
Gdy Jerzy Janicki po raz pierwszy przyjechał w Bieszczady, nie było jeszcze Jeziora Solińskiego, a obwodnicę dopiero budowano… Na wyprawie, na którą namówiła go żona, zabrakło zdobywania szczytów, a wieczory nie kończyły się tylko romantycznymi rozmowami we dwoje. Przybyła z Warszawy para zupełnym przypadkiem trafiła w okolice Dwerniczka. Tu powitała ich woń bimbru i potu, podchmieleni pilarze, zapadające się chaty oraz dzika przyroda. I ten zakątek od razu pokochali – z wzajemnością!
To spod jego ręki wyszły scenariusze do seriali „Dom”, „Przygody psa Cywila” czy „Polskie drogi”. Współtworzył słynnych radiowych „Matysiaków”. Z prawdziwą pasją pisał o ukochanym w Lwowie, w którym mieszkał przed laty. I jak nikt potrafił oddać prawdziwy klimat dawnych Bieszczad oraz ich mieszkańców – zakątka, który stał się dla Jerzego Janickiego drugim domem. Czas spędzony w tym miejscu zaowocował m.in. wspaniałymi słuchowiskami, zbiorem bieszczadzkich opowiadań „Nieludzki doktor” i scenopisami do takich kultowych produkcji jak: „Wolna sobota”, „Hasło” czy „Kino objazdowe”. Te, jeszcze przed pandemicznymi obostrzeniami można było oglądać w zatwarnickim kinie „Końkret”, na terenie dawnego parku konnego, gdzie… kręcono zdjęcia do tych produkcji. A kto wie, czy Jerzy Janicki przyjechałby kiedyś w Bieszczady, gdyby nie jego żona?
W brydża z Młynarskim
Mieszkające w Warszawie małżeństwo nigdy nie stroniło od towarzystwa. Noce spędzane na grze w brydża i długich rozmowach były dla nich codziennością. Urlopy spędzali poza domem – najczęściej w Domu Pracy Twórczej ZAiKS-u w Zakopanem. – Pojechaliśmy tam nawet w podróż poślubną, po tym jak pobraliśmy się zaledwie po trzech miesiącach znajomości – wspomina prof. dr hab. n. med. Krystyna Czechowicz-Janicka, żona Jerzego Janickiego.
– Wówczas do Zakopanego jeździliśmy pod każdym pretekstem. To był czas nigdy nie kończącej się zabawy towarzyskiej, szalonych wygłupów i conocnej aż do świtu obowiązkowej partii brydża, w którego grywaliśmy z Wojtkiem Młynarskim.
Wszystkie te wyjazdy do Zakopanego przerwały się jak nożem uciął po jednej, bardzo pamiętnej wycieczce w Bieszczady. – Bieszczady były wówczas kompletnie dziką krainą – opowiada pani Krystyna. – Namówiłam męża, który nigdy wcześniej nie wędrował z plecakiem, żeby wziąć namiot od moich rodziców i wybrać się właśnie w Bieszczady. Obwodnicą dojechaliśmy do Cisnej – była ona wtedy jedynym znanym punktem na tych terenach rozpoznawalnym dla przyjezdnych.
Para postanowiła rozbić namiot i na dziko przenocować nad rzeczką. Jednak pierwsza bieszczadzka noc nie była zbyt łaskawa dla przyjezdnych. Na początek ceniony warszawski twórca po kilku godzinach samodzielnej walki ostatecznie poległ w starciu … z rozłożeniem namiotu. Pomogła żona. Pierwsze spotkanie z Bieszczadami skutecznie zakłóciła także wietrzna i dżdżysta pogoda tej nocy. – Było straszliwie zimno – wspomina nasza rozmówczyni. – Siedzieliśmy pod tym namiotem i dla rozgrzewki piliśmy koniak francuski. Pamiętam jak mąż dygocząc z zimna powiedział: „Chyba zwariowaliśmy. Za ten koniak to moglibyśmy spędzić wakacje co najmniej w Jugosławii”.
