Odszedł Krzysztof Kowalewski


– Talent to jest coś, z czym się człowiek rodzi, albo nie. Załóżmy, że mówimy o aktorze utalentowanym. Wtedy niewątpliwie równolegle z talentem idzie pracowitość. Jeśli nie ma pracowitości, precyzji, to na dłuższą metę niewiele można osiągnąć – stwierdził w jednym z wywiadów Krzysztof Kowalewski. FOT. WOJCIECH SURDZIEL / AGENCJA GAZETA

Na swoim koncie miał ok. 120 kreacji w filmach i serialach, a także ponad tysiąc w Teatrze Polskiego Radia. Widzowie uwielbiali go za role w produkcjach Barei. Pokochali jako Zagłobę i Pana Sułka. Mimo wielkiej popularności zawsze był serdeczny. Imponował skromnością, a przede wszystkim niebywałym poczuciem humoru oraz dystansem do świata i siebie. 6 lutego w wieku 83 lat zmarł jeden z najpopularniejszych aktorów komediowych – Krzysztof Kowalewski.

– Mało jest takich aktorów, mało jest tak dobrych ludzi. Poznaliśmy się ponad 40 lat temu w pociągu relacji Warszawa – Wrocław, jechaliśmy tam na zdjęcia, ale do różnych filmów. Przedstawił nas sobie Zdzisław Maklakiewicz, a mnie od razu ujęło, że Kowalewski potraktował mnie, jakbyśmy znali się od zawsze
– wspomina w jednym z wywiadów Zbigniew Buczkowski. – Potem dotarło do mnie, że on po prostu taki był: otwarty, serdeczny, życzliwy. Nigdy się nie wywyższał, nie okazywał nikomu na planie, że ma większe doświadczenie, czy że zagrał o wiele więcej ról. Młodsze pokolenie aktorskie zwracało się do niego per „wujek”. Bardzo go to bawiło.

Nie pracował nigdy na pół gwizdka

Krzysztof Kowalewski na dużym ekranie zadebiutował w 1960 r. rolą w „Krzyżakach” w reżyserii Aleksandra Forda. W latach 70. i 80. zagrał m.in. w filmach wojennych Witolda Janusza Majewskiego. Ogromną sympatię widzów przyniosły mu kreacje w kultowych produkcjach Stanisława Barei: Milicjanta w „Nie ma róży bez ognia”, Michała Romana w „Brunecie wieczorową porą”, dyrektora w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, czy kierownika produkcji w „Misiu”. Z kolei młodsze pokolenie zachwyciło się pamiętnym Zagłobą z „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana.
Wielu do dziś wspomina go z niezapomnianego satyrycznego słuchowiska Jacka Janczarskiego „Kocham Pana, Panie Sułku”. Bohater, w którego wcielał się aktor – „starszy bęcwał w młodym wieku” (jak określił tę postać sam Kowalewski) pojawił się na antenie radiowej Trójki w 1973 r. Z pamięci słuchaczy nie zniknął nigdy.
Kowalewski był też znakomitym aktorem teatralnym. Występował m.in. na deskach teatrów: Dramatycznego, Polskiego, Rozmaitości, Kwadrat oraz Teatru Współczesnego w Warszawie, a ostatnio Teatru 6. Piętro.
Dziś wspominają go wszyscy. „Najdroższy, Najwspanialszy, Najczulszy, nie przegrał żadnej walki!” – napisała żona Krzysztofa Kowalewskiego, aktorka Agnieszka Suchora.
„kochany, wyjątkowy, wspaniały, mądry… Tak strasznie smutno się zrobiło! Żegnaj, Krzysiu” – napisał Olaf Lubaszenko. „Krzysiu. Nie mam słów. Nikt Cię nie zstąpi. Nikt. Na zawsze zostaniesz w naszych sercach” – podkreślił Artur Barciś. „Najukochańszy, najmilszy człowiek na ziemi. Cudny kumpel mimo różnicy lat. Nigdy nie oceniał, nie przekreślał. Kochał i był kochany. (…)” – stwierdził z kolei Borys Szyc.
-Trudno znaleźć słowa, bo odszedł człowiek, który był człowiekiem właśnie; wspaniałym artystą, ale przez to, że był człowiekiem, był wspaniały. Nie gonił za niczym, tylko chciał dawać siebie ludziom. Dlatego tak ciężko pogodzić się z jego śmiercią – powiedział w rozmowie z PAP Wojciech Malajkat. -To był artysta, który nie pracował nigdy na pół gwizdka czy robił coś lewą ręką. Zawsze się spalał w tym, co robił i z tego powodu dziś jest tak smutno, bo odszedł ktoś, kogo kochaliśmy.
wk

2 Responses to "Odszedł Krzysztof Kowalewski"

Leave a Reply

Your email address will not be published.