
Jak wiadomo powszechnie, w sondaże nikt nie wierzy, ale każdy chętnie zapoznaje się z ich wynikami. W ostatnich dniach sondaż dla „Rzeczpospolitej” przeprowadził IBRIS, a 1100 respondentów zapytano, jakie ugrupowanie poparliby w wyborach parlamentarnych, gdyby odbyć się miały właśnie teraz. Okazuje się, że 12 proc. ankietowanych nie umiało wskazać partii, która byłaby im bliska. Może zdumiewać, że PiS, czy też szerzej – Zjednoczoną Prawicę – poparłoby aż 32 proc. respondentów. Nie dziwi natomiast słaby wynik KO – 19 proc. – i bardzo dobry na tym tle, 18-procentowy Polski 2050 Szymona Hołowni. Według tego sondażu, w Sejmie znalazłyby się także: Lewica z 8 proc. poparcia, Konfederacja mająca o 2 proc. mniej zwolenników i PSL – Koalicja Polska z 5-procentowym poparciem.
Polacy już tak się przyzwyczaili, że jakiekolwiek wybory by były, to PiS wygrywa, że wyniki tego sondażu pewnie nie robią na nich wrażenia. A niesłusznie…, bowiem wynika z nich, że PiS co prawda osiągnęłyby najlepszy wynik w wyborach, ale nie miałby przewagi w Sejmie nad obecną opozycją. Ta miałoby ponad 10 punktów procentowych przewagi nad Zjednoczoną Prawicą i to nie licząc Konfederacji, której z PiS-em częściej jednak nie jest po drodze. Co to oznacza? Ano to, że nawet niezbyt uczciwa metoda d’Hondta, która premiuje zwycięzców, a według której liczy się w wyborach poselskie mandaty, dawałaby opozycji o parę mandatów więcej niż Zjednoczonej Prawicy.
Nie jest to dobra wiadomość dla PiS-u i aktualnego rządu, choć – paradoksalnie, zważywszy na stan naszego państwa – i tak wielu Polaków nadal PiS popiera. Jak na władzę, która wobec pewnej części społeczeństwa posługuje się po prostu przekupstwem, a na pewną wpływa ordynarną propagandą poprzez media rządowe, PiS-owi poparcie wyraźnie spada. Wygląda na to, że ci dawni jego wyborcy, którzy „porzucili” partię Jarosława Kaczyńskiego jesienią zeszłego roku po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej ws. aborcji, już nie zamierzają do głosowania na nią w wyborach wrócić.
Słabo też wypada w rankingu liderów partyjnych sam Jarosław Kaczyński. Co prawda nie brak takich, którzy widzą w nim męża stanu czy wręcz „guru”, ale z badań popularności liderów wynika, że tu prym wiedzie wiceszef PO i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, a „gonić” go usiłuje – na razie bez sukcesu – nie Kaczyński, ale Szymon Hołownia.
Do wyborów jeszcze się nie sposobimy, a sondaże – wiadomo – bywają mocno niemiarodajne. Jednak w obecnej sytuacji, w jakiej znalazł się nasz kraj, z powodu pandemii i z powodu sposobu rządzenia naszym państwem przez Zjednoczoną Prawicę, nie należy spodziewać się, by PiS kolejne wybory wygrało. Mowa o wygranej, która dawałaby Zjednoczonej Prawicy przewagę w Sejmie i możliwość samodzielnego rządzenia. Na to, że Jarosław Kaczyński i jego ekipa „poszliby”na rządzenie mniejszościowe, na pewno nie ma widoków. Pozostanie im zatem najprawdopodobniej oddać władzę. Wielu na to czeka z utęsknieniem, ale wielu też drży ze strachu, mając w perspektywie utratę „stołków” i rozliczenie ich z „pracy” z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy. Wszystko będzie bowiem wówczas w rękach obecnej opozycji i od niej zależało będzie, czy zechce ponad podziałami zacząć naprawiać Polskę po PiS-ie i czy zechce rozliczyć obecnych rządzących z tego, co z Polską – nadal jeszcze – robią.
Redaktor Monika Kamińska



10 Responses to "Dzisiaj PiS nie miałby większości w Sejmie"