Arystokrata, który został misjonarzem w Zambii

Kardynał Adam Kozłowiecki (1911 – 2007). Fot. Archiwum

Adam Kozłowiecki urodził się 1 kwietnia 1911 r. w Hucie Komorowskiej w rodzinie ówczesnych właścicieli ziem wchodzących obecnie w skład gminy Majdan Królewski – Adama i Marii z Jonachów z rodziny Kozłowieckich herbu Ostoja. Miał dwóch braci, ale to z nim rodzice wiązali największe nadzieje. Stąd pewnie od początku byli przeciwni jego kapłaństwu.

Więzienia, Auschwitz, Dachau…

Mimo tego młody Adam postawił na swoim i wbrew woli najbliższych wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w Nowej Wsi k. Krosna, skończył studia filozoficzne w Krakowie i teologiczne w Lublinie. A 24 czerwca 1937 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Trzy dni potem w kościele parafialnym pw. św. Bartłomieja w Majdanie Królewskim odprawił mszę św. prymicyjną. Kozłowieccy długo nie mogli pogodzić się z wyborem syna.
– Kiedy zbliżała się godzina rozpoczęcia się mszy prymicyjnej, Kozłowieccy wcale nie kwapili się z witaniem syna. Dopiero po interwencji ówczesnego proboszcza ks. Stanisława Stępnia, Adam senior kazał zaprząc powóz i wysłał go po syna. Adam zajechał do kościoła z „honorami” – wspominał Bronisław Hałka, mieszkaniec Huty Komorowskiej.
Do tej pory przechowywany jest obrazek prymicyjny Adama. Znalazła go Elżbieta Mazur w książeczce swojej teściowej, która przed wojną była pokojówką babki kardynała.
W latach 1933-34 ks. Kozłowiecki pracował jako wychowawca młodzieży w konwikcie Zakładu Naukowo-Wychowawczego Świętego Józefa w Chyrowie. Spełniał się. Wszystko jednak przerwała napaść Niemiec na Polskę. Już w listopadzie 1939 r. został aresztowany przez gestapo, więziony w Krakowie, a potem w Wiśniczu koło Bochni. W czerwcu 1940 r. trafił do Auschwitz i w końcu do obozu Dachau. Tam doczekał wyzwolenia.
Mimo krzywd, które doznał z rąk hitlerowców, reagował, nie pozwalał ich krzywdzić. Tłumaczył amerykańskim żołnierzom, że tak nie wolno postępować z drugim człowiekiem.

Misja do Zambii

Po zakończeniu wojny wyjechał do Rzymu, a następnie na własną prośbę na misję jezuicką do Zambii. – Taka jest wola Boża, której – choć z krwawiącym sercem, ale chętnie i z radością – trzeba się poddać – tak w liście do przyjaciół tłumaczył swą decyzję.
W Afryce ks. Kozłowiecki zorganizował dom zakonny oraz szkolnictwo katolickie. Od 1950 r. pełnił funkcję administratora apostolskiego wikariatu Lusaka. Pięć lat później został mianowany biskupem tytularnym „Diospolis Inferior”. W 1959 r. został promowany na pierwszego arcybiskupa metropolitę Lusaki.
Dziesięć lat później, już jako emerytowany arcybiskup, powrócił do pracy misyjnej. Był m.in. proboszczem i wikariuszem w parafiach w Zambii. Publikował artykuły w „Tygodniku Powszechnym’” i kolońskim piśmie „Die Katholische Missionen”; ogłaszał listy pasterskie, wydał również swe wspomnienia „Ucisk i utrapienie”. Za swe zasługi został uhonorowany m.in. Orderem Zasługi RP oraz zambijskim Orderem Wolności. Jan Paweł II wyniósł go do godności kardynalskiej, nadając tytuł prezbitera S. Andrea al Quirinale.
Rodzinne strony odwiedził dopiero w 1970 r. Później, korzystając z pobytów w Rzymie „wstępował” poświęcając nowe kościoły w Hucie Komorowskiej i Komorowie. Na drugi przyjazd zdecydował się w 1997 r, czyli w 60. rocznicę swych święceń kapłańskich otrzymał od władz Majdanu Królewskiego oficjalne zaproszenie. Kardynał przyjechał, by z rąk już nieżyjącego wójta Tadeusza Cebuli otrzymać tytuł Honorowego Obywatela Gminy.
– Wtedy rozmawialiśmy po raz pierwszy – mówił Jerzy Wilk, obecny wójt Majdanu Królewskiego. – Rozmawialiśmy przez chwilę. Kardynał był bardzo wesoły, tryskał humorem, trafnym żartem i ciekawą anegdotą. Zawsze przysyłał do naszego urzędu życzenia świąteczne, które zawsze podpisywał własnoręcznie i „dorzucał” coś humorystycznego.
– Władza ludowa wolała, żeby kardynał się tu nie pojawiał – twierdzi wójt Wilk. – Denerwował ich fakt, że arystokrata i były mieszkaniec tych ziem doszedł do aż tak wysokich godności kapłańskich. Dopiero pierwszy po upadku komuny wójt Majdaniu Królewskiego, śp. Tadeusz Cebula oficjalnie zaprosił go do Majdanu Królewskiego – przypomina.

Poczucie humoru

– Podczas tej wizyty pełniłam funkcję przewodniczącej Rady Gminy – wspomina Janina Wojtowicz. – Widać było, że cieszy się życiem. Emanowała od niego taka dobroć. Był wesoły, dowcipny, kulturalny i tak pięknie mówił o miłości do bliźniego. To naprawdę był człowiek wielkiego formatu. Posiadał dowcip na bardzo wysokim poziomie i trafną ripostę. Nie każdy, kto przez 60 lat mieszka za granicą potrafi tak pięknie mówić po polsku.
– Dziś już niestety nie ma takich ludzi – kontynuuje. – To był naprawdę wielki człowiek i patriota. I to nie są słowa na wyrost. Proszę znaleźć drugą osobę, która zostawia wszystko i do reszty poświęca się dla drugiego człowieka. Który dziś biskup postąpiłby w ten sposób? Pochodził ze szlacheckiej rodziny, a jednak zostawił to wszystko i wyjechał…
– Również miałem szczęście rozmowy z ks. kardynałem i nawet mam od niego dedykację – mówi Dariusz Bździkot z Akcji Katolickiej w Majdanie Królewskim. – Kiedy rozmawialiśmy absolutnie nie było między nami żadnego muru, tylko luźna rozmowa. Miał niesamowite poczucie humoru, ale takie normalne i proste – zaznacza nasz rozmówca.
– Nie każda miejscowość w Polsce może pochwalić się kardynałem – konstatuje Andrzej Wojnas z Towarzystwa Przyjaciół Huty Komorowskiej. – Tak wielkiego człowieka naprawdę rzadko się spotyka. Miał niesamowity spokój wewnętrzny i humor.
Rok później 80-letni już kardynał znów odwiedził Majdan Królewski. Mieszkańcy do dziś pamiętają moment, kiedy wstał zza prezydialnego stołu w Urzędzie Gminy i oznajmił:
– Chciałbym zaprotestować przed życzeniem mi stu lat. Czyżbym miał żyć jeszcze tylko dwadzieścia? „Wystrugali” ze mnie kardynała i sam nie wiem za co – kontynuował. – Jestem prostym misjonarzem. W dostojnym gronie eminencji czuję się jak hipopotam w składzie porcelany. Podczas każdej mszy świętej pamiętam o Polsce i modlę się, żeby tu było lepiej. Lepiej, ale nigdy za dobrze, bo zwykle dobrze kończy się… niedobrze. Wy też módlcie się za mnie, żebym wam wstydu nie przyniósł i czegoś głupiego nie zrobił – żartował.

Nie miał żalu do nikogo

Kardynał Kozłowiecki zmarł 28 września 2007 r. Żegnały go tysiące wiernych w katedrze w stolicy Zambii – Lusace. Żałobną liturgię odprawiło przeszło dwustu hierarchów pod przewodnictwem ks. abp. George’a Mpundu. Przed trumną jezuity z Polski chylili czoła m.in. wiceprezydent Zambii i nuncjusz apostolski. Tego samego dnia w kościele w rodzinnej miejscowości kardynała, Hucie Komorowskiej odbyła się msza żałobna.
Rodzinną posiadłość Kozłowieckich, niestety, spotkał smutny los. Park pełen egzotycznych okazów wycięli jeszcze żołnierze Armii Radzieckiej, a dzieła całkowitego zniszczenia dokonali „miejscowi”, którzy w 1955 roku całkowicie rozebrali pałac. Na miejscu przepięknego kompleksu dworsko-parkowego pozostały jedynie ceglane kikuty, resztki gzymsów i pękające filary piwnic, gdzie wśród pleniącego się zielska ganiają szczury…
Z cegieł rozebranego dworu Kozłowieckich wybudowano Szkołę Podstawową w Hucie Komorowskiej, której pół wieku później nadano imię kardynała Kozłowieckiego.
– Nie wydaje mi się, żeby miał o to żal do kogokolwiek – mówi Janina Wojtowicz. – Podchodził do tego z dużą rezerwą. To w Afryce był jego dom. Przynajmniej ja tak to odbierałam. Zresztą dobra materialne miały dla niego drugorzędne znaczenie. Najważniejsi byli ludzie. Co nie zmienia faktu, że to co spotkało jego rodzinę w czasach PRL, to dramat, który władza ludowa zgotowała ludziom, którzy ciężko pracowali na swój majątek.
Ponad 60 lat później pozostałości po majątku w Hucie Komorowskiej przejęła Fundacja im. ks. Kardynała Adama Kozłowieckiego „Serce bez granic”. Wkrótce potem na miejscu dworskiej oficyny za ok. 3 mln zł wybudowała siedzibę muzeum, w którym wyeksponowane są pamiątki po jezuicie. Następnie zagospodarowano tereny zielone wokół obiektu. Teraz fundacji marzą się kolejne przedsięwzięcia, w tym nawet odbudowa pałacu.
– Kardynał Kozłowiecki to wybitna postać nie tylko dla Podkarpacia, ale i Polski – komentuje Marian Piórek, kolbuszowski historyk i regionalista. – Całe swe życie poświecił drugiemu człowiekowi. Z relacji świadków wiem, że w wiódł bardzo proste życie. Był wszędzie, gdzie go potrzebowano. Zasługuje na szybkie wyniesienie na ołtarze.

Paweł Galek

One Response to "Arystokrata, który został misjonarzem w Zambii"

Leave a Reply

Your email address will not be published.