
Niektórzy ludzie – szczególnie dotyczy to tych ze świecznika politycznego lub jego okolic – noszą w sobie chyba jakiś gen destrukcji. Czasami jak się odezwą lub podejmą jakąś decyzję, to słabo się robi. Równie dobrze mogliby skoczyć pod „Pendolino”, skutki dla nich byłyby podobne. Żeby nie katować bez przerwy jednej tylko strony sceny politycznej, zacznę od pisowskiego odszczepieńca. Były premier otóż, niejaki „Kaz” Marcinkiewicz po serii widowiskowych walk słownych i prawnych z byłą żoną, słynną Izabel – postanowił przypomnieć się światu, wchodząc do klatki, w której różne hominidy toczą walki MMA. Czyli takie, w których wszystkie chwyty dozwolone, krew leje się szparkimi strużkami, a zęby zawodników latają po całym ringu. Słowem, pan były premier postanowił (wedle swego oświadczenia – w celach zarobkowych, bo na alimenty mu nie starcza) zrobić z siebie kompletnego… Nie. Nie będę się wyrażał, głównie dlatego, że brakuje mi odpowiedniego słowa. Drugi taki, zdecydowanym kurzgalopkiem posuwający tą samą drogą samounicestwienia osobnik, to pan Czarnek, obecny minister od czegoś tam; ważnego zresztą. Jego koncepcje i wypowiedzi są wypisz-wymaluj analogicznej wartości intelektualnej, co poczynania „Kaza”; tylko znacznie bardziej szkodliwe społecznie. Ostatnio postanowił nagrodzić dyrektora szkoły, zawieszonego w czynnościach przez władze Łodzi za walkę z uczennicą, która w tle swojej wypowiedzi umieściła słynną błyskawicę Strajku Kobiet. Bo – wydalił z siebie myśl głęboką rzeczony Czarnek – szkoła ma być apolityczna. Czyli buzia w małdrzyk, rączki w ciup – albo odwrotnie, nigdy nie wiem – i powtarzać za starszymi. Najlepiej za pewnym świętym. Samodzielne myślenie i jakiekolwiek zaangażowanie zakazane. Jak to się nazywało u Orwella? Chyba myślozbrodnia, czyż nie? Do czego więc szkoła pana C. ma przygotowywać młodego człowieka? Nie mam zamiaru tego dokładniej komentować. Obawiam się, że pewna moja sympatyczna i bardzo aktywna w życiu społecznym przyjaciółka o gołębim sercu i zdecydowanym charakterze wojownika (uśmiechy, Elu…) wytknie mi bez litości, że nie wypada pastwić się nad upośledzonymi. Więc – ciszej nad tą trumną. Swoją drogą robić z siebie dobrowolnie to, co czynią obaj wymienieni panowie za takie pieniądze, popularność lub władzę, jakie tu wchodzą w rachubę – to naprawdę wyczyn. Do Księgi Guinnessa. Tylko jak nazwać tę kategorię?
Bogdan Miś, matematyk, informatyk oraz wybitny polski dziennikarz prasowy i telewizyjny. Obecnie na emeryturze.



4 Responses to "Buzia w małdrzyk, rączki w ciup- albo odwrotnie, nigdy nie wiem…"