
W Republice Środkowoafrykańskiej znowu wrze. Gdy 27 grudnia 2020 r. zorganizowano wybory prezydenckie, grupy rebelianckie połączyły siły i rozpętały się krwawe walki. W ich sercu znalazł się pochodzący z okolic Niebylca misjonarz. Do klasztoru, w którym przebywa, schroniły się tysiące osób. Brat Benedykt Pączka ani myśli uciekać. Opowiada nam, dlaczego został, jakie ma antidotum na wojnę i o cudzie narodzin w „obozie dla uchodźców”.
– Jak spędził brat swoje 44. urodziny?
– Takich urodzin jeszcze nie miałem! 9 stycznia o godzinie 11 usłyszeliśmy strzały. Rebelianci zaatakowali bazę wojskową Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie stacjonuje kilkuset żołnierzy. To druga tak duża baza w RCA. Najpierw zaczęli strzelać, na horyzoncie pojawiły się dwa helikoptery bojowe, a później ze stolicy przyleciały mirage – samoloty myśliwskie. Ktoś mi powiedział: „Benek, ale miałeś urodziny! I sztuczne ognie były, i samoloty. To wszystko kosztuje!” (śmiech). A tak poważnie, z tego, co mi wiadomo, to to był pierwszy w historii taki szturm na bazę wojskową. Już wtedy w klasztorze było nas bardzo dużo, ale po tym ataku przyszło jeszcze więcej ludzi.
– Dwa tygodnie temu pisał brat o 2,5 tys. osób, które szukały schronienia. Dziś jest ich grubo ponad 3 tys. Skąd uciekają ci ludzie, kim są?
– Uciekają z miasta. W Bouar, w którym my żyjemy, mieszka ok. 40 tys. ludzi. Gdy słyszą wystrzały albo wybuchy granatników, uciekają, bo się boją. Są cztery miejsca, w których się gromadzą – katedra, nasz klasztor [Braci Kapucynów], parafia fatimska i klasztor św. Eliasza.
– Jak sobie radzicie z takim tłumem?
– Zorganizowaliśmy ekipę świeckich wolontariuszy – ok. 15 – 20 osób – którzy zajmują się porządkiem, wodą, jedzeniem, sanitariatami, czy opieką zdrowotną. My to wszystko nadzorujemy. Jeśli brakuje leków, to jedziemy je kupić. Jeśli nie ma wody, dzwonimy do wojska, żeby ją przywieźli. Z kolei od Światowej Organizacji Żywienia dostaliśmy 4 ciężarówki żywności. Pomoc z Polski też jest potrzebna. Dziś zrobiliśmy pierwszy zakup leków, na który wydałem ok. 2,5 tys. zł. To dopiero pierwszy etap, ale jest zimno, ludzie chorują, są przeziębieni. Oprócz tego pod moją opieką jest ok. 60 – 70 dzieci ze szkoły muzycznej, którzy wraz z rodzicami przenieśli się do klasztoru. Od dwóch tygodni zapewniamy im 3 posiłki dziennie, leki i ubrania. Zamierzam też zamówić koce. Pomoc jest bardzo potrzebna, jeśli ją otrzymamy, na pewno jej nie zmarnujemy! A konflikt może jeszcze potrwać.
– Można przewidzieć, jak długo?
– Rozmawiałem dziś z polską siostrą. Stwierdziliśmy, że raczej szybko się to nie skończy…
Rebelianci nie opuszczają miasta, ale na razie nie atakują ludności cywilnej. Nie wiadomo, jakie mają plany, natomiast dopóki tu będą, nic nie będzie funkcjonowało. Szkoły stanęły. Sklepy są pozamykane. Ludzie boją się je otwierać, bo nie wiadomo, kiedy dojdzie do walk. Przed dwoma tygodniami byliśmy na budowie. 10 murarzy pracowało, dzieci przyszły do stołówki i nagle zaczęła się naprawdę poważna strzelanina! Wszyscy się przestraszyli, zaczęli uciekać. Tylko kucharka została tam sama z dziećmi. Kiedy się dowiedziałem, musiałem po nią pojechać. Po drodze spotkałem rebeliantów.
– Puścili brata?
– Chciałem przejechać przez główne rondo w mieście, a oni już się przygotowywali do walki. Zatrzymali mnie. Wyszli do mnie z kałasznikowami i powiedzieli: „Uciekaj stąd!”. 5 minut później rozpoczęły się potyczki pomiędzy rebeliantami a wojskami rządowymi, którym trochę pomogłem (śmiech). Szli w ich stronę i zapytali mnie: „Gdzie są?” „Na rondzie” – odpowiedziałem. Kolejne pytanie: „Ilu ich widziałeś?” „Około pięciu” – odparłem, bo reszta już się ukrywała.
– Trafił brat w samo centrum wydarzeń!
– Ale oni nie mieli czasu, żeby mnie zatrzymać, zabrać samochód czy okraść, i bo zajmowali się czymś innym. Wcześniej tego dnia niektórzy zginęli, byli ranni. Zostawiłem samochód w katedrze, która jest blisko budowy naszej szkoły muzycznej i dalej ruszyłem na piechotę, żeby dotrzeć do tej mamy. A tam widok dzieci leżących pod ławkami… Weszliśmy do rowu i siedzieliśmy tam 1,5 – 2 godzin, czekając, aż wszystko się skończy. Walczący mieli wyrzutniki, granatniki, poważną broń! Kiedy wybuchy były bardzo blisko, to aż się ziemia trzęsła. Strasznie mi wtedy serce waliło. Lecące kule mogą przecież zboczyć. Zresztą z ich powodu niektórzy zostali ranni.
– 7 lat temu relacjonował brat walki w Republice Środkowoafrykańskiej. Rebelianci zaatakowali klasztor, potem go ograbili, a w okolicznej wsi z zimną krwią zabijali tych, którzy zostali. Nie uciekł brat ani wtedy, ani teraz. Dlaczego?
– Wtedy na pewno było bardzo groźnie, ponieważ byłem „świeżym” misjonarzem. Wiedziałem, że jest rebelia, ale chciałem przyjechać. A żyjąc z tymi ludźmi, nie mogłem ich zostawić, bo serce by mi pękło. To tak jakby ktoś spowodował wypadek, czy go zauważył i przejechał. Widzisz ludzi, którzy cierpią, potrzebują cię. Jesteś biały i oni mają ufność w to, co robisz, bo możesz im pomóc, coś im przywieźć, poprosić kogoś o pieniądze albo zainterweniować, żeby wojsko przyjechało. Nie można ich porzucić.
– Jest brat jedynym białym zakonnikiem w klasztorze, który może być łatwym celem np. w przypadku porwania dla okupu. Zresztą rebelianci już raz brata poturbowali.
– Porwanie raczej nie… chociaż Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegało mnie, żebym na to uważał. Ale bez przesady, szybko biegam (śmiech). Mamy specjalne drzwi antywłamaniowe i w razie zagrożenia po prostu wiejemy. 7 lat temu dwa razy zostałem na miejscu i najadłem się strachu, bo było bardzo niebezpiecznie. Dziś wiem, że trzeba uciekać!
– Jesteście pewni, że do klasztoru nie przyjdą?
– Na 90 procent, lecz to się okaże. Dwa dni temu na nasz teren wjechało na motorze dwóch rebeliantów z bronią. Wybuchła ogromna panika. Pewnie chcieli zrobić rozeznanie. Myślę, że mogliby przyjechać tylko po to, żeby coś ukraść – samochody czy motory, które ludzie rozstawili. Choć nie sądzę. Niedaleko jest duża baza wojsk ONZ i od razu byłaby ich reakcja.
– Wśród tych wszystkich dramatycznych emocji wydarzył się i cud narodzin… Jak się ma mały Benedykt Wawrzyniec?
– Dobrze! Kiedy jego mama przyszła do nas w zaawansowanej ciąży, zapytałem: „A pani w którym miesiącu?”, a ona mówi: „W ósmym”. Pomyślałem: „Jeszcze nic z tego”, a tu ona już urodziła chłopca. Przyszedłem do nich, zrobiłem zdjęcia i padło pytanie: „Jak ma mieć na imię?” „Jak to jak? Benedykt! Wiadomo!”- stwierdziłem (śmiech). Na drugie dostał Wawrzyniec, bo to patron naszego klasztoru.
– Mama się zgodziła?!
– Od razu! Wie, że Benedykt zawsze pomoże (śmiech). Opiekujemy się dzieciątkiem. Ma je zobaczyć lekarz, bo tak naprawdę urodziło się w lesie, za murem – na ziemi, tylko na kocu. Kobieta poszła sama urodzić, a potem wróciła z dzieckiem. Zapytałem: „Kto przeciął pępowinę?”. „A szła jakaś kobieta” – odparła. Przenieśli się do budynku. Kupiliśmy jej mydło, proszek, jedzenie. Myślę, że będzie dobrze.
– Zwłaszcza gdy słychać śpiew. Co daje muzyka, gdy wokół świszczą kule?
– Te strzały zbombardowały nas psychicznie. Człowiek nie ma siły, żyje w niepewności. Cieszę się, bo wszyscy moi czterej wolontariusze są teraz ze mną. Mamy 40 dzieciaków i zajmujemy je muzyką, prowadzimy lekcje, robimy grupy koncertowe, zorganizowaliśmy koncert dla ludzi, którzy są z nami. To sposób na to, żeby zapomnieć, złapać oddech. Muzyka jest lekarstwem na blizny.
– Dlaczego akurat w Afryce, a do tego w tak niespokojnym kraju stworzył brat szkołę muzyczną?
– Myślę, że to świetny pomysł dla tego kraju. Proszę sobie wyobrazić dzieci, które są z nami. Niektóre mają po 18 – 20 lat i nie idą do grup rebelianckich. To taki mały początek, że zamiast broni biorą w swoje ręce instrumenty. Poza tym szkoła muzyczna to edukacja. Muzyka to coś poważnego, tu trzeba myśleć. Chcemy, żeby dzieci kilka godzin dziennie ćwiczyły, czytały nuty. Mnóstwo ludzi chce się zapisać do szkoły muzycznej, rodzice widzą, jak ich dzieci się rozwijają, osiągają coraz wyższy poziom. To ich antidotum na wojnę.
Kilka tygodni temu graliśmy koncert dla 101 więźniów w Bouar. 27 grudnia wszyscy zostali uwolnieni przez rebeliantów. Więzienie zostało puste. A ostatnio słyszałem, że szefem rebeliantów, którzy jest… jeden z byłych osadzonych. Słuchał nas, słuchał. Jeśli się się spotkamy zawsze można się odwołać do tego, że byliśmy u nich, śpiewaliśmy, razem tańczyliśmy (śmiech).
– A czy widział brat swoich uczniów z karabinami?
– Nie słyszałem, żeby któryś z moich podopiecznych poszedł w złą stronę, natomiast mam ucznia, którego brat był rebeliantem. Często opowiadał, że bardzo za nim tęskni i nie chce skończyć jak on. Dlatego chodzi do szkoły, śpiewa, rapuje, nagrywa piosenki.
– Dlaczego Afryka? Ewangelizować można też w Polsce.
– Tak, byłem tam bardzo szczęśliwy. Nawet płakałem, wyjeżdżając. Musiałem zostawić przyjaciół, wszystkie akcje, które organizowałem. Po 7 latach widzę jednak tutaj swoje miejsce. Nie zamierzam opuszczać Afryki i chcę dokończyć to, co zacząłem, bo uważam, że moja obecność tutaj jest bardzo ważna dla mnie samego i dla ludzi. Gdybym teraz wyjechał, nie wiem, kto by pociągnął projekt szkoły muzycznej. To piękne dzieło. Pierwsze kroki do zmian. Do tego, żeby mieć dobrych muzyków, śpiewać o pokoju i iść z tym do ludzi. Chcemy dać im wykształcenie, bo oni mają talenty, ale nikt na to nie zważa.
– Czego brat nauczył się od Afrykańczyków?
– Prostoty. Mimo że pochodzę z biednej rodziny z Konieczkowej, nauczyłem się dziękować Panu Bogu za to, co jest. Kiedy przyjeżdżam do domu, bracia narzekają: „Nie ma tego, tamtego”. A ja pytam: „Mamo, co dziś przygotowałaś do jedzenia?”, a potem odpowiadam: „Świetnie, dziękuję”. Czasem się denerwuję się, bo jest woda gazowana, niegazowana czy inna. A ja po prostu chcę się napić wody.
Kolejna ważna cecha to cierpliwość. Tu trzeba być cierpliwym. Słyszę: „Jeśli nie dziś, to jutro, może za tydzień…”, podczas gdy ja działam od razu! A tu kolejny tydzień nic nie możemy zrobić, a ja chciałbym dokończyć prace przy budowie szkoły, bo w czerwcu, po 2 latach, przyjeżdżam na wakacje. Planuję zabrać troje dzieci i zrobić trasę koncertową po Polsce, pokazać, jak grają, czego się nauczyliśmy. Dziś pozdrawiam moich rodaków z ziemi rzeszowskiej. Dziękuję za pomoc oraz pamięć!
Rozmawiała Wioletta Kruk



One Response to "Śpiewaliśmy dla szefa rebeliantów"