, między Wami może tak, ale z kierownikiem wyprawy – wojna.
MB: Zdecydował, jak zdecydował. Bardziej drażnią mnie moje własne błędy.
JK: Nie myśli pan, że Urubko przeszarżował i gdyby poczekał, to byłaby szansa i Pan też by mógł pójść? Denis, Adam i Pan? Teraz z perspektywy czasu, mamy 2021 rok, właśnie K2 zostało zdobyte zimą, mogło zostać zdobyte zimą przez polskich alpinistów, którzy 80 dni czekali, żeby tam wejść.
MB: Mogło, ale nie zostało. Wie pan co, ja odrobinę poczytałem książki i w stosunku do poprzednich pokoleń, które przed nami jeździły w te wysokie góry, obecne pokolenie jest kilka poziomów niżej. Gdy Kukuczka kompletował koronę 8 tysięczników to zawsze starał się to robić z ambicją sportową albo nowymi drogami, czasem bardzo szybko. Gdy robił takie wejście jakąś już istniejącą drogą, to dlatego, że zdobywał w zimie, kiedy nikt nie jeździł, a my co? Pojechaliśmy na drogi, które już istnieją ubezpieczyć je z powrotem i nie wspinać się. Żeby himalaizm się pięknie rozwijał, to potrzebujemy nowego pokolenia, albo to musimy troszeczkę powiększyć o ludzi, którzy są mocni technicznie i celem nie jest kolekcjonowanie szczytów i przejścia drogami, które już są – tylko wytyczanie nowych ścieżek, gdybyśmy mieli mocną ekipę, tylko nie mamy aż tak mocnej ekipy. Tak jak Rosjanie pokonali zachodnią ścianę K2. Tak ja bym widział taką wyprawę – chciałbym zdobyć ścianę, która jest niezdobyta, wytyczyć nową ścieżkę, to jest piękny cel sportowy, a nie kolekcjonerstwo: być pierwszym, szybszym, zjechać na sankach, jabłuszku czy na czymś innym.
JK: Poszedłby pan z tlenem?
MB: Zadawałem sobie też to pytanie, jakbym odpowiedział, gdyby wszyscy koledzy wtedy na pytanie Wielickiego gremialnie nie odpowiadali, że nie idą z tlenem, gdybym tego nie słyszał w tle. Nie mam pojęcia i ciężko mi teraz powiedzieć, a przecież zastanawiałem nad tym wielokrotnie… . Wie pan, ja nigdy nie używałem tlenu, nie wiem jak jest, choć koledzy mówili, że pomaga dużo. Nawet bodajże w czasie pierwszego wyjścia Wielickiego na Everest, podczas ostatniego noclegu w namiocie, z tego co pamiętam odkręcali troszeczkę tlenu, żeby złapać trochę powietrza, bo jednak na górze brakuje tlenu i tyle.
JK: Co jest takiego w tym chodzeniu po górach, niech mi pan powie. Że pan sobie stanie na szczycie i popatrzy?
MB: No właśnie to jest dziwne, bo próbuję od lat znaleźć na to odpowiedź i co kilka lat ta odpowiedź się zmienia. Albo wyzwanie, później kontakt z ludźmi, którzy są fajni, albo poznawanie przyrody i myślę, że każda z tych motywacji jest okej. Każdy ma inną. Niektórzy mają taką, że to rywalizacja ale ja nie wiem, czy rywalizacja akurat tutaj jest najważniejsza. To jest trudny do zdefiniowania sport, bo w piłce nożnej możemy wprowadzić jakieś reguły i ich przestrzegać, a w himalaizmie, alpinizmie no jakie są zasady – wejść na szczyt, pokonać jakąś drogę, ale do tego jest masa naszych wewnętrznych ograniczeń, więc de facto ja siebie uważam za mistrza świata, tylko że w mojej kategorii mogę wystartować tylko i wyłącznie ja (śmiech).
JK: No tak, ale żeby obcować z ludźmi albo przyrodą, to można iść w Bieszczady na Połoninę Wetlińską, a niekoniecznie w Himalaje i odmrozić sobie pół twarzy. Coś w tym jest takiego, jak te siedem razy Tomasza Mackiewicza.
MB: Trzeba lubić wchodzić, pokonywać ściankę. Ja jako kilkulatek wchodziłem na drzewa, wtedy się zaraziłem wchodząc na te drzewa i tak już zostało. Trzeba lubić pokonywanie trudności, specyficzny jest ten sport, a to że w ogóle siedzimy teraz i rozmawiamy, wynika z tego, że ludzie, którzy jeżdżą na te ośmiotysięczniki zainspirowali innych. Ludzie po prostu chcą wiedzieć, że robimy fajne rzeczy.
JK: A nie wydaje się panu, że to dosyć ekstremalna zabawa, to znaczy krótko mówiąc, nie spodziewamy się raczej po turnieju tenisowym Australian Open, że ktoś w trakcie zginie, a tutaj ryzyko jest wielkie, tu są takie wyzwania na zasadzie być albo nie być i to nie jest żart, to nie jest zabawa
MB: Trochę jest… (śmiech)
JK: Mówi pan to z punktu widzenia człowieka, który siedział w zimie na K2 i prawie go tam trochę dotykał ręką i który potem poszedł na Rysy i wpadł pod lawinę.
MB: Trzeba słuchać własnych przeczuć. Ten wypadek, który miałem, był niefajny. Ale trzeba pogodzić się z tym, że się nie wróci.
JK: Nawet z Połoniny Wetlińskiej?
MB: No dokładnie. Niech mi pan powie, czy większość ludzi, mając kontakty ze sobą nawzajem, zastanawia się, czy ja z tym kimś nie rozmawiam po raz ostatni, czy może jednak gdybym wiedział, że po raz ostatni, to ta rozmowa przebiegałaby inaczej, albo ten kontakt przebiegałby inaczej. Ta świadomość, że czasem mamy takie sytuacje, które sprawiają, iż takie rozważania się w głowie włączają sprawiają, że mamy czas na przemyślenie własnej osoby i tego co robimy.
Inni tego nie robią, nie mają tej szansy, a potem ktoś wpada pod samochód i koniec kropka – nie ma.
Już w poniedziałek dalszy ciąg
rozmowy z Maciejem Bedrejczukiem:
Jak doszło do dramatycznego wypadku na Rysach?
Co dalej z zimowym wejściem na K2? oraz
Dlaczego wspinaczka jest jedynym prawdziwym sportem?



2 Responses to "Jestem mistrzem świata…część 1"