Kandydatem Ziobry w wyborach na prezydenta miasta Rzeszowa będzie niewątpliwe wiceminister sprawiedliwości w resorcie Ziobry, Marcin Warchoł (4898 głosów w Rzeszowie w wyborach parlamentarnych), który obwieścił się kandydatem obywatelskim, choć absolutnie takim nie jest. Kandydat Kaczyńskiego nie jest jeszcze znany, aczkolwiek wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na wojewodę Ewę Leniart (8807 głosów w wyborach parlamentarnych w Rzeszowie). Kościół z takich samych powodów jak Tadeusz Ferenc (51 029 w wyborach n prezydenta miasta w 2018 roku) poprze zapewne ministra Ziobrę i jego Warchoła. Radio Maryja natomiast zapewne Kaczyńskiego, bowiem tam są pieniądze. Większość tradycyjnych mediów regionalnych jest w rękach Kaczyńskiego i Obajtka. Komisarzem będzie człowiek Kaczyńskiego – najpewniej Leniart.
Co rusz oczywiście z każdej prawej dziurki wychodzi, przeciągając się leniwie, potencjalny kandydat i mnożą się oni nieustannie, więc zaraz na placu boju stanie solidna prawicowa armia – w sam raz do wspólnego zbiorowego odśnieżania, co ktoś przytomnie wszystkim – także demokratycznym – kandydatom zaproponował.
Dlaczego ten Rzeszów jest taki ważny? Bo oprócz tego, że to dwustutysięczna wyspa w mateczniku pisowskiego rozpasania, to przynależy ona do elitarnej Unii Metropolii Polskich, co jej prezydenta sadza przy jednym stole z Rafałem Trzaskowskim, Aleksandrą Dulkiewicz czy Jackiem Jaśkowiakiem. Nie jest to stół, przy którym siadywali ostatnio pisowscy pomazańcy, a jest on, patrząc z Podkarpacia, wystarczająco sprężysty, by dać się odbić do wielkiej polityki choćby Ziobrze, dla którego jest to droga do nareszcie samodzielnej reprezentacji w Sejmie, na co oczywiście Kaczyński nie będzie chciał pozwolić, oraz zapewne Gowinowi, który bryka prezesowi ostatnio co chwila, a mawia się przecież o nim, że jako pierwszy czuje, kiedy mięso odchodzi od kości. Taki zatem mamy stan rzeczy w pięknej stolicy innowacji, która już wkrótce w pole krwawej bitwy się zmieni.
Tymczasem po demokratycznej stronie trwają rozmowy, konsultacje, badania i padają coraz bardziej kosmiczne pomysły, choć przyznać trzeba, że na razie chyba wszyscy wspominają o potrzebie wspólnego kandydata, wiedzą bowiem, że przy podzielonych i skłóconych oponentach do drugiej tury wejdzie on jako lider, co nie będzie bez znaczenia dla końcowego wyniku.
I tyle tej wiedzy, nie odnoszę bowiem wrażenia, żeby jasna była dla wszystkich waga tej bitwy. To będzie bowiem pojedynek fundamentalny nie tylko dla losów Rzeszowa i Podkarpacia, ale i dla całej Polski w perspektywie roku 2023. Rzeszów – jak na stolicę innowacji przystało – pokaże bowiem jako pierwszy opozycyjną zdolność do kompromisu, do mobilizacji, do wyrzeczeń wobec wielkiego wyzwania. Jeśli to się nie uda, to nie tylko stracimy na lata dla demokracji stolicę Podkarpacia, ale może być, że bezpowrotnie stracimy wiarę i nadzieję na odzyskanie demokracji w Polsce.
Tu nie ma miejsca na błędy – na polu bitwy stoi gotowy już do boju, namaszczony przez możnego lokalnego władcę, przystojny, obdarzony hollywoodzkim uśmiechem, inteligentny doktor prawa wspierany przez bezwzględnego jak on sam ministra sprawiedliwości, który nie cofnie się przed niczym, żeby swój cel osiągnąć. Za chwilę obok niego stanie zapewne równie zdeterminowana kobieta, do której już zdążył przylecieć prezydent Duda, a ona sama mówi, że decyzje zapadną na Nowogrodzkiej. Za nimi w szeregu Braun i inni, oraz chociażby przesympatyczny Maciej Masłowski, który co prawda jako wspólny kandydat opozycji (jakim teraz pewnie nie będzie) do Senatu zdobył mnóstwo głosów, ale już w poprzednich wyborach na prezydenta miasta tylko 2868 i szans wielkich nie ma, deklaruje jednak mądrze i uczciwie dyskusję i poparcie wspólnego kandydata.
Wspólnego kandydata, który jest obytym Europejczykiem, bądź Europejką, nie ma telefonu z klapką, nie nosi skarpetek do sandałów, potrafi porozumieć się w przynajmniej jednym języku obcym, ma aparycję reprezentanta/reprezentantki, słowem jest atrakcyjny/atrakcyjna, miażdżąc obiektywnie w tym aspekcie prawicowych konkurentów, zmiecie kontrkandydatów w debatach błyskotliwymi bon motami, potrafi się uśmiechać, ma dystans do siebie, słucha ludzi, rozumie ważkość tych trudnych czasów, jest propaństwowcem i demokratą.
Taki nie za bardzo nasz swojski, tylko bardziej światowy, a mamy przecież takich przedstawicieli w parlamentach.
Dużo? Mam takie wrażenie, że niemało, ale Rzeszów wart jest mszy. I nie gniewajcie się panowie, ale patrząc na zdjęcia z posiedzenia Rady Miejskiej Nowej Lewicy zobaczyłem kilkunastu siedemdziesięciolatków i gender balance w postaci dwóch pań, co nowej (progresywnej) lewicy raczej nie zwiastuje i jej nie przystoi. Podobnie działa to zresztą w lokalnych strukturach PO i raczej nie mam wielkiej nadziei, że po tylu porażkach to się zmieni.
Ja wiem, drodzy liderzy, że Podkarpacie jest daleko od Warszawy, ale świat się bardzo skurczył i warto to wreszcie dostrzec.
I zadziałać.
Proszę zatem wszystkich, dla których jest to równie ważna bitwa, tak jak dla wszystkich demokratów, jak dla nas, obywateli – usiądźmy do wspólnego stołu, spójrzmy poważnie na wszystkie ewentualności i to, co leży na przedwyborczej tacy, pochylmy się nad Rzeszowem, tak jak już za chwilę pochylimy się nad Polską. Pokażmy, że to potrafimy. W przeciwnym razie znowu przegramy. Dużo więcej niż Rzeszów.
Redaktor Naczelny Super Nowości Jakub Karyś



19 Responses to "Karuzela z prezydentami"