„Na znak wiekuistej miłości, którą i sama śmierć nie przerwała” – czytamy nad wejściem do kaplicy w krośnieńskim kościele Franciszkanów. Kto i dla kogo sporządził tak romantyczną inskrypcję? Czy ma ona związek z wiekową kryptą w podziemiach świątyni i dwiema trumnami, w których ponoć brakuje kości, wykradanych na… afrodyzjaki?
Budowę kaplicy zainicjował Stanisław Oświęcim, człowiek, który kiedyś szybko opuścił te strony, by poświęcić się służbie ojczyźnie oraz królowi Władysławowi IV Wazie.
– Był dyplomatą i światowcem bez dwóch zdań – opowiada Łukasz Stachurski, kustosz z krośnieńskiego Muzeum Rzemiosła. – Władca bardzo często korzystał z jego pomocy w negocjacjach. Stanisław sporo podróżował i bywał gościem najważniejszych salonów Europy. Spełniał się nie tylko w roli dworzanina, ale i żołnierza. Walczył m.in. ze Szwedami, Rosjanami, Tatarami i Kozakami.
Kiedy Stanisław wojował, jego pozostawiona w domu przyrodnia siostra, Anna, wyrastała na piękność z anielskim charakterem. – Była niezwykle bogobojna i wrażliwa na ludzkie nieszczęście. Hojnie wspierała ubogich z Krosna i okolic. Tym samym wpisywała się idealnie w ówczesny ideał kobiety- opowiada muzealnik.
Według legendy, rodzeństwo po latach niewidzenia spotkało się podczas ceremonii u oo. franciszkanów z okazji Bożego Ciała, kiedy to Stanisław powrócił w rodzinne okolice. Gdy ich oczy się spotkały, zaiskrzyło. Gorące uczucie nie osłabło nawet wtedy, kiedy okazało się, że młodzi nie są sobie obcy. – Stanisław nie zamierzał porzucić uczucia ze względu na więzi rodzinne. Postanowił pojechać do Rzymu i poprosić papieża o zgodę na ślub z przyrodnią siostrą – kontynuuje opowieść pan Łukasz. – Obiecał Annie, że gdy dostanie pozytywną odpowiedź wyśle jako znak białe konie, w przypadku odmowy – czarne.
I choć, według legendy, Stanisław wysłał przodem białe rumaki, happy endu nie było. – Po dwóch tysiącach kilometrów, jakie pokonały konie z Rzymu do Krosna, wiatr, deszcz i błoto sprawiły, że maść wierzchowców uległa przemianie. W efekcie Anna ujrzała zamiast białych koni – czarne, czyli zwiastun złej nowiny. Jak mówi podanie, serce dziewczyny przestało wtedy bić – opowiada przewodnik.
Gdy Stanisław powrócił i usłyszał co się stało, postanowił, że wybuduje dla ukochanej kaplicę, która na wieki wieków będzie świadczyć o sile jego uczucia. Niebawem i on, pogrążony w bólu miał odejść z tego padołu…
Ile prawdy jest w tej legendzie?
– W tamtych czasach nie było możliwości, by prosić papieża o tego typu dyspensy – zauważa Łukasz Stachurski – bo ich nie udzielał. Jednak rodzeństwo to postacie jak najbardziej prawdziwe (portrety zdobią ściany kaplicy), choć ich historia nie była aż tak romantyczna. – Stanisław po śmierci przyrodniej siostry, która zmarła 13 stycznia 1647 r. prawdopodobnie na gruźlicę, rzeczywiście, i to już w lutym, polecił wybudować dla niej kaplicę. On sam jednak jeszcze przez 10 lat cieszył się dobrym zdrowiem – wyjasnia nasz ekspert. – Mało tego. Jak potwierdza to jego diariusz, był znanym w okolicy bawidamkiem, co nieco zakłóca wydźwięk legendy.
Skąd więc historie o nieszczęśliwym uczuciu? Rozkwitły one w okresie romantyzmu, jednoznacznie interpretując tekst wyryty nad wejściem do kaplicy. To wtedy nadano temu związkowi charakter erotyczny. Podania o nieszczęśliwej miłości (było kilka wersji) zaczęły też przyciągać do krośnieńskiej świątyni osoby szukające szczęścia w uczuciach. Odwiedzały one nie tylko kaplicę Oświęcimów, ale i położoną pod nią kryptę, gdzie na postumencie w dwóch trumnach spoczywają szczątki rodzeństwa. Efekt tych wizyt? – Ponoć bardzo dużo kości zniknęło z trumien. Być może wskutek panujących w romantyzmie przekonań, jakoby sproszkowane kości kochanków miały być doskonałym afrodyzjakiem – tłumaczy ekspert z krośnieńskiego muzeum. – Nie wiadomo, czy przyczyniły się one do zwiększenia populacji w Krośnie, jednak z pewnością sam okres romantyzmu mocno namieszał w historii kaplicy Oświęcimów.
Legenda o miłości Stanisława i Anny, porównywana jest do m.in. do historii Tristana i Izoldy, których uczucia nie przerwała nawet śmierć.
Perła baroku dla siostry
Krośnieńska kaplica jest dowodem mocnych więzi Stanisława i Anny. O tym, że ich rodzinne relacje musiały być bliskie świadczy rozmach tego miejsca, uważanego przez wielu historyków sztuki za perłę baroku nie tylko Podkarpacia, ale i Polski. – Kaplicę zaprojektował mediolańczyk Vincenzo Petroni, architekt dynastii Wazów, który nadzorował m.in. budowę zamku królewskiego na Wawelu. Ponadto Stanisławowi udało się ściągnąć z Włoch do Krosna najwybitniejszego wówczas sztukatora na świecie
– Giovanniego Battistę Falconiego – podkreśla Łukasz Stachurski. – Nasze miasto miało zresztą szczęście do artystów z najwyższej półki. Wspomnieć można chociażby Tomasza Dolabellę, nadwornego malarza dynastii Wazów, którego obrazy zdobią wnętrza kościoła farnego. Ciekawostką jest, że w Krośnie poznał on przyszłą żonę, Jadwigę Łopacką.
Wracając jednak do kaplicy Oświęcimów właśnie odzyskuje dawny blask.
– Trwają najbardziej zaawansowane i poważne prace konserwatorskie w historii budowli. Myślę, że ich efekty będzie można podziwiać już w drugiej połowie roku – zdradza przewodnik. – Pieczołowicie odnawiane są m.in. dominujące w sztukateryjnych zdobieniach, symbolizujące miłość – aniołki. Każdy z amorków ma niepowtarzalny charakter: inny uśmiech, grymas na twarzy, fałdkę na brzuchu, co sprawia, że są wyjątkowe.
Remontu potrzebuje także krypta grobowa. Jest ona w fatalnym stanie technicznym. – W przeszłości zdarzało nam się przyprowadzać tu turystów – oczywiście zachowując powagę i szacunek dla tego miejsca. Jednak mieliśmy dyskomfort, czy nie łamiemy ostatniej woli Stanisława Oświęcima. W testamencie prosił, by nie zakłócać spokoju zmarłym – wspomina Łukasz Stachurski. – Kto jednak nie chciałby na własne oczy zobaczyć zwieńczenia tak romantycznych historii…
Bo nawet w legendach często tkwi ziarno prawdy…
Aneta Jamroży