Jednak o poranku Bieszczady pokazały przyjezdnym cały swój urok. Niczym nieposkromiona, dzika i wszechogarniająca swym pięknem przyroda. Spakowali namiot i ruszyli dalej. Szukali jednak nie przygód, ale konkretnego miejsca. – Naszym celem była stanica ukraińska Chreptiów wzniesiona nad Lutowiskami, gdzie Jerzy Hoffman kręcił „Pana Wołodyjowskiego” – zdradza małżonka Jerzego Janickiego. – Gdy wjechaliśmy na górkę nad tą miejscowością, naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Pamiętam go jakby to było wczoraj. Po jednej stronie była pustka i tylko mały neogotycki kościół – co było niespotykane na terenie, gdzie stały zazwyczaj cerkwie. Z drugiej zachwycała wspaniała, wzniesiona na potrzeby filmu osada. Pojechaliśmy zobaczyć, co po niej zostało.
Ponieważ nie był to jedyny ślad po słynnej produkcji filmowej, państwo Janiccy postanowili udać się także w miejsce, gdzie kręcono sceny pożaru Raszkowa. Dlatego też nie ruszyli w kierunku Ustrzyk Górnych i Cisnej, ale skręcili w Smolniku w prawo, kierując się ku cerkwi w niedalekim Chmielu. Nie mieli jeszcze pojęcia, że kiedyś tam… zamieszkają.
Milicjant z głową w talerzu
Po zaspokojeniu filmowej ciekawości, para udała się do sąsiedniego Dwerniczka, jak wspomina nasza rozmówczyni, z piękną, starą, choć nieczynną pocztą. Była godzina 13 – pora obiadowa. Ktoś polecił głodnym już turystom posilić się w okolicznej knajpce. Gdy weszli do środka, ich oczom ukazał się niecodzienny widok. – Wnętrze było przepełnione ludźmi, a wszyscy biesiadnicy kompletnie pijani, niektórzy wręcz nieprzytomni z upojenia alkoholowego. Byłam tam jedyną kobietą, więc od razu w moim kierunku poleciały niewybredne żarty i zaczepki. Bałam się, że w przypadku przejścia od słowa do czynów, Jurek mnie nie obroni, bo nie był silny fizycznie ani tym bardziej nie wyglądał na osiłka – wspomina prof. Czechowicz-Janicka. – Gdy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że na żadną pomoc nie moglibyśmy liczyć, bo nawet milicjant spał z głową w talerzu – uciekliśmy stamtąd, nie zjadłszy niczego.
Po drodze państwo Janiccy zwrócili uwagę na barakowozy stojące nieopodal knajpki, którą właśnie w pośpiechu opuścili. Drzwi do jednego z nich były otwarte, więc zajrzeli do środka. – Na pryczach leżało dwóch podchmielonych młodych ludzi ubranych w robocze drelichy. Ku naszemu pełnemu zaskoczeniu z entuzjazmem i zaangażowaniem godnym obrony pracy doktorskiej młodzieńcy prowadzili intelektualny dyskurs … nad filozoficzną teorią radzieckiego uczonego Łunaczarskiego. Zrozumieliśmy wtedy, że Bieszczady to nie tylko piękna przyroda, ale kraina zamieszkała przez niezwykle ciekawych ludzi, o jeszcze bardziej niezwykłych życiorysach i korzeniach.
Janiccy nie mieli pomysłu, gdzie spędzić kolejną bieszczadzką noc. Przenocował ich w Dwerniczku gajowy.
– Spędziliśmy noc pod ogromną pierzyną, podczas gdy w kuchni, na ogromnym palenisku pędził się bimber – śmieje się nasza rozmówczyni. Warszawskich turystów urzekła serdeczność gospodarza. – Gajowy, choć żył skromnie, chciał nas ugościć jak najstaranniej, zabawiając nas przy tym smakowitymi opowieściami i bimbrem, którego kropelki codziennie rytmicznie spadały na kuchenną płytę.
