„Star Wars” ze… śmieci

Bohater ze swoją gwiezdną kolekcją. Fot. Fb/Maciek modelarstwo

Tworzy ze wszystkiego, co wpadnie mu w ręce. Z myszki do komputera, maszynek po goleniu czy starych długopisów powstają filmowe postacie i statki kosmiczne „Star Wars”. Gwiezdne cuda z odpadów tworzy Maciej Kwolek, mieszkaniec Bażanówki k. Sanoka.

– Wszystko zaczęło się „dawno, dawno temu”, kiedy miałem 6 lat. W nieistniejącym już sanockim kinie „Pokój” zobaczyłem dwa czarno-białe zdjęcia Luke’a Skywalkera i Yody. Chciałem iść na ten film, ale był przeznaczony dla widzów od 13 lat. No i pani bileterka po prostu mnie nie wpuściła. To był dla mnie prawdziwy dramat – wspomina Maciej Kwolek. Chcąc nie chcąc pozostało mu zbieranie fotek, które ukazywały się w Świecie Młodych i innych gazetach. Minęło kilka lat i w końcu naszemu bohaterowi udało się pójść do kina na kolejną część „Imperium Kontratakuje”. Obejrzał je kilkadziesiąt razy (co najmniej 27) w różnych miejscach w ramach kina objazdowego.
Pan Maciej koniecznie chciał mieć pojazd „nie z tego świata”, ale z fantastycznego wymiaru „Star Wars”. Wówczas było to nieosiągalne. W Polsce gadżety takie pozostawały w sferze marzeń. Wtedy postanowił tworzyć własne modele. Przyznaje, że początki wydawały się trudne, ale nie załamywał się, tylko tworzył i… tworzy, aż do dzisiaj…

Dlaczego podkradał choinkowe bombki

W jego kolekcji, którą trzyma na poddaszu, są już takie modele jak, np.: hełm Vadera, A-wing, maszyna krocząca AT-ST, Droid bojowy Federacji Handlowej B1, Gwiezdny myśliwiec X-wing, Sokół Millenium (Falcon) i wiele innych. Aby taki model ujrzał światło dzienne, potrzeba nawet czterech miesięcy. Pan Maciej potrafi spędzić nawet kilka godzin dziennie, udoskonalając i tworząc projekt.
Co ciekawe, wszystkie projekty wykonuje bez dodatkowych kosztów. Tworzy z tego, co wpadnie mu pod rękę. Z budową modeli wiąże się kilka ciekawych historii. Podczas budowy Droideka w skali 1 – 1 musiał podkradać… plastikowe bombki z własnej choinki. Nie miały szans, by pozostać ozdobą, bo nie były zbyt ładne, a w dodatku miały średnicę idealnie pasującą do modelu.
– Zawsze, kiedy mam rozpoczynać nowy projekt zaczynam tworzyć go w głowie i szukam materiałów, z których mógłbym go wykonać. W trakcie ubierania choinki zobaczyłem, że plastikowe bańki będą pasowały idealnie do mojego robota, ale jeszcze wtedy nie mogłem ich podkraść. Zacząłem więc przekonywać żonę, że warto byłoby wymienić je na nowe. Żona stwierdziła, że są całkiem dobre i nie ma takiej potrzeby. Po rozebraniu choinki mogłem jednak już coś pokombinować. Podebrałem sobie kilka sztuk i wkomponowałem w mój model – opowiada. – Podczas następnego ubierania choinki z oddaniem pomagałem szukać zaginionych bombek i przekonywałem żonę, że na pewno schowała je w innym miejscu. Niestety, sprawa wyszła na jaw, bo jedna sztuka zapodziała się w studiu, gdzie tworzę. Całe szczęście, że mam wyrozumiałą żonę…
W ten sposób wszystko skończyło się na wesoło. – A my kupiliśmy nowe bańki – pointuje Kwolek.
Podobnie było, gdy żona prosiła go o naprawę walizki. Pan Maciej przekonał ją jednak, że sprzętu nie da się już naprawić.

„Kochanie, nie wszystko da się naprawić”

– Po nieudanej próbie naprawy walizki, gdzie było kilka ciekawych części, które sobie upatrzyłem, między innymi uchwyt, żona zaczęła coś podejrzewać. Powiedziała: „Dawniej mogłeś prawie wszystko naprawić, a teraz masz problem z takimi prostymi rzeczami?!”. Przekonywałem ją gorliwie: „Kochanie, nie wszystko da się naprawić” – opowiada konstruktor. Wtedy żona postanowiła poddać go próbie. Na warsztat poszła suszarka do włosów, o której wspominał, że mu się podoba i ma fajny kształt, a niektóre części pasowałyby idealnie do robota. – Zabrałem się do naprawy, chociaż z góry wiedziałem, że zakończy się porażką. W sumie to nie za bardzo znam się na elektryce, ale jakimś cudem udało mi się to naprawić. Szybko pobiegłem pochwalić się żonie, zapominając, jak ta naprawa miała się skończyć. Oczywiście, wszystko skończyło się wielkim śmiechem, a ja opowiedziałem żonie, dlaczego naprawy tak kiepsko mi idą – relacjonuje ze śmiechem. – Teraz mamy układ i już wcześniej wspominam, co sobie upatrzyłem i zapowiadam, że pewnego dnia to po prostu zniknie, a znaleźć to będzie można w moim modelu.
Takie rozmowy w domu państwa Kwolków kończą się zawsze na wesoło, bo pasję konstruktorską pana Macieja popiera nie tylko żona, ale i synowie. Jeden z nich oddał na straty krzesło do biurka. – Było w nim kilka elementów konstrukcyjnych, które bardzo mi pasowały. No, ale to przecież było krzesło i to dość drogie. Dobrze jednak, że mocno skrzypiało. Podpowiedziałem synowi, że przydałoby mu się nowe, bo ogłuchnie od tego. Udało mi się go przekonać i dzięki temu zyskałem sprzymierzeńca w przekonywaniu żony, że trzeba będzie kupić nowe krzesło. Żona jednak tradycyjnie zaproponowała, abym je naprawił. A ja tylko na to czekałem. W trakcie reperacji oczywiście coś poszło nie tak i krzesło zepsuło się na dobre. Podjęliśmy decyzję, że trzeba synowi kupić nowe. Teraz mogłem z czystym sumieniem je rozebrać i użyć części do budowy modelu – śmieje się konstruktor.
Pan Maciej nie zbiera materiałów na modele poza domem. Bo: „w warunkach domowych wytwarza się dużo śmieci”. Dzięki temu u państwa Kwolków doszło dodatkowe segregowanie odpadów. Cała rodzina zastanawia się, co wyrzucić, a co może zostać wykorzystane w modelu. Ten typ „modelarstwa śmieciowego” pan Maciej stara się też propagować wśród dzieci i młodzieży. Udowadnia, że wcale nie trzeba wydawać mnóstwa pieniędzy na zabawki czy inne atrakcje. Potrzeba tylko trochę pracy, kreatywności i chęci, by zrobić coś samemu z materiałów, które nas otaczają, a które wyrzucamy.
Obecnie pan Maciej pracuje nad modelem klasy niszczyciel z trzech ostatnich części „Gwiezdnych Wojen”. A jego największym marzeniem jest podróż ze swoimi modelami po całej Polsce.

CC

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.