
pod Ministerstwem Zdrowia. Fot. Archiwum
Najpierw w mediach społecznościowych pojawiło się wezwanie związkowców do odkładania pieniędzy na czas strajku. Następnie przeprowadzono ankietę weryfikującą gotowość do protestu. – Odpowiedzi na zadane w ankiecie pytania zaczynamy liczyć w tysiącach. Generalnie trzy czwarte ankietowanych deklaruje gotowość do wzięcia udziału w proteście. Większość z nich przyznaje, że ma zabezpieczone środki na przetrwanie minimum jednego miesiąca bez pracy – podaje Piotr Pisula, przewodniczący PR.
Lekarze nie wskazują czasu, kiedy przystąpią do ogólnopolskiego protestu. Decyzję uzależniają od sytuacji epidemicznej w kraju. Pierwsze rozmowy pojawiły się już jesienią, ale z uwagi na szczyt epidemii COVID-19 wiele osób podkreślało, że to nieetyczne, aby w tak trudnej sytuacji pozostawić chorych bez opieki. Dlatego działania zostały wstrzymane. Nie mówią też o jego formie. „Ale wszystkie chwyty są dozwolone” – podkreślają.
Strajk „czeski” albo ograniczony czas pracy
Pod uwagę brane są dwa scenariusze. Pierwszy to ten przypominający protesty rezydentów w 2017 roku, które zakończyły się podpisaniem głośnego Porozumienia Rezydentów z ministrem zdrowia w lutym 2018 roku. Wówczas lekarze ograniczyli swój czas pracy poprzez rezygnowanie z dodatkowych miejsc zatrudnienia. Druga opcja, która wymaga dołączenia specjalistów, to tzw. model czeski, czyli wypowiadanie umów o pracę (mowa tu o proteście z 2010 i 2011 r., kiedy to 20 proc. lekarzy w całym kraju „rzuciło papierami”, w efekcie otrzymując 25-proc. podwyżką pensji).
Czego żądają medycy? Przed wszystkim większych pieniędzy na zdrowie. Zgodnie z danymi Eurostatu Polska jest nadal w ogonie Europy jeśli chodzi o nakłady per capita na ochronę zdrowia w przeliczeniu na euro. Plasujemy się na trzeciej pozycji od końca w całej UE. Dlatego żądamy zmiany finansowania ochrony zdrowia. Bez dodania pieniędzy do systemu nie ma mowy o jakichkolwiek zmianach – podkreślają medycy. I chcą konkretów, bo nie zadowalają ich medialne zapowiedzi MZ. Chociażby dopłat covidowych, które miały być wypłacone w listopadzie, potem w grudniu, a w wielu miejscach dopiero teraz lekarze otrzymują pieniądze. Druga rzecz, której domagają się rezydenci, to wprowadzenie idei no-fault, czyli systemu odszkodowawczego dla pacjentów w przypadku wystąpienia niepożądanych zdarzeń medycznych. Przyznają, że jako ludzie mogą popełnić czasem błąd. – Należy błędom przeciwdziałać, ale nie poprzez penalizację tym bardziej w systemie, jaki mamy w Polsce, w którym brakuje personelu, leków, sprzętu i w którym nic nie działa. Jedynym rozwiązaniem jest rozsądne podejście do sprawy, czyli po pierwsze tworzenie rejestru zdarzeń niepożądanych w medycynie. Po drugie – uruchomienie funduszu dla poszkodowanych pacjentów i ostatnie – to odpowiednie regulacje prawne, które w przypadku, gdy lekarz zgłasza do rejestru zaistniałe zdarzenie, jest zwolniony z odpowiedzialności, a gdy tego nie robi, może być poddawany ocenie prawnej – zaznacza Pisula. I dodaje, że chodzi nie tylko o finanse, ale też o warunki pracy. – Reforma systemu oprócz tego, że pozwoliłaby zarobić godziwe pieniądze za pracę na jednym etacie zamiast na trzech, mogłaby zachęcić lekarzy do powrotu z zagranicy. Byłaby to odpowiedź na braki kadrowe. Jeśli tego nie będzie, problemy dalej będą rozwiązywane na zasadzie gaszenia pożarów – podsumowuje.
Anna Moraniec



4 Responses to "Lekarze planują strajk „czeski”"