
Naftali Saleschutz (1920 – 2004) cudem przeżył Holokaust. To, czego wtedy doświadczył naznaczyło go na całe życie. Nie był postacią jednoznaczną. Walczył z niemieckim okupantem, ale i miał na koncie działalność w Urzędzie Bezpieczeństwa. Tuż przed śmiercią, po blisko 60 latach nieobecności przyjechał z USA do rodzinnej Kolbuszowej.
Naftali Saleschutz urodził się w 1920 r. w Kolbuszowej jako najmłodsze z dziesięciorga dzieci Izzaka i Estery Saleschutz. Wychował się w domu piętrowym oznaczonym dziś nr 41 znajdującym się przy Rynku. Jego ojciec był znanym i zamożnym kupcem. Mały Naftali z handlem obcował już od małego. Miał zresztą do tego smykałkę. Po ukończeniu siedmiu klas próbował kształcić się dalej w szkole żydowskiej w Tarnowie.
Wybuch wojny zastał go w Kolbuszowej. Jak wielu jego rówieśników pracował fizycznie w specjalnie utworzonych w tym celu oddziałach żydowskich. Wiosną 1941 r. w Kolbuszowej utworzono getto. Zlokalizowano je przy ul. Piekarskiej i Zielonej. Na małej ogrodzonej przestrzeni znalazło się dużo małych, starych domów. W lutym 1942 r. Niemcy przystąpili do akcji likwidacyjnej. Wśród ofiar znalazł się i ojciec Naftalego, Izaak Saleschutz.
– Umierając krzyczał do ukrytych na strychu synów „zemsta!”. Oni, nie reagowali, bo chcieli żyć. Ta sytuacja napiętnowała Saleschutza na całe życie i miała wpływ na jego dramatyczne wybory, które dzisiaj wzbudzają tyle emocji – uważa Andrzej Jagodziński, prezes Regionalnego Towarzystwa Kultury im. Juliana Macieja Goslara w Kolbuszowej.
W Kolbuszowej przetrwała niewielka grupa młodych Żydów. Pozostawiono ich przy życiu, by getto. W ich gronie znalazł się Naftali wraz z bratem Lejbą. Zdając sobie jednak sprawę z beznadziejności sytuacji postanowili razem z kilkoma innymi uciec. Udało się.
Pomocy zbiegom udzieliła mieszkanka Kolbuszowej Górnej, która przed wojną pracowała u Saleschutzów jako pomoc domowa. Jednak nie u siebie. Zaprowadziła ich do swoich znajomych w Brzezówce. Ukrywali się tam w stodołach i stajniach. W styczniu 1944 r. doszło do dramatycznego zdarzenia. Naftali zabił jednego z żołnierzy Armii Krajowej. Tłumaczył się potem, że zrobił to w samoobronie. Jak było naprawdę, tego nigdy się nie dowiemy. Miał jednak pretensje, że nie chciano go przyjąć do AK.
– Saleschutz często zadawał sobie pytania, dlaczego nie wszyscy kolbuszowianie ratowali swych żydowskich sąsiadów – mówi Jagodziński. – Ale nie wspomina, że byliśmy jedynym krajem, gdzie za przechowywanie Żyda groziła śmierć, i to dla całej rodziny. Nie od każdego można wymagać bohaterstwa w czasach ekstremalnych.
– Nieraz słyszę, że duchowieństwo różnie reagowało na gehennę Żydów – kontynuuje historyk. – Tymczasem Saleschutz nie przeżyłby holokaustu, gdyby nie aryjskie papiery, które wystawił mu ks. Antoni Dunajecki. Myślę, że w ten sposób ten kapłan uratował wielu ludzi wyznania mojżeszowego. Źródła historyczne wskazują, że był to ksiądz zaangażowany w działalność podziemną i ratował w imię wartości chrześcijańskich – zaznacza.
Działalność w UB owiana mgłą tajemnicy
Naftalemu udało się uciec do Przedborza, gdzie w sierpniu 1944 r. doczekał się przybycia Armii Czerwonej. W pierwszych latach Polski Ludowej „pracował” w Urzędzie Bezpieczeństwa jako Tadeusz Zaleski. – Powojenna działalność Saleschutza w strukturach UB owiana jest mgłą tajemnicy i z pewnością wymaga opracowań historycznych – twierdzi Andrzej Jagodziński.
Nieżyjący już kpt. Mieczysław Godlewski, żołnierz Armii Krajowej uważał, że będąc w służbach dopuścił się wielu przestępstw z mordami na Polakach włącznie. – Przez blisko 60 lat bał się przyjechać do Kolbuszowej. Nic dziwnego, bo miał na koncie wiele istnień ludzkich – mówił Godlewski. W ocenie jego postaw trzeba brać pod uwagę kontekst psychologiczny. Żydzi wstępowali do UB, po to, aby mścić się, w ich mniemaniu, za to, że podczas wojny masowo ginęli ich rodacy. Choć tak naprawdę wszyscy przechodzili wtedy wielką traumę – zaznacza Jagodziński.
Opowiadał, jak kopał dla siebie grób
W 1947 r. Saleschutz wyjechał do USA, gdzie pracował w budownictwie i z czasem dorobił się majątku. Zmienił imię na Norman, a nazwisko uprościł na Salsitz. Działał w międzynarodowych organizacjach, które utrzymują pamięć niemieckich zbrodni dokonanych na Żydach. Wydał trzy książki. Zmarł w 2006 r. Dwa lata przed śmiercią wraz z ekipą filmu pt. „Życie za ziarna kawy”, który nakręciła Helga Hirsch, znana niemiecka dziennikarka, zawitał do Kolbuszowej. Zrobił to po raz pierwszy od prawie 60 lat.
– Pani Helga poznała Saleschutsa podczas wizyty w USA – wyjaśniał Jacek Bardan, dyrektor Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. – W związku z tym, że od lat pisze o Polsce, wspomnienia kolbuszowskiego Żyda wydawały się jej nieprawdopodobnie ciekawe. Dlatego też wraz z nim zdecydowała się przyjechać do tego miasteczka na Podkarpaciu.
Film pokazuje miejsca, w których Naftali się ukrywał. Widzimy również ludzi, dzięki którym przeżył. Na tle dzisiejszego Urzędu Miasta, który podczas wojny był siedzibą władz niemieckich, Saleschutz opowiadał o tym, jak kopał dla siebie grób i o ziarnkach kawy, które ze względu na swą wartość, uratowały mu życie. Rozmawiał z córką kobiety, która go ocaliła i którą nazywa świętą. Spotkał się też z siostrzeńcem AK-owca, którego zabił… Wrócił do swego amerykańskiego domu pogodzony z ludźmi, miastem i samym sobą.
Paweł Galek



4 Responses to "Mściciel z Kolbuszowej"