Pan Jerzy, jak na reportera przystało, był bardzo ciekawy bieszczadzkiego świata. Z zainteresowaniem przysłuchiwał się więc opowieściom np. o zrywkach drewna. Jego uwadze nie uszedł też specyficzny język rozmówcy…
Karteczki w kieszeniach
Janiccy nie dojechali do Ustrzyk Górnych, nie wrócili też do Cisnej. Zakochali się w okolicach Dwerniczka. Kolejne noclegi spędzili w domku, w którym na co dzień mieszkał leśnik łąkowy, który porzuciwszy przed wieloma laty rodzinny Szczecin i zawód dziennikarza, osiedlił się na stałe w Dwerniczku. – Nazywał się Leon Biller i jak twierdził, uciekł w Bieszczady byleby być dalej od swojej żony. Mogliśmy się jedynie domyślać, że coś arcyważnego musiało poróżnić małżonków, skoro Leon portret swojej żony zawiesił w … stajni, tuż nad żłobem Igora i Berdysza, dwóch koni uratowanych z rzeźni. Był niezwykle barwną i ciekawą osobą – wspomina pani Krystyna. – Kochał Bieszczady i choć nie znał się w ogóle na leśnictwie, zatrudniono go jako tzw. łąkowego, czyli leśnika, który zajmuje się opieką nad łąkami. Jego zadaniem było wyjście rano i sprawdzenie, czy podlegli mu pracownicy koszą łąki.
W praktyce poranne wyjścia „do pracy” okazywały się zazwyczaj jednak niemożliwe, bo… państwo Janiccy całe noce spędzali na rozmowach z gospodarzem i jego podwładnymi. – To była jedna wielka impreza – śmieje się pani Krystyna. – Pamiętam, że jednemu z nich pomagałam nad ranem wsiąść na rower, bo ciągle z niego spadał i nie mógł wyjechać na te łąki.
Trudności ze swoim środkiem transportu do pracy miał także Leon Biller. Aby dosiąść konia, prowadził go wpierw do głębokiego rowu przed chatą po to, by wyrównawszy w ten sposób odległość pomiędzy stopami leśnika a wysokością grzbietu końskiego, bez zbędnego już wysiłku fizycznego dosiąść konia.
Napotykanymi przez Janickich bieszczadzkimi osadnikami byli w istocie ludzie, którzy napłynęli w Bieszczady z różnych części Polski, a wraz z nimi historie ich losów, często i dramaty ludzkie. – Jurek uwielbiał godzinami rozmawiać z tymi ludźmi, uważnie słuchając snujących się opowieści. Myślę, że gros tych wszystkich historii, które potem umieścił w zbiorze opowieści bieszczadzkich to były właśnie owoce tych rozmów – twierdzi żona pisarza. – Mój mąż był dziennikarzem z krwi i kości, instynktownie wyłapywał w rozmowie niecodzienne wątki ludzkich losów i sporządzał z nich robocze notatki. W każdej kieszeni nosił karteczki z tymi zapiskami. A na każdej karteczce była czyjaś historia….
Kolejne wieczory w Dwerniczku upływały warszawskim turystom bardzo szybko, z rozkoszą zasłuchiwali się m.in. w opowieściach gospodarza chaty, który choć z pozoru twardy w obyciu, jak się okazało miał w głębi wrażliwą duszę poety.
– Prawdę powiedziawszy, Leon z tą swoją delikatnością nie pasował do siermiężnego, bieszczadzkiego klimatu. – Oczywiście pił samogon, tak jak wszyscy dookoła, ale równocześnie czarował tą swoją poezją, wciągał słuchacza w magię Bieszczad, połonin, zachodzącego słońca… Opowiadał, jak powstał świat, że pierwsze na ziemi pojawiły się konie, a narodziły się one z mgły…- opowiada pani Krystyna. – Z drugiej strony Leon miał ludzkie przyziemne słabości – bałaganiarz był z niego okropny. Gdy wezwano go do Przemyśla, nie mógł nigdzie znaleźć drugiej skarpetki. Ostatecznie pojechał więc… w skarpetce Jurka. Muszę jednak przyznać, że to właśnie Leonowi zawdzięczam poetycki sposób patrzenia na Bieszczady, no i przyjaźń z leśnikami.
Co ciekawe, państwo Janiccy nie wzięli na bieszczadzką wycieczkę swoich dzieci ze względu na częstą obecność żmij w tym rejonie. Zbieg okoliczności sprawił, że do chaty Leona Billera pewnego dnia zawitała na nocleg grupka wędrujących studentów herpetologii, którzy… z racji swoich naukowych zainteresowań zbierali i opisywali okazy bieszczadzkich węży i z ochotą prezentowali je ciekawym turystom. – Gdzieś przeczytałam, że szef tej studenckiej grupy, którego nazywaliśmy „Żmiją”, w tej chwili jest docentem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Oczywiście zajmuje się żmijami – wyjaśnia profesor okulistyki.
Leon Biller okazał się nie tylko gościnnym gospodarzem, ale i świetnym przewodnikiem turystycznym. Za jego radą odwiedzili Janiccy m.in. cerkiew w Smolniku. Dzisiaj świątynia zajmująca dumne miejsce na liście UNESCO, wtedy była w opłakanym stanie. – Niedaleko niej stały zapadnięte chaty. Była też ogromna cegielnia, po której nie ma w tej chwili śladu. Moją uwagę zwrócił mężczyzna, który siedział w oknie tej cegielni i… czytał „Trybunę Ludu” – wspomina nasza rozmówczyni. – Pomyślałam: „skąd on wziął tę gazetę, przecież nie ma tu kiosków?” Widać to kolejny miastowy, który – jak to się mówiło „uciekł przed Bogiem i policją” w Bieszczady.
Innym magicznym miejscem odkrytym przez Janickich podczas ich pierwszej bieszczadzkiej wyprawy było Hulskie. Wśród urzekającej dzikością przyrody, na Hulskim w tamtych czasach mieszkali jeszcze ludzie. – Zobaczyliśmy dwie rozpadające się chaty – opowiada pani Krystyna. – Przy jednej z nich stała kobieta. W drewnianym żłobie zawieszonym pomiędzy chatami spało dziecko, które czule kołysała do snu jego matka. Dziś nie ma tam nic. Jest pustka…
Wyłapać „smaczki”
Bieszczady zafascynowały państwa Janickich, stąd też kiedy tylko mogli wracali w te strony. Dzięki nawiązanym znajomościom i powoli rozwijającej się bazie turystycznej, z roku na rok radzili sobie coraz sprawniej w kwestiach organizacji noclegów i wyżywienia dla siebie. – Gajowy miał jakieś łóżko, to tam przesypialiśmy, potem powstały w Smolniku domki kempingowe. Pamiętam też z tamtych czasów hotel robotniczy w Zatwarnicy, gdzie wraz z drwalami można było zjeść obiad – opowiada pani Czechowicz-Janicka. – Przychodziło tam także bardzo dużo więźniów, w charakterystycznych czapkach i strojach. Poruszali się po okolicy swobodnie i zupełnie bez nadzoru.
Janiccy zawiązali też głęboką przyjaźń z leśniczym Chmurskim, z którym zapoznał ich Leon Biller. – W pierwszym spotkaniu Stefan Chmurski sprawiał wrażenie oziębłego w relacjach – taki typ urodzonego służbisty i dowódcy. Jednak niemal natychmiast zaprzyjaźniliśmy się. Stefan i Tosia Chmurscy i ich rodzina, z którą cały czas przez tych 50 lat wciąż przyjaźnimy się, byli naszymi „Aniołami Stróżami” podczas bieszczadzkich wypraw i nieocenioną kopalnią wiedzy, taką „bieszczadzką wikipedią”.
Po kilku latach Janiccy odważyli się wziąć ze sobą także dwie córeczki.
Pisarz z niegasnącą fascynacją chłonął bieszczadzki klimat, przysłuchując się kolejnym zasłyszanym historiom. – Każde spotkanie z pilarzem czy kierowcą kina objazdowego kończyło się godzinnymi ich opowieściami. A Jurek wciąż to spisywał gdzieś na karteczce – wspomina jego małżonka. – Później wracaliśmy do Warszawy, siadał przy biurku i z tych wszystkich zapisków wyłaniał się obraz oraz piękne słowa. Robił z tego słuchowisko. Zresztą wszystkie jego opowieści bieszczadzkie były pierwotnie słuchowiskami radiowymi, które potem zamieniły się w scenariusze filmowe i filmy fabularne.
Jak twierdzi żona, twórcę cechowała niezwykła spostrzegawczość: – Byłam świadkiem większości tych rozmów, jednak, gdy wracam do tego, co napisał, jestem pełna podziwu, jak udawało mu się z tych rozmów wyłapywać takie „smaczki”.
Jerzy Janicki potrafił jak mało kto słuchać, ale i obserwować. Wielokrotnie był świadkiem ciężkiej pracy, z jaką zmagali się okoliczni mieszkańcy. Trud zrywki pokazuje m.in. film „Hasło”, do którego napisał scenariusz, a który realizowano w Bieszczadach. – Pamiętam, jak byliśmy na planie. Z podziwem przyglądałam się, jakiego wysiłku i umiejętności trzeba było wówczas, by ściąć drzewo we właściwym kierunku i zsunąć je z tej góry do rzeki, żeby mogło popłynąć – mówi pani Krystyna.
Jej mąż wspaniale przekładał bieszczadzką codzienność na język radia, filmu oraz książek. Jego siłą było to, że potrafił zadbać o szczegóły i zachować nawet sposób mówienia swoich bieszczadzkich rozmówców. – Przykładem jest choćby określenie „nieludzki doktor”, czyli… weterynarz, ale ludzie takiego słowa nie używali. Pytano: „Gdzie idziesz z tą krową?”. „Do nieludzkiego doktora”. Takie nowotwórstwo było zrozumiałe tylko dla konkretnej okolicy, i to nowotwórstwo słowne skrupulatnie wyłapywał Jurek – tłumaczy nasza rozmówczyni. – Mówi się o nim najczęściej, że był reportażystą, człowiekiem radia, twórcą filmów i seriali telewizyjnych. Za to dostawał nagrody. Ale mniej się o nim mówi jako o pisarzu. A miał piękny język!
Zapuścić korzenie
Jak można się domyślić, z czasem wizyty w Bieszczadach bynajmniej się państwu Janickim nie znudziły.
– Poznaliśmy Stanisława Rusina, który w Dwerniczku prowadził gospodarstwo i ośrodek wypoczynkowy, a że pochodził ze Lwowa, to Jurek oczywiście się z nim zaprzyjaźnił – kontynuuje swą opowieść pani Krystyna. – Kiedyś, był to chyba 1994 rok, powiedział nam, że w sąsiedniej wsi Chmiel, mieszka żona Krzysztofa Komedy – Zosia, która chce sprzedać swoją chałupę i wrócić do Warszawy.
Państwo Janiccy, niewiele się zastanawiając, pojechali wraz z panem Rusinem obejrzeć dom. Postanowili go kupić. W ten sposób zapuścili korzenie Bieszczadach…
Aneta Jamroży



One Response to "Bieszczadzkimi śladami Jerzego Janickiego"