
W to, co spotkało panią Martę Murawską, trudno uwierzyć. Ponad 20 lat temu kupiła od gminy Oleszyce mieszkanie. Gdy razem z mężem je wyremontowała, odezwał się… prawowity właściciel. Gmina nie miała żadnych praw do nieruchomości. Pani Marta od dekady walczy o rekompensatę, burmistrz Oleszyc deklaruje, że zapłaci, ale obie strony nie są w stanie się dogadać. W najbliższą niedzielę będą gośćmi programu „Państwo w Państwie”.
– W 1999 r. kupiłam mieszkanie od Urzędu Miasta i Gminy w Oleszycach. Notariusz wynajęta przez gminę przygotowywała dokumenty. Nie dostałam nawet mapek z informacją, na jakiej działce leży mieszkanie. Gdy o nie dopytywałam usłyszałam, że za miesiąc czy dwa dołączą, bo notariusz nie mogła ich znaleźć – opowiadała nam pani Marta Murawska. Kilkakrotnie po nie wracała, ale dokumenty się nie odnajdywały. W końcu zrezygnowała.
W międzyczasie razem z mężem wyremontowała nieruchomość, która była w tragicznym stanie. – Zmieniliśmy instalację, podłogi, okna, sufity – wylicza Janusz Stadnicki, mąż pani Marty.
A potem zawalił im się świat. W 2011 r. dostali list, z którego wynikało, że kupione przez nią na własność 48 mkw należą do kogoś innego, a potem przedsądowe pismo o eksmisję. Właścicielką lokalu okazała się bowiem mieszkanka Śląska. Posiadała akt notarialny, z którego wynikało, że jej matka kupiła je w latach 50. Gmina natomiast nie dysponowała żadnym dokumentem, potwierdzającym własność. Próbowała rozwiązać problem. – Chciała to zająć przez zasiedzenie, choć nie miała do tego żadnych podstaw. W trakcie rozpraw na jaw wyszły jeszcze inne kwestie. Ujawniono, że sprzedano mi grunt z wieczystym użytkowaniem, na którym jest 11 mieszkań i jeden sklep
– mówią nasi rozmówcy.
Wbrew zapewnieniom burmistrza Andrzeja Gryniewicza, pomyłki nie udało się szybko wyjaśnić. Po 10 latach sprawa o eksmisję jest zawieszona (do chwili rozwiązania pozostałych). Ta o zasiedzenie zakończyła się na początku ubiegłego roku przegraną gminy. Pani Murawska wniosła pozew cywilny o odszkodowanie, domagając się 50 tys. zł zadośćuczynienia oraz 230 tys. zł – za mieszkanie, bezprawnie pobrany podatek i odsetki ustawowe.
Cyrograf
Obie strony deklarowały, że chcą się dogadać. Do tego jednak nie doszło. W końcu sąd dał im jeszcze jedną szansę i zobowiązał gminę do powołania komisji rewizyjnej oraz próby polubownego wypracowanie ugody. Miało to tego dojść 8 grudnia 2020 r.
– Radni oraz burmistrz z radcą nawet nie chcieli wysłuchać naszej propozycji. Mieli przygotowane pismo i zapytali, czy je podpiszę. Gmina chciała powołać biegłego rzeczoznawcę, który wyceni mieszkanie, zamykając mi drogę do uzyskania zadośćuczynienia, zwrotu niesłusznie pobranego podatku oraz zapłaty odsetek ustawowych – relacjonuje pani Marta. Nie zgodziła się. – To jak podpisanie cyrografu z diabłem. W ciemno, bez możliwości odwołania, miałam się zgodzić na cenę – tłumaczy.
Czy kształt ugody nie powinien zostać wypracowany wspólnie?- pytamy burmistrza. – Pewnie tak, ale ona była w formie roboczej. Poza tym nie było dyskusji na temat obniżenia kwoty, która w naszej ocenie jest zbyt wysoka, dlatego nie ma kompromisu – stwierdza Andrzej Gryniewicz. Przekonuje, że gmina nie ucieka od odpowiedzialności oraz obowiązku zapłaty.
– To jednak ja muszę się pod tym podpisać i wolałbym mieć opinię biegłego, by ktoś nie powiedział, że ci państwo dorobili się na publicznych środkach. – tłumaczy.
Przypadek czy celowe działanie?
Zastanawiającym zbiegiem okoliczności, kilka dni po „próbie wypracowania ugody” właściciel kamienicy, w której znajduje się sporne mieszkanie, otrzymał od nadzoru budowlanego dokument z informacją, że elewacja budynku zagraża przechodniom. – Wydano nakaz zbicia tynku, co spowodowało, że budynek stracił na wizerunku i wartości. W moim odczuciu gmina zrobiła to, żeby celowo zaniżyć cenę. Obok są mieszkania komunalne w takim samym stanie, ale nikomu to nie przeszkadza? – oburza się Janusz Stadnicki.
O sprawę zapytaliśmy burmistrza. – Był telefon ze skargą, że odpada tynk i stwarza niebezpieczeństwo. Nadzór budowlany wystąpił do nas z prośbą o zabezpieczenie ciągu pieszego, który jest własnością gminy. I tyle. Nie byliśmy inicjatorem jakichkolwiek działań, które miałyby komuś zrobić na złość – przekonuje Andrzej Gryniewicz.
W najbliższą niedzielę strony konfliktu będą bohaterami programu „Państwo w Państwie” (emisja o godz. 19.30 na Polsacie). Czy możliwe, że w studiu telewizyjnym uda się dojść do porozumienia? – Nie sądzę, skoro do tej pory gmina nie chciała go wypracować. Burmistrz deklarował, że jeżeli gmina przegra, sprawa zostanie polubownie załatwiona, a my otrzymamy odszkodowanie, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zmarnowali nam 10 lat – ocenia Janusz Stadnicki. – Liczę, za to, że po tym programie sprawa odszkodowania nie będzie się ciągnąć tyle, co te i będzie prowadzona rzetelnie
– dopowiada Marta Murawska
– Gdyby dziennik albo telewizja załatwiły za nas sprawę, codziennie mógłbym tam jeździć. To jednak niczego nie wnosi do sprawy, a raczej ją zaognia
– stwierdza z kolei Andrzej Gryniewicz. – Chcąc nie chcąc, musimy to załatwić na drodze sądowej.
Wioletta Kruk



11 Responses to "Sprzedano jej cudze mieszkanie. 10 lat walczy o rekompensatę"