
Jest tylko jeden prawdziwy sport – wspinaczka. Wszystko inne to są gry. Z rzeszowskim himalaistą Maciejem
Bedrejczukiem, uczestnikiem narodowej wyprawy na K2, rozmawia Jakub Karyś.
JK: Jak doszło do wypadku na Rysach?
MB: To była błędna decyzja, żebyśmy tam poszli, w najgorszym momencie…
JK: Ja słyszałem taką legendę: piękna pogoda i dwóch doświadczonych himalaistów idzie sobie na Rysy na spacerek.
MB: No nie na spacerek – myśmy chcieli wtedy przejść granią Tatr zimowo, w stylu alpejskim, więc wszystko dźwigaliśmy na swoich plecach i chcieliśmy przejść kawałek, żeby odpowiednio dobrać sprzęt, bo wtedy na starcie zakładaliśmy, że nasze plecaki będą ważyć ponad dwadzieścia kilogramów, więc dla nas każdy gram był istotny. To była próba i zakończyła się tak naprawdę na podejściu i że poszliśmy na Rysy, kiedy nie powinniśmy, kiedy było lawiniasto, niby niski stopień zagrożenia lawinowego, ale wiał wiatr, zrobiły się depozyty śniegu, to wpakowaliśmy się w niefajną rzecz.To jest zagrożenie obiektywne, na które nie mamy wpływu i boję się takich zagrożeń, że może mnie w górach załatwić piorun, może być to lawina. Najbardziej się spodziewałem i bałem kamieni, bo czasami latają kamienie i jak się takim głazem dostanie, on potrafi zabić od razu, więc kamienie wielokrotnie widziałem i tego się bałem, ale nie spodziewałem się, że może załatwić mnie śnieg i zdarzyło się, że to był śnieg.
JK: Jak to jest, że idzie Pan i…
MB: Wie Pan co, ja w trakcie wypadku, jak już leciałem w lawinie, ponieważ kardynalny błąd popełniłem i nie miałem ubranego kasku, a uderzyłem głową w jakąś skałę i trochę mi to urwało pamięć. Później podawano mi takie środki, że codziennie dowiadywałem się na nowo, że miałem wypadek, no i po kilku dniach od wybudzenia, jak już miałem świadomość, że będę pamiętał, to żona mi dała telefon i zadzwoniłem do kolegi, z którym wtedy byłem. Zadzwoniłem zapytać, co się stało, jak to wyglądało. Jak mi zaczął opowiadać jak lecimy w lawinie i walczymy o tlen, to ja to całym sobą poczułem. To jest niezwykłe, że mi się przypomniało, że jak się leci w lawinie, to człowiek tonie i jest walka o powietrze.
JK: Ale jak to jest, idzie Pan i…
MB: …i strzela, to jest moment i już.
JK: Jakieś przeczucie?
MB: Wie Pan co, w trakcie, jak szliśmy na wspinaczkę, czasem takich przeczuć słuchałem, czasem nie. Jak szliśmy wtedy na Rysy, nie miałem żadnych. Wyspałem się, nie było to ekstremalne sportowo, że musimy przejść bardzo szybko. Celem było sprawdzenie różnych rzeczy i jak przed każdą praktycznie wspinaczką tym razem ciężko zasnąć, to tym razem nie było nic, bardzo dobrze mi się spało, a jedyne przeczucie jakie miałem, to tuż przed mnie tknęło, że coś jest nie tak.
JK: Ale to takie racjonalne, że jest lawiniaście, bo pogoda, bo coś tam, ale nie takie, że, ja wiem… czarny kot przebiegł drogę.
MB: Tak, racjonalne, ale Wojtek Kurtyka nasz najwybitniejszy alpinista, który zrobił takie przejścia, że nawet w obecnych czasach, gdyby ktokolwiek pokonał jedną z tych dróg, dostałby Złoty Czekan, a na żadnej jego wyprawie nikt nie zginął. Kurtyka podkreślał, że było więcej wyjazdów, na których się nie udało, na których go tknęło, miał przeczucie i rezygnował. To jest ciekawe, że nikt nie zginął – prawda?
JK: Powiedział Pan, że jest tylko jeden prawdziwy sport – wspinaczka. Wszystkie inne to są gry.
MB: Tak, to prawda, bo gry jak piłka, szachy, pływanie to też niby sport – ale dyscypliny mierzalne. A tu nie, tu jest cel, którym jest znalezienie nowej drogi albo wytyczenie szczytu i tyle i sama góra jest naszym celem. Tu nie walczę z przeciwnikiem, ja walczę z górą.
JK: I samym sobą… I dla siebie samego jest Pan mistrzem świata.
MB: Dokładnie, bo w mojej kategorii nie ma nikogo innego, nikt nie trzyma się tych zasad, które ja sam sobie wyznaczam i ich przestrzegam. Każdy, kto jeździ w góry i coś zdobywa jest mistrzem świata. To taki specyficzny sport. Ciężko dać jakiekolwiek nagrody, bo za co. To specyficzny sport, który jest sportem, a nie grą.
JK: Jakieś marzenie, górskie marzenie? Góra gór, czyli K2 jeszcze raz?
MB: Oj nie. To, że tak powiem, nie jest moja bajka.
JK: Jak to K2 to nie Pana bajka?
MB: Styl wyprawowy. Może mi się kiedyś spodoba, ale dzisiaj wolę styl alpinistyczny, gdzie startuję i albo mi się uda, albo mi się nie uda. W tej metodzie przyszłość jest naprawdę dużo większa, tylko trudniej zainteresować tym ludzi niezwiązanych ze sportem.
JK: Ale gdzie tym stylem alpinistycznym, jakie to jest marzenie? Takie marzenie życia, stanąć na górze, jakiej?
MB: Nie mam. Cieszę się tym, co mam przed oczami, tym, co dostrzegam, co widzę, co się wkrótce będzie działo w moim świecie wspinaczkowym i okołowspinaczkowym, i z tego czerpię radość i satysfakcję, ale nie mam dalekosiężnych planów. Pójdę z prądem, teraz zbliżają się zawody, które chcemy zorganizować, dzisiaj będzie spotkanie w tym celu, być może pojadę w Tatry, a być może nie, czas pokaże.
JK: To nie jest tak, że stara się Pan chodzić po górach raz w tygodniu?
MB: Nie, akurat nie, różne to bywa. Jeśli chodzi o swoje wspinanie, to mam czasami delikatny kryzys i mi się nie chce. Teraz chce mi się trenować, ale nie chce mi się marznąć. Ostatnio jak byłem w Tatrach, chłopakom było ciepło, a ja marzłem. Nie wiem, trochę wygodny się stałem. Być może mi się zachce podjąć jakieś wyzwanie i ryzyko większe, ale marzenia o zdobyciu tego czy tamtego szczytu, czy wejścia na to czy na tamto – teraz nie mam. Większość rzeczy, fajnych rzeczy, które się przydarzyły w moim życiu to przygodne rzeczy – północna ściana Eigeru, Matterhorn, wytyczyłem jakąś nową drogę w Karakorum, w pięknym stylu pokonaliśmy drogę na Uszbie i to były piękne rzeczy – po prostu złapałem się wiatru i poleciałem tam, gdzie zawiało.
JK: A ten najpiękniejszy moment na szczycie?
MB: Na szczycie to myśli się o tym, żeby jak najszybciej zejść (śmiech). Jeśli porównać wspinanie do bardzo fizycznej rzeczy, jaką jest uprawianie miłości, to we wspinaniu nie ma takiego momentu, kiedy jest koniec tej przyjemności. To jest, że tak powiem, rzecz, która cieszy cały czas, ta satysfakcja rozłożona jest w dłuższym czasie i nawet cieszy nie tylko sama wyprawa czy to, jak zdobywa się szczyt i się schodzi, ale też rzeczy poboczne, które tego dotyczą: że nawiązuję znajomości, że dogaduję się z kimś, rozmawiam. Te rzeczy dookoła, które dotyczą wspinania: też potrafią cieszyć, a najfajniejszy jest moment flow. We wspinaniu to jest chwila, która zdarza się czasami u wspinaczy, kiedy wyłącza się myślenie w 100 proc. Proszę sobie wyobrazić, że pokonuje pan drogę i nie myśli o niczym innym, tylko jest jak maszyna, która to robi. Taki moment flow zdarza się najczęściej wspinaczom, którzy wspinają się bez asekuracji – są tylko oni i tyle. Nie ma myślenia o zagrożeniach i zdarzyło mi się, że nic innego nie istnieje, tylko to, co ja teraz robię.
JK: To na koniec zapytam, bo nie wierzę, że nie żal Panu tego K2.
MB: Żal? A czego mam żałować? Ciekawa przygoda, nie udało się, trudno. Ja uważam, że być może to dobrze. Teraz, kiedy zdobyte zostały wszystkie szczyty latem, zimą, to trzeba nowych wyzwań. Może mieć to pozytywny wpływ na himalaizm, że nasze oczy zwrócą się w stronę trudnych rzeczy, a trudności trzeba szukać, bo wpłynie to na rozwój wspinania. Na razie nie ma w Polsce mocnego zespołu himalaistycznego albo alpinistycznego, są pojedyncze osoby, które robią coś dla siebie, dla satysfakcji, ale w stosunku do poprzednich pokoleń jesteśmy kilka szczebli niżej, także dlatego, że poginęli nam himalaiści. Ale takie są uroki alpinizmu, taka jest nasza ścieżka.
Link do części pierwszej: http://supernowosci24.pl/jestem-mistrzem-swiataczesc-1/



One Response to "Jestem mistrzem świata…cz.2"