
Suchej nitki na testach, które dwa tygodnie temu pokazały się w jednej z sieci i rozeszły się jak świeże bułeczki, nie zostawiają specjaliści, którzy się na tym znają: mikrobiolodzy, epidemiolodzy zakaźnicy. „To świetny pomysł na zarabianie pieniędzy” – mówią jednym głosem. „Jeśli chodzi o jakąkolwiek wiarygodną diagnostykę, to jest to pomysł absolutnie wyssany z palca. I to bardzo brudnego” – powiedział kilka dni temu dr Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog i mikrobiolog, ekspert diagnostyki mikrobiologicznej. I ja mu wierzę. Jednak strach przed zachorowaniem jest bardzo duży. Może nie na tyle, by zachować dystans czy zrezygnować z dotychczasowego stylu życia, ale żeby wydać 50 zł i się sprawdzić, już tak. Tylko co sprawdzi test ze sklepowej półki? Ano według ekspertów, nic. „Żadna światowa organizacja ani towarzystwo naukowe nie rekomendują w tym momencie testów wykrywających przeciwciała przeciwko SARS-CoV-2, jako elementu diagnostycznego zakażeń tym koronawirusem. Tego typu testy są teraz rekomendowane wyłącznie w jednym przypadku – do badania poziomu przeciwciał, przede wszystkim u ozdrowieńców. Przy czym mówimy tutaj o testach ilościowych, a to jest test jakościowy, który działa na zasadzie „jest – nie ma”. Tak jak test ciążowy, tyle tylko, że ciąża rzeczywiście jest albo jej nie ma. A tu w grę wchodzi wirus, z którym styczność może się skończyć zakażeniem, albo i nie. Tego rodzaju test ma za zadanie zaspokoić jedynie niezdrową ciekawość, czy ktoś miał kontakt z wirusem czy go nie miał. Nie informuje, czy ktoś miał zakażenie”. A ciekawość, jak mówi ludowe przysłowie, to pierwszy stopień do piekła. „Tego typu testy będą dawały wyniki mylące i również absolutnie niemiarodajne z punktu widzenia jakiegokolwiek badacza. Żeby było zabawniej, jeżeli wyjdzie nam wynik potencjalnie dodatni – co o niczym nie świadczy – pójdziemy z takim wynikiem do lekarza. I tak czy inaczej trzeba będzie wykonać kolejne badanie. Więc kupowanie tego typu testu to idealny sposób na wydanie 50 złotych” – podkreśla ekspert. I dodaje, że sklepowe testy mogą reagować na wykrywanie przeciwciał przeciwko innym koronawirusom, na przykład typowo przeziębieniowym. A tych jest multum. Podkreśla też, że nie powinien nas uspokajać wynik ujemny, bo ten może być „fałszywie ujemny”. Czym się to skończy? Frustracją, szturmowaniem gabinetów lekarskich w celu potwierdzenia zakażenia albo roznoszeniem koronawirusa w przekonaniu, że jesteśmy zdrowi. Niestety popyt napędza podaż i lada moment rynek zostanie zalany tymi samymi, lub podobnymi testami. Wiadomo każdy chce zarobić, co z tego, że z punktu widzenia naukowego i medycznego wartość tego typu testów jest znikoma, sprzedających to stosunkowo mało obchodzi. A wiadomo „ciemny lud kupi wszystko”, skoro sprzedają w sklepach to znaczy, że są legalne. Tak jak suplementy diety, które w większości, są potrzebne zdrowo odżywiającemu się człowiekowi jak… pięść nosowi. To zwykłe, jak mówił niezapomniany Szwejk, „bałwanienie do kwadratu”. I to na tyle. Może jeszcze tylko, że zamiast wydawać pieniądze na coś bezużytecznego, pożyteczniej wydać ja na zdrowe jedzenie: warzywa i owoce, co lepiej wpłynie na stan zdrowia niż wykonanie tego typu testów.
Redaktor Anna Moraniec



4 Responses to "Testy ze sklepu to „bałwanienie do kwadratu”